Magia liczb

Kilka dni temu otrzymałem komunikat Kurii Metropolitalnej: W niedzielę, dnia 21 listopada br. odbędzie się we wszystkich kościołach i kaplicach Archidiecezji liczenie osób obecnych na Mszy świętej i przyjmujących komunię świętą.
Czyta się kilka minut

---ramka 341551|prawo|1---Pamiętam emocje, które towarzyszyły takiemu liczeniu w ubiegłych latach. Bracia bardzo uważnie studiowali wyniki. Sprawdzali, czy przez rok przybyło, czy ubyło ludzi. Nie da się zaprzeczyć, że fakt zwiększania się liczby uczestników niedzielnych Eucharystii pozytywnie wpływa na samopoczucie duszpasterzy, utwierdzając ich w przekonaniu, że dobrze pracują. Gdy jednego roku nastąpił spadek liczby wiernych, prowincjał, wizytując klasztor, zadał pytanie, co chcemy zrobić, by odwrócić tę tendencję. Dodatkowym smaczkiem liczenia jest podskórna rywalizacja pomiędzy ojcami. Wielu z nich odprawia o stałej godzinie, dlatego wiadomo, na czyjej Mszy robi się tłoczniej, a na czyjej ławki zaczynają świecić pustkami. Rodzi to w kapłańskich sercach starannie maskowaną dumę lub smutek.

Czasem mogłoby się wydawać, że granice królowania Chrystusa obejmą tym większy obszar, im większe będzie poparcie opinii publicznej, wspanialsze kościoły, pomyślniejsze wyniki statystyk i sondaży. To przekonanie nie było obce nawet autorowi Dziejów Apostolskich, który ku pokrzepieniu serc i dusz pierwszych chrześcijan podaje liczbę osób nawróconych apostolskimi kazaniami.

Poczucie, że im więcej, tym lepiej, nieobce jest też ludziom świeckim. Ci, którzy utożsamiają się z Kościołem, cieszą się, gdy statystyki idą w górę. Kiedy spadają, ręce zacierają ci, dla których Kościół jest instytucją opresywną i niepotrzebną. Statystyki są też uzasadnieniem dumy narodowej. Niejednokrotnie słyszałem wypowiedzi, których ton wskazywał na poczucie wyższości wobec Niemców, Holendrów czy Francuzów z tego tylko powodu, że u nas kościoły są pełne, a tam świecą pustkami.

Nie mam nic przeciwko liczeniu. Kto mądry, skorzysta ze statystyk, wyciągnie z nich właściwe wnioski. Warto jednak zauważyć, że na Mszach, podczas których odbywa się liczenie, Ewangelia ukazuje Jezusa umierającego na krzyżu. Gdyby policzyć Jego wyznawców na Golgocie, okazałoby się, że nastąpił radykalny spadek ich liczby. Jeszcze tydzień wcześniej wydawało się, że Jego zwolennicy są wystarczająco silni, by przywrócić królestwo Dawidowe i zreformować system religijny Izraela. W chwili ukrzyżowania, pomijając milcząco-płaczącą grupkę kobiet z młokosem Janem - jedynym, który się do Niego przyznawał, był skazaniec z sąsiedniego krzyża. Ten, który przez całe życie wybierał łotrowskie ścieżki prowadzące do sprawiedliwej kary, w ostatniej chwili dostrzegł Boga ukrytego w przegranym Chrystusie.

Gdyby Jezus zszedł z krzyża, zyskałby może przychylność świadków swojej kaźni. Gdyby Kościół zajmował wyższe miejsca w rankingach, o jego względy zabiegaliby wielcy tego świata. Dzięki temu, że Jezus miał w sobie tyle mocy, by nie wybawiać samego siebie, Jego zbawienie dociera do każdego serca. Dzięki temu, że Kościół nie zabiega o poparcie tłumów, może służyć dobru, które w człowieku złożył Stwórca.

---ramka 341550|strona|1---

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 47/2004