Reklama

Ładowanie...

Lobbyści, nie aferzyści

Lobbyści, nie aferzyści

13.02.2005
Czyta się kilka minut
Słowo lobbysta padało ostatnio najczęściej w związku z aresztowaniem osobnika szukającego politycznych kontaktów z wysokimi funkcjonariuszami państwowymi za pośrednictwem posła Pęczaka i gotowego mu się zrewanżować użyczeniem najnowszego modelu mercedesa, z indywidualnie dobranym wyposażeniem (ze szczególnym uwzględnieniem przyciemnianych szyb). Kapitalizm polityczny zaś to określenie przywoływane często i ochoczo w analizach przebiegu prac komisji śledczej w sprawie Orlenu oraz przy okazji powoływania kolejnego takiego gremium, obarczonego zadaniem wyświetlenia okoliczności towarzyszących prywatyzacji PZU.
W

W powszechnym wyobrażeniu lobbyści to po prostu aferzyści, a kapitalizm polityczny to nie patologiczna i karykaturalna odmiana kapitalizmu, lecz jego istota czy wręcz kwintesencja. Przede wszystkim jednak zjawiska te uchodzą za przykład degeneracji elit politycznych i gospodarczych, odzwierciedlający ich alienację wobec społeczeństwa, ciężko i uczciwie pracującego, a wyzyskiwanego przez wysoko uplasowanych cwaniaków i oszustów.

Takim potocznym poglądom i wyobrażeniom można i trzeba się przeciwstawiać na kilka sposobów.

Po pierwsze, uświadamiając sobie i innym, że patologie i nadużycia nie są wyłączną przywarą elit, lecz w sprzyjających warunkach upowszechniają się w szerokich kręgach społeczeństwa. Ujawnione niedawno tak zwane umowy społeczne, zawierane między związkami zawodowymi z branży energetycznej a zarządami spółek skarbu państwa działających w tym sektorze, pokazały skalę i obnażyły istotę zjawiska, wykraczającego poza zmowę elit. Okazało się, że przekupywanie załóg przedsiębiorstw to utarta i szeroko od lat praktykowana metoda pozyskiwania ich zgody dla procesów transformacji, restrukturyzacji i prywatyzacji. Wysokość płac, długość gwarantowanych okresów zatrudnienia, wielkość odpraw i inne przywileje negocjowane są przez związkowców z zawziętością i determinacją nie mniejszą od tej, jaka towarzyszy negocjacjom biznesowym. Pod tym względem zachowują się oni jak wytrawni lobbyści, nie marnujący żadnej okazji skutecznego forsowania interesów grup, które reprezentują. W wielu przypadkach pozostają w niezgodzie z interesem społecznym, jak owe umowy społeczne, trafnie szyderczo określane “zmowami społecznymi". Partykularyzm, egoizm i wyzysk nie są grzechami popełnianymi przez jedną tylko kategorię uczestników życia gospodarczego.

Po drugie, trzeba rozpraszać złudzenia, że deprawacja szerzy się jedynie w środowiskach hołdujących jednej tylko ideologii politycznej. Kapitalizm polityczny nie jest wyłączną domeną postkomunistów, a korupcja metodą działania liberałów. Co więcej, kapitalizm polityczny pleni się przez wypieranie kapitalizmu wolnorynkowego, a korupcja tam, gdzie nie działają rozwiązania liberalne. To zaś jest wynikiem oporu wobec wolnego rynku i liberalizacji gospodarki, stawianego przez rozmaite grupy interesu. Wszystkie trzy afery, do prześledzenia których powołano sejmowe komisje śledcze, wynikały z podjętych przez polityków prób ograniczenia lub zastąpienia mechanizmów rynkowych, prywatyzacji i liberalizacji obrotu gospodarczego jakimiś zastępczymi metodami sterowania, zarządzania i oddziaływania. Czynili to zaś politycy różnych opcji i proweniencji. Słynne sformułowanie “TKM" zostało przed laty użyte przez Jarosława Kaczyńskiego nie dla określenia poczynań i zamierzeń polityków postkomunistycznych, ale postsolidarnościowych. Bulwersujące umowy społeczne w państwowych przedsiębiorstwach zawierane były w zgodnym porozumieniu zarówno związkowców z “Solidarności", jak członków zarządów mianowanych przez SLD, gwarantując utrzymanie posad jednym i drugim.

Last but not least, jak mawiają Anglicy, należy te mechanizmy i działania objaśniać, tłumaczyć, oświetlać. Okaże się wówczas, że lobbing może być nie tylko legalną, ale i pożyteczną formą aktywności na styku polityki i gospodarki, a więc w obszarze szczególnie podatnym na zwyrodnienia i patologiczne metody działania. Przekonamy się, a może też przekonamy innych, że krytyka kapitalizmu politycznego nie prowadzi do konkluzji, że zarówno kapitalizm, jak polityka są diabła warte, lecz że to ich zbyt bliski, powikłany, nieprzejrzysty związek jest niebezpieczny, dlatego powinny być starannie oddzielone, a wtedy z obu możemy mieć wiele pożytku i wspólnego dobra.

Pod warunkiem, że kapitalizm będzie wolnorynkowy, a polityka demokratyczna. Wtedy nie będzie miejsca ani na działalność prowadzoną metodami Rywina i jego mocodawców z grupy trzymającej władzę, ani na umowy społeczne, przybierające postać społecznych zmów.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]