Lekcje z przedwczoraj

Stopień bezbronności odbiorców wobec zabiegów medialno-marketingowych wpływających na sympatie, antypatie i osądy wydaje się z dnia na dzień wyższy. Lawinowo rosną bowiem same liczby zabiegów, zwłaszcza takich, które uchodzą za najbardziej przekonujące, a więc skuteczne. Należą do nich od dawna - nie wiadomo dlaczego - sondaże. Zamawiane przez kogo bądź, z każdej okazji i bez okazji, na grupach, których reprezentatywności nie ma nikt chęci weryfikować, za to natychmiast wywołujące odpowiedni rezonans, najpierw medialny, potem polityczny, czasem także społeczny, ale tego ostatniego nie ma kiedy mierzyć, bo już nowe sondaże czekają na odzew. Jeszcze dodajmy, że język relacji na ten temat zaakceptował bez oporu zwrot: "tyle a tyle procent Polaków (akceptuje, odrzuca, domaga się, potępia lub pochwala itd.)", zamiast zwrotu "tyle a tyle procent respondentów" (przypomnijmy: z grupy liczącej najwyżej tysiąc osób albo i mniej).
Czyta się kilka minut

Ostatnio sondaż zamówiony przez jedną z gazet badał poparcie dla ewentualnych kandydatów na prezydenta. Nie chodzi mi o wyniki tych badań, lecz o porażającą dowolność w kreowaniu samych nazwisk - nie były to bowiem żadne oficjalnie zgłoszone kandydatury, jako że jeszcze tryb ten w ogóle nie ruszył. Patrząc na listę nazwisk, nie potrafiłam odpowiedzieć sobie, na jakiej zasadzie w ogóle postanowiono właśnie tych ludzi brać pod uwagę. Znalazłam tylko jedną odpowiedź: oni są medialni. Znani z ekranu, znani ze swoich do znudzenia powtarzanych przez media potyczek słownych, tupetu, czasem arogancji, czasem wyjątkowo dotkliwej złośliwości, czasem wręcz obraźliwego zachowania. W relacjach z sejmu czy konferencji prasowych to powód wystarczający, ba, może nawet taki, który rozstrzyga, ale tu szło o kogoś, kto miałby być w powszechnym głosowaniu obywateli wybierany na najwyższy urząd Rzeczypospolitej. Czy ma za sobą jakieś dokonania? Coś dobrego i trwałego zbudował, stworzył coś, co przynosi owoce? Ma uczniów i naśladowców, którzy idą jego śladem? Można sięgnąć po jego książki, w których dzieli się myślami nas wzbogacającymi? Bez wahania ręczymy za jego prawość i dalibyśmy wiarę jego oczekiwaniom pod naszym adresem, naszych dzieci i naszych następców?

Nie zamierzam tu wyliczać, które nazwiska obudziły we mnie te wszystkie gorzkie pytania. Ale były nazwiskami realnych postaci i te, a także inne podobne, jeszcze niejeden raz się pojawią. Może warto przypomnieć sobie pewną bardzo gorzką lekcję na ten temat, którą już braliśmy dawno temu, bo w pierwszych wyborach prezydenckich wolnej Polski w roku 1990, kiedy pierwszy raz mieli głosować wszyscy obywatele, a nie sam parlament. Wtedy realnym kandydatem, tuż za Lechem Wałęsą, popartym w pierwszej turze przez dwadzieścia kilka procent głosujących Polaków, okazał się nikomu nieznany przybysz nie wiadomo skąd, bez dorobku, bez historii, bez jakiegokolwiek argumentu za zaufaniem, którego zdecydował się domagać. I dostał je, na szczęście mniejsze niż przywódca Solidarności. Nikt do dziś nie potrafi wytłumaczyć, jak to się mogło stać, ale tak było!

Dlatego ostrożność medialno-marketingowa w wysuwaniu w zabawach sondażowych najdziwniejszych celebrytów to może nie jest przesada, ale nakaz instynktu samozachowawczego?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 43/2009