Kraj na wygnaniu

O. Zygmunt Kwiatkowski, jezuicki misjonarz pracujący w Syrii: Dlaczego nie słuchamy, co mówią nam Syryjczycy? Tych ludzi wyrzucono z ojczyzny. Chcą tam wrócić. To, że ugoszczę u siebie jednego potrzebującego, niestety nie rozwiąże problemu.

31.01.2016

Czyta się kilka minut

SZYMON ŁUCYK: Często dostaje Ojciec wieści od znajomych z Syrii? 

O. ZYGMUNT KWIATKOWSKI: Codziennie – od tych, którzy zostali w kraju, ale też od ich rodaków, którzy po wybuchu wojny znaleźli się w Szwecji, Francji czy innych państwach. Obecnie, po powrocie do Polski, przygotowuję internetowe rekolekcje po arabsku dla chrześcijan z Bliskiego Wschodu.

W mediach słyszymy teraz o tragedii w oblężonym mieście Madaja, ale wielokrotnie większa tragedia rozgrywa się w dwumilionowym Aleppo. Od trzech miesięcy nie ma tam wody, prądu, oleju do ogrzewania. Ludzie głodują, marzną. Jest coraz gorzej.

Wojna także Ojca wypędziła z Syrii. Czy w regionie zostali jeszcze jacyś chrześcijańscy misjonarze?

W Iraku Kościoły chrześcijańskie właściwie przestały istnieć, funkcjonują jakby w rezerwacie. W Syrii większość chrześcijan chce opuścić kraj – choć tak bardzo go kochają. Kto ma jednak taką wytrzymałość, żeby znosić bombardowanie dzień po dniu, kiedy nie ma środków do życia?

Walki sparaliżowały możliwość przemieszczania się po kraju, zawieszono rekolekcje i wszystkie spotkania wspólnot. Wieczorem nikt ostatnio już nie wychodził z domu. Ciągle uprowadzano kogoś dla okupu, celem ataków byli też kapłani. W 2014 r. zamordowano o. Fransa van der Lugta z Holandii, porwano Paola Dall’Oglia, naszego włoskiego brata. Po tych wydarzeniach prowincjał jezuitów wydał misjonarzom polecenie opuszczenia Syrii. Trzy lata temu wróciłem do Polski.

Wcześniej było jednak 30 lat w Syrii na misji. Kiedy przyjechał tam Ojciec z Lublina, nie znał słowa po arabsku.

Wtedy, na początku lat 80., byłem duszpasterzem akademickim na KUL. Gorący czas Solidarności, mnóstwo pracy, wokół mnie pełno młodych ludzi. Rzucić nagle to wszystko i jechać do Syrii? Mieli rację ci, którzy mnie wtedy pytali: „A po co tam masz jechać?”. Zdecydowałem się jednak.

Miałem 37 lat i musiałem nauczyć się nowego języka – piekielnie trudnego dla Europejczyka. Całymi godzinami siedziałem z arabskim elementarzem w ręku. W dodatku moja wspólnota była frankofońska, a ja znałem włoski, lecz nie francuski. Nawet z innymi księżmi trudno mi się było porozumieć.

Człowiek ma potrzebę, żeby komuś się zwierzać, więc nałogowo pisałem wtedy listy (śmiech). Układałem wiersze, które niedawno wydałem w dwóch tomikach. Ale najważniejsza była modlitwa – tym bardziej że kiedy się modlisz, robisz to przecież we własnym języku.

Co pomogło przełamać lody, poczuć się bardziej u siebie w arabskim otoczeniu?

Jako cudzoziemca przyjęto mnie bardzo dobrze. Szlachetną cechą Syryjczyków jest to, że się nie napraszają. Chętnie nawiązują kontakt, ale gdy widzą opór, to rezygnują. Nie są natrętni.

Zdarzało mi się, że podczas podróży autobusem konduktor nie chciał ode mnie pieniędzy za bilet. Dziwiłem się, a potem zauważałem, że w głębi pojazdu ktoś macha do mnie ręką, uśmiecha się – już za mnie zapłacił. Podobnych przejawów życzliwości od nieznajomych doświadczyłem w Syrii dużo. W pełnieniu misji pomagało mi też wsparcie ze strony przełożonych zgromadzenia.

Przybył Ojciec do regionu, gdzie chrześcijaństwo istnieje od czasów świętego Pawła. Jest zróżnicowane: mieszkają tu prawosławni i katolicy, a ci ostatni dzielą się jeszcze na kilka wschodnich rytów, jak syryjski, ormiański czy maronicki.

Dla wierzących Kościół na Bliskim Wschodzie jest kolebką chrześcijaństwa. Tam jest Betlejem, Jerozolima. To w Damaszku Szaweł stał się Pawłem; w tym samym mieście jest Okno św. Pawła, przez które miał on uciec przed prześladowcami.

Mimo różnicy obrządków chrześcijanie jako mniejszość w arabskim społeczeństwie żyli tam zgodnie.

Dawniej było takie porzekadło: „lepiej dać córkę muzułmaninowi niż maronicie”. Za moich czasów nie miało ono już sensu, bo małżeństwa mieszane między różnymi obrządkami były na porządku dziennym. Biskupi prawosławni i katoliccy często uczestniczyli razem w ślubach i innych ceremoniach. Zdarzało się nawet, że księża prawosławni uczestniczyli w naszych rekolekcjach.

W 2001 r. wizyta Jana Pawła II wyzwoliła w Syrii dużo sympatii dla chrześcijan. Papież jako baba (co po arabsku oznacza: „ojczulek”), jako staruszek poruszający się o lasce, zrobił tu dużo dobrego dla obrazu chrześcijaństwa. Mówiliśmy między sobą: on nie może już biegać, ale sprawił, że biegają wokół niego – i wokół Kościoła. Słyszałem wtedy od muzułmanów: „błogosławieni jesteście”, gdyż „światło bije z jego twarzy”.

Wobec planowanej inwazji USA na Irak Jan Paweł II mówił, że wojna jest klęską dla wszystkich, jest ostatecznością. Mieszkańcy Bliskiego Wschodu bardzo to docenili. Potem jednak wielu z nich zaczęło patrzeć na wszystkich chrześcijan w regionie jak na konia trojańskiego Zachodu.

Spotykał Ojciec na co dzień muzułmanów?

Bardzo rzadko. Moją misją była praca wśród chrześcijan Bliskiego Wschodu. Musiałem być ostrożny. Spotykając się sam na sam z muzułmaninem, mógłbym narazić się na podejrzenie, że będę starał się go nawrócić. Zgodnie z miejscowym prawem zwyczajowym, odwołującym się do Koranu, apostatom wśród wyznawców islamu grozi kara śmierci. Cała społeczność muzułmańska ma obowiązek wykonania tego wyroku, głównie zaś ciąży to na rodzinie dotkniętej tą „infamią”.

Owszem, zdarzało się, że rozmawiałem z mężami Polek-chrześcijanek, które wyszły za mąż za muzułmanów. Tym kobietom pozwalano uczestniczyć w życiu religijnym. Muzułmanie zapraszali mnie także, kiedy organizowali spotkania z innymi chrześcijanami.

Tak więc przed wybuchem wojny w Syrii mniejszość chrześcijańska i muzułmanie potrafiły współżyć bez większych konfliktów, choć jakby osobno?

Była niepisana zasada, że sąsiedzi muzułmańscy i chrześcijańscy składali sobie wzajemnie życzenia świąteczne. Muzułmańscy notable odwiedzali biskupa, a ten w czasie świąt islamskich składał wizyty szejkom i muftim. Był w tym element obawy, żeby nikogo nie urazić. Ale również szacunek pozwalający na lepsze życie z przedstawicielem innej religii.

Któregoś poranka usłyszałem pod moim oknem kroki. Wyjrzałem przez okno. Szły dwie kobiety. Jedna miała na głowie chustę muzułmańską, druga była chrześcijanką. Kierowały się w stronę pobliskiej figury Maryi stojącej w grocie przypominającej tę z Lourdes. Była tam tylko jedna świeczka. Jedna z kobiet ją zapaliła – pomodliła się i zgasiła, a potem podała muzułmance. Ta zapaliła świeczkę ponownie.

Trudno dzisiaj, gdy w Syrii trwa wojna, uwierzyć w tę scenę.

Pamiętajmy jednak, że muzułmanie oddają Maryi cześć jako matce Jezusa, którego uznają za proroka. Dlatego także w sanktuariach maryjnych można było spotkać muzułmanów, którzy chcieli tam przeżyć duchowe spotkanie.

Bliski Wschód jest pełen wspólnot religijnych. Obecna jest tam wrażliwość i otwartość, żeby nie urazić innych. Ale jednocześnie ludzie afirmują zdecydowanie swoją religię. Nawet kiedy się poznajemy, to już po imieniu możemy rozpoznać, z kim mamy do czynienia. Kiedy nazywasz się Muhammad, to wiadomo, że jesteś muzułmaninem, a gdy jesteś George – że pochodzisz z chrześcijańskiego kraju. Jeśli imię nie zdradza wiary, nikt nie obraża się, słysząc na początku rozmowy pytanie o przynależność religijną.

W Europie czasem sądzi się, że jeśli zaniechamy mówienia o religii, zrobimy z tego prywatną sprawę, to będziemy traktować się życzliwie, jak bracia. Ale to się nie sprawdza, gdyż w ten sposób amputujemy coś, co jest w człowieku istotne. To albo boli – i człowiek się z tym głośno nie zgadza – albo jest ukrywane – i wtedy pilnuje się, żeby schować krzyżyk czy nie założyć hidżabu.

Nie sposób jednak zaprzeczyć – także gdy obserwujemy kryzys uchodźczy w Europie – że różnice między nami stanowią barierę. Da się ją pokonać?

Poziom kultury zależy od szacunku dla drugiego człowieka. To się sprawdza najpierw w najbliższym otoczeniu, czyli w kontaktach w rodzinie, między sąsiadami, w pracy. Ale także w tym – tu mała dygresja – jak nasi politycy odnoszą się do siebie w parlamencie. Jeżeli nie masz szacunku dla siebie, nie masz go dla nikogo. To pierwsze podstawowe kryterium: czy dorastamy do Ewangelii.

Na pewno delikatność i próba zrozumienia innej kultury wywołują sympatię. Natomiast jeśli ktoś zachowuje się butnie, bo jest cudzoziemcem, to się od razu wyczuwa. To powoduje niechęć.

Trzeba też dobrze poznać inną kulturę. Widziałem kiedyś w Syrii, jak dwaj żołnierze chodzili po ulicy trzymając się za ręce. Był to po prostu znak bliskiej przyjaźni i nic więcej. Albo mężczyźni w krajach arabskich, którzy na pożegnanie całują się w usta – to oznacza: „jesteś mi bratem”. U nas takie sceny mogą być inaczej zrozumiane.

Europejczyków bulwersuje np. to, jak w świecie islamu traktuje się kobiety. 

Pod względem pozycji kobiet i ich swobód kraje arabskie różnią się między sobą. Jeśli pojedziemy do Libanu, w kawiarniach, restauracjach i na ulicach zobaczymy kobiety ubrane po europejsku, w tym muzułmanki.

Co prawda istnieją dziś w islamie silne prądy rygoryzmu religijnego, tendencja do wprowadzania zakazów. Ale opinie i zachowania ludzi w tym samym kraju są płynne. Niedawno w telewizji syryjskiej przypomniano obrazy sprzed 50 lat z Egiptu, na których wszystkie kobiety nosiły minispódniczki. Wtedy była to rzecz naturalna, a teraz jest odbierana zupełnie inaczej, mówi się: „To okropne, nie do przyjęcia!”.

Dzisiaj jednak mamy szczególną sytuację polityczną. Widzimy, co wyczynia tzw. Państwo Islamskie. Umiarkowani muzułmanie nie wychodzą na ulice, żeby protestować. Tylko prywatnie mówią, że to nie jest islam, że to nie jest prawdziwa wiara. Publicznie ich głosu prawie nie słychać.

Jak możemy skutecznie pomóc ofiarom wojny w Syrii? Franciszek wezwał katolików, również polskich, do przyjmowania uchodźców w parafiach.

Nasza reakcja na ten dramat powinna być dojrzała. Przede wszystkim trzeba zakończyć wojnę w Syrii. I to powinni uczynić sami Syryjczycy, a my musimy im w tym pomóc. Szczerze mówiąc, nie mogę zrozumieć, dlaczego nie słuchamy tego, co oni nam mówią. Ci ludzie zostali wyrzuceni ze swojego kraju. Chcą do niego wrócić.

To, że ugoszczę u siebie potrzebującego z Syrii, nie rozwiąże niestety problemu. Dlaczego chcemy płacić Turcji na obozy dla uchodźców, a nie damy tych pieniędzy na odbudowę domów na Bliskim Wschodzie? Syryjczycy, którzy wrócili do Homs, rzucili się od razu do stawiania na nowo domów, przy użyciu tych wszystkich mizernych środków, którymi dysponują.

My też powinniśmy pomóc uchodźcom, ale – powtarzam – odpowiedzialnie. Musimy wyjaśnić, kogo przyjmujemy. Teraz mamy z tym straszny galimatias. Zdarza się, że różni ludzie wykorzystują okazję i podszywają się pod Syryjczyków, żeby np. z państw bałkańskich przedostać się na bogaty Zachód. Osobiście uważam też, że Europa nie powinna była narzucać Polsce przyjmowania migrantów, tylko nam samym zostawić decyzję.

Przede wszystkim jednak trzeba rozwiązać sytuację u źródeł – w Syrii. Tam ludzie, i muzułmanie, i chrześcijanie, dość już się wycierpieli. Wsłuchajmy się w ich głos. ©

O. ZYGMUNT KWIATKOWSKI jest jezuitą; przez ponad 30 lat (do 2013 r.) pracował jako misjonarz na Bliskim Wschodzie, głównie w Syrii. Obecnie pracuje we wspólnocie jezuickiej w Łodzi. Ostatnio wydał książkę „Życie między pustyniami. Mar Musa al Habashi”. Raz w miesiącu odprawia nabożeństwa po arabsku w Jezuickim Centrum Społecznym w Warszawie przy ul. Narbutta 21, które pomaga uchodźcom przebywającym w Polsce, organizując m.in. kursy językowe dla cudzoziemców i zajęcia integracyjne. Więcej informacji: wakcji.org/uchodzcy.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, tłumacz z języka francuskiego, były korespondent PAP w Paryżu. Współpracował z Polskim Radiem, publikował m.in. w „Kontynentach”, „Znaku” i „Mówią Wieki”.

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2016