Reklama

Granice naszego świata

Granice naszego świata

18.09.2009
Czyta się kilka minut
Każdy ma świat swojego życia, każdy jakoś ten świat sobie tworzy. Czym jest, co dla nas dziś znaczy? Nikt chyba go tak pięknie i wnikliwie nie opisał, jak Husserl analizując pojęcie Lebenswelt. Poświęcił mu cały rozdział w "Ideach". Ten świat - pisał - zastaję bezpośrednio, naocznie "jako istniejący", doświadczam go. Dzięki widzeniu, dotykaniu, słyszeniu itd. W różnych odmianach zmysłowego spostrzeżenia istnieją dla mnie rzeczy cielesne w jakimś przestrzennym rozmieszczeniu; są w dosłownym lub w obrazowym sensie "»pod ręką« ( ) bez względu na to, czy jestem szczególnie uważny i zajęty nimi, przypatrując się im, myśląc, czując, chcąc, czy też nie"1.W moim polu spostrzeżeniowym są obecni ludzie, otaczająca mnie przyroda, różne ciała martwe, ale też to, czego teraz nie widzę, ale wiem, że jest: ulice, tłumy ludzi, miasto.
P

Przy tym, jak pisał dalej Husserl, "ów świat nie istnieje dla mnie jedynie jako świat rzeczy, lecz z taką samą bezpośredniością jako świat wartości, świat dóbr, świat praktycznego życia"2. A więc jest to także świat sztuki i świat wiedzy, którą każdy w jakiejś mierze posiada, a także tej, którą chciałby zdobyć, sztuki znanej i nieznanej. Wszystko to, co posiadamy i czego pragniemy, co tak lubimy i darzymy niechęcią, czego się lękamy, spodziewamy się, oczekujemy. Do tego świata należymy razem z innymi ludźmi i zdajemy sobie sprawę, że jest on wspólny, że całe jego kręgi są uznawane, jak pisał Husserl, za "obiektywną przestrzenno-czasową rzeczywistość", a jednocześnie natychmiast każdy z nas wie, czuje, że ma świat własny, który się nie daje łatwo podzielić z innymi3.

Podwórko i kamień

Świat przechodzi czasowe metamorfozy. I nie są one zgodne z naszymi indywidualnymi pragnieniami. Jest w nim tyle rzeczy obcych, które uznać trzeba wbrew woli, wbrew marzeniom. Myślimy wówczas, czy jest jeszcze moim, czy mogę go takim nazwać, czy przeciwnie, już się znalazłem w jakimś obcym, nie przeze mnie budowanym świecie. I ten, kto się nad sobą zastanawia, pyta jeszcze: czy potrafię zbudować świat według miary mojej własnej i własnych możliwości, wykroić z tej obiektywnej czasowej i przestrzennej rzeczywistości to, co mi odpowiada, na czym mi zależy, co dla mnie jest drogie? Czy nie jest tak, że gdy tylko zaczynam ten własny świat sobie wznosić, wypełniać bliskimi mi treściami, siły zewnętrzne zaczynają go sobie podporządkowywać, zmieniać, a nawet rujnować. I ogarnia mnie wtedy zwątpienie. Czy więc Husserl miał rację? Czy jest coś takiego jak mój świat? Narzuca się też pytanie: czy ja go tworzę, czy raczej on mnie, i czy każdy ma swój choćby ubogi świat?

Wydaje się, że przynajmniej częściowo tak, że od każdego z nas jakiś choćby wąski świat zależy, nie tylko zresztą mój, indywidualny, ale również grupowy, społeczny. Weźmy dla przykładu chłopców grających w piłkę gdzieś na podwórzu, między blokami, parkingiem i zabudowanym śmietnikiem. To jest ich mały świat, tylko ich, z tą grą, z tą piłką, radością ruchu i zapomnieniem na chwilę o lekcjach, stopniach, uwagach, może rodzinnych kłopotach. Mały świat chwili zabawy. Mają swoje światy studenci uczelni, ale także rozmaite inne skupiska ludzi. Ma też własny świat indywidualny człowiek, choćby ten świat był chwiejny, łatwo ulegający załamaniom. Ale właśnie ta zmienność, nietrwałość będzie go charakteryzowała, są bowiem również światy jakby opancerzone, niepoddające się okolicznościom, zamknięte w sobie. Możemy także zauważyć, że świat jednych jest coraz bogatszy, innych zostaje takim skromnym niemal jak w dniu urodzenia, i że niekiedy gwałtownie ubożeje.

"Ubogi", "bogaty" to Heideggerowskie określenia, jakich użył w swych wykładach z lat 1929-30, wydanych już pośmiertnie, pt. "Die Grundbegriffe der Metaphysik. Welt-Endlichkeit-Einsamkeit". Użył ich w stosunku do świata, który, jak się okazuje, spośród wymienionych tytułowych pojęć (świat, skończoność i samotność) jest jednym z najważniejszych ze względu na zawarte w nim metafizyczne treści. Nie będę się jednak w nie wdawać, choć niezmiernie są interesujące. Istotne jest dla mnie w tej chwili to, co Heidegger mówił dalej. Otóż świat zwierzęcia jest ubogi, lecz to nie oznacza, by był niedoskonały. Gdy jaszczurka leży na gorącym kamieniu w słońcu, jej światu niczego nie brakuje. Dostępne jej jest ciepło, ona go szuka, ale czyni tak pod wpływem działania instynktu lub popędów, nagłego impulsu wzbudzonego przez pragnienie, pożądanie. Ten kamień jest dla niej wszystkim, schronieniem przed ewentualnym niebezpieczeństwem, a jego otoczenie dostarcza jej pożywienia. Co może być cudowniejszego? Kamień zakreśla niszę jej bycia. Bycie człowieka, co jest dla nas oczywiste, nie jest z animalnym porównywalne. Tworzy ono bogaty świat. Wypełniają go najrozmaitszego typu działania, stosunki z rzeczami i innymi ludźmi, choć nie są mu obce zwierzęce popędy, jak i pragnienie stworzenia dokoła siebie bezpiecznego świata.

Z perspektywy jaszczurki 

Na czym zatem może się zasadzać bogactwo czyjegoś świata, ludzkiego świata? Jakie warunki bywają nieodzowne lub przynajmniej sprzyjające, by świat stawał się coraz bogatszy? Nie myślę, aby wystarczyło na przykład oglądanie najrozmaitszych krajów, tych tak pociągających dzisiaj Europejczyka turystycznych przeżyć, gdyż przeżycia te, co nader często bywa, mogą zostać nasączone wypracowanym przez innych stereotypowym widzeniem i nie zawierać nic więcej prócz powszechnych w skali światowej banałów. Zapewne wzbogaca nas wiedza jako taka, wiedza naukowa. Rozszerza ona bez wątpienia horyzonty, daje ogromne możliwości porównania i zjawisk, i rzeczy. Jeszcze silniej wzbogacają wydarzenia, których człowiek jest świadkiem, wydarzenia o historycznym znaczeniu, ale także przeżycia, uczucia i - na pewno - marzenia. Nasz świat staje się bogatszy, gdy potrafimy dostrzec nie to, co powierzchowne, widome, lecz raczej to, co się skrywa i co w momencie może rzadkiej, ale trafnej i bezpośredniej intuicji daje się uchwycić, a nawet doprowadzić do jasności. Tylko w tej jasności, jak pouczał Husserl, "wnikamy w naocznie zrozumiałe związki istotne"4, a następnie rozwijamy pierwotnie naiwne widzenie, rozglądamy się coraz szerzej, ujmując to, co się nam jawi, w jego oryginalności i czerpiąc z tego źródła prawdy najcenniejsze. Gdy patrzymy tak na świat, mamy poczucie, jakbyśmy przynajmniej przez chwilę uchylali skrywającą go zasłonę. I wtedy to wyobrażenie świata, posłużmy się słowami Husserla, zrazu ciemne, nieprzeniknione, zaczyna przejawiać się "w całej pełni swej konkretności"5.

Nie każdemu jest dane takie przenikliwe widzenie świata. Nie każdy chce się nad nim zastanowić. Człowiek z łatwością ulega różnym hasłom, modom, ale także naciskom innych albo demagogicznym obietnicom, które wydają się wróżyć wspaniałą przyszłość. Idzie tak często ślepo za innymi i nie dostrzega, że coś zawsze grozi temu światu i że rysują się przed nim rozmaite możliwości, których lekceważyć nie powinien. Dwie z nich, które się nawzajem wykluczają, są niemal zawsze aktualne, a dziś wybór między nimi ma dla nas szczególne znaczenie.

I tak nader często świat indywidualny i społeczny upodabniają się do świata jaszczurki wykorzystującej chwilę spokojnego ciepła. Staje się on jakimś zasobem: gotowych, tradycyjnych postępowań, których człowiek trzyma się wiernie i tylko w nich dostrzega wartości. Gdy taki świat buduje sobie indywiduum, może on być traktowany jako wyraz pewnej nie nazbyt sympatycznej, bo egoistycznej, ale zrozumiałej postawy człowieka przesadnie wrażliwego, trochę bojaźliwego, trochę zarozumiałego. Sytuacja się zmienia, gdy tak postępuje jakaś grupa ludzi lub cała społeczność, gdy społeczność niby jaszczurka nie widzi nic poza swym kamieniem, gdy zamyka się w swej samotności grupowej i nie chce niczego, co byłoby jej obce. Przeciwnie, utwierdza się w swej odrębności, w wartościach dawno przyswojonych, w tradycjach, w obyczajach, w myśleniu według takich, a nie innych wzorów.

Po co nam te inne wzory, po co te inne teorie, sposoby myślenia i postępowania. Mogą tylko zniszczyć nasze tradycje, narzucić nam obce sposoby bycia, wcale nie lepsze, na pewno gorsze i niebezpieczne pod wieloma względami. Zazwyczaj taka postawa, zwłaszcza wówczas, gdy nasycona zostaje bezkompromisowością etyczną, nie rozporządza żadnymi konkretnymi argumentami. Rodzi się tylko z irracjonalnego lęku przed nieznanym bądź z fałszywej ideologii, która wyrasta na skutek zadawnionych kompleksów i specyficznej interpretacji wydarzeń historycznych, narzucając swój wzór wąsko pojętego patriotyzmu. Gdzie się pojawia? Zazwyczaj tam, gdzie panuje dość niska kultura polityczna, a tak jest nie tylko gdzieś na Dalekim Wschodzie czy w Afryce, ale także u nas we wschodniej Europie, w której jeszcze ciągle znać ślady wojennych zmagań i upokorzeń, co z jednej strony wzmaga ślepe przywiązanie do tradycji, z drugiej utrwala nieufność do innych. Sprzyjają też tej jaszczurczej postawie nierówności ekonomiczne, poczucie ekonomicznego zapóźnienia wobec innych, budzi się wtedy kompleks biedy. Rodzi się także nie zawsze uzasadnione przekonanie o byciu eksploatowanym.

Najsilniejszą ostoją dla zamkniętego świata jest zwykle religia, zwłaszcza tam, gdzie jest żywa, gdzie decyduje o życiu społeczności, rodząc lęk przed laicyzacją i odsuwając z pola widzenia racjonalne argumenty opowiadające się za otwarciem na nowe cywilizacyjne perspektywy. Wszystkie te sytuacje są naturalne, ale etycznie bywają wątpliwe. I co ważniejsze, uniemożliwiają one dialog, a zatem i porozumienie. Jak je zwalczać, jak przekonać ludzi do ich przezwyciężenia? Nie wiem. Wiem tylko, że świat zamknięty niszczeje i ubożeje z dnia na dzień.

W drogę! 

Taki świat buduje najczęściej polityczny tradycjonalizm, ale i konserwatyzm, wywodzące się, jak pisał Leszek Kołakowski, z rasy Bossueta, de Maistre'a, Maurrasa, a więc głoszące, że najlepszym porządkiem świata jest ten przez Boga ustanowiony. Rozmaitego typu tradycjonalizmy, w innych formach istniejące i dziś (choćby w formie prawicowego nacjonalizmu), zawsze w konsekwencji swych tez dowodzą, że w tym, kto jest przeciw, zło przemawia, a zło musi być karane. Kara zatem jest w ten świat wpisana. De Maistre obdarzył wielką pochwałą postać kata i inkwizycję hiszpańską6.

Tymczasem można też budować świat otwarty na innych, taki, który nie boi się wielości języków, tradycji, urządzeń społecznych, także religii, przeciwnie, widzi w nich siły wielokierunkowego rozwoju. Pluralizm nie jest bowiem relatywizmem, jest raczej wyrazem poszukiwania na rozmaitych drogach możliwości tego, co najlepsze. Ten świat wie, że rozwój wymaga różnorodności i że jeśli się coś nowego rodzi, to raczej ze sporu, z dyskusji, w przejściu do tego, co inne, a nie z ujednolicenia. Wie też, że wszystkie próby takiego ujednolicenia, zwłaszcza intelektualnego, kończyły się tragicznymi aktami przemocy. Już Platon nas pouczał, że nie ma wielości bez jedności, ani jedności bez wielości, że istnieją zawsze drogi, które mogą pogodzić nawet sprzeczne tendencje. Trzeba tylko pamiętać, że otwartość nie wyklucza poszanowania własnych tradycyjnych wartości, tak jak i wartości obcych, natomiast przestrzega przed zasklepianiem się w nich. Rysujące się zaś różnice nie wykluczają współpracy. Zwykle bywa ona jeszcze bardziej owocna, gdy podejmują ją należący do rozmaitych światów ludzie. Trzeba korzystać z doświadczeń i kultury, jakie wnoszą inni, bo to wzbogaca niezmiernie nasz świat, i trzeba szukać wzajemnego rozumienia i porozumienia, takiego porozumienia, które potrafiłoby wznieść się ponad lęki płynące zazwyczaj z przywiązania do tradycji narodowych.

Społeczeństwa więc, budując swoje światy, stają przed alternatywą. Jednolitość czy pluralizm, zamknięcie czy otwartość. Wydaje się, że we współczesnej nam rzeczywistości wybór zamkniętego świata byłby czymś anachronicznym, skazującym na społeczną i polityczną separację. Mógł by być nawet groźny, skazujący na zastój ekonomiczny i cywilizacyjny. Jeżeli chodzi o nas, o polski świat, to przykład wyboru dali nam nasi przodkowie, choćby ci z Krakowa, jeżdżący do Padwy i Bolonii na studia, tworzący na wzór innych własny Uniwersytet, zapraszając do siebie najsłynniejszych włoskich architektów i poczuwając się wraz z innymi narodami Europy do wspólnej tradycji grecko-rzymskiej w prawach, filozofii, literaturze.

1 E. Husserl, Idee czystej fenomenologii, przeł. D. Gierulanka, Warszawa 1967, s. 48.

2 Tamże, s. 49.

3 Tamże, s. 52.

4 Tamże, s. 123.

5 Tamże, s. 139-140.

6 L. Kołakowski, Pochwała niekonsekwencji, Warszawa 1989, s. 154.

Publikowany tekst jest zapisem wykładu wygłoszonego w Auli Uniwersytetu Jagiellońskiego 15 marca 2007 r.

Tekst ukazał się w "TP" nr 14/2007

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]