Edukacja według PiS

O ile ekonomiczno-społeczne propozycje PiS to obietnica wydatków bez pokrycia, o tyle propozycje edukacyjne to zapowiedź chaosu – bez potrzeby.
Czyta się kilka minut
Karolina i Tomasz Elbanowscy. Fot: Stefan Maszewski/REPORTER/EastNews /
Karolina i Tomasz Elbanowscy. Fot: Stefan Maszewski/REPORTER/EastNews /

Ta część nowego – choć zapowiadanego już od dawna, np. w oficjalnym programie partii z 2014 r. – otwarcia największej partii opozycyjnej pozostała jakby w cieniu innych spraw. Trudno się dziwić: propozycje emerytalne (obniżenie wieku przechodzenia na zawodowy spoczynek), ekonomiczne (podwyższenie kwoty wolnej od podatku do 8 tysięcy) czy społeczne (obietnica specjalnego zasiłku w wysokości 500 złotych na drugie i każde kolejne dziecko) wpłyną bezpośrednio na stan kasy państwowej. Nawet jeśli wierzyć wyliczeniom PiS – przedstawiciele partii twierdzą, że media oraz niektórzy eksperci nierzetelnie wyliczają koszty ich propozycji – tylko te trzy obietnice mogą nas kosztować blisko 40 miliardów złotych…

Propozycje edukacyjne Prawa i Sprawiedliwości kasy państwa w takim stopniu zapewne nie obciążą – mogą za to wprowadzić do systemu chaos, którego skali nie jesteśmy sobie w stanie dzisiaj wyobrazić. Co proponuje PiS? Odejście od obowiązku szkolnego dla 6-latków oraz – zakładający likwidację gimnazjów – powrót do „starego” systemu organizacji szkolnictwa, z ośmioklasową podstawówką i 4-klasową szkołą średnią. Obie propozycje wsparte są na mitycznych założeniach. Za nic też mają argumenty stojące tak za wprowadzeniem wcześniejszego obowiązku szkolnego, jak i (wiele lat wcześniej) – wprowadzenia gimnazjów. 

Zapowiedź „uwolnienia” 6-latków od szkół odbywa się od lat pod hasłem: „dajmy wybór rodzicom”. To jedno z bardziej bałamutnych haseł, jakie udało się wprowadzić do medialnego obiegu twórcom akcji „Ratuj Maluchy” (Karolinie i Tomaszowi Elbanowskim) – a w ślad za nimi politykom opozycji. Hasło to sugeruje, jakoby nigdy wcześniej obowiązek szkolny nie istniał – został dopiero wymyślony przez pomysłowych urzędników sterowanych przez koalicję PO-PSL. Otóż istniał, tyle że w innej formie: dotyczył 7-latków. A za jego korektą stały – niezależnie od nieudolności i chaosu, jakie towarzyszyły i towarzyszą wprowadzaniu zmian – poważne argumenty. Wśród nich jeden, który powinien być bliski partii Jarosława Kaczyńskiego – ten równościowy. Przepaści między edukacyjnym kapitałem dzieci bogatych rodziców z dużych miast i tych biednych z prowincji zasypać się nie da, ale wcześniejszy obowiązek szkolny (i – o czym warto pamiętać – przedszkolny, w wieku 5 lat) może przynajmniej te różnice niwelować.

Z kolei pomysł rozprawienia się z gimnazjami ma inny, powtarzający się przy niemal każdej okazji, refren. To krucjata przeciw „strasznym szkołom”, w których hula przemoc, agresja, i które w dodatku nie mają żadnego uzasadnienia dydaktycznego. Problem w tym, że ani jedno, ani drugie twierdzenie nie ma pokrycia w rzeczywistości. Agresja szkolna to wcale nie w pierwszej kolejności problem gimnazjów (patrz: raporty Instytutu Badań Edukacyjnych, które dowodzą, że problem jest poważniejszy w… podstawówkach), zaś walor gimnazjów – poza niewątpliwymi wadami tego rozwiązania, o których warto dyskutować – został udowodniony chociażby przy okazji ogłaszanych regularnie wyników międzynarodowych pomiarów kompetencji nastolatków PISA (pomiarów, które pokazują sukces edukacyjny młodych Polaków – wedle wielu komentatorów pokłosie właśnie wprowadzenia szkół gimnazjalnych).

O gimnazjach i sześciolatkach warto dyskutować. I warto pamiętać, że kolejne – proponowane przez PiS – zmiany w tych obszarach nie są przede wszystkim zmianami dotyczącymi samej jakości szkół. Bardziej ich struktury organizacyjnej, czyli „opakowania”. Są zmianami, które niewiele dadzą, poza kolejnym gigantycznym bałaganem organizacyjnym, frustracją części nauczycieli i rodziców, a także dobrym samopoczuciem „reformatorów”. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”