Reklama

Dziecko czerwone od krwi

Dziecko czerwone od krwi

24.08.2010
Czyta się kilka minut
Ostatni wiersz Baczyńskiego opowiada o miłosnej nocy wykradzionej wojnie. Dziewczyna wzywa do siebie żołnierza, który nie może się oprzeć melodii jej głosu, przychodzi i zostaje z nią, odkładając broń. Ostatnie wersy brzmią: "I wtedy budzą się płacząc, bo strzały pękają z daleka, / bo śnili, że dziecko poczęli całe czerwone od krwi".
Krzysztof Kamil Baczyński z żoną Barbarą na warszawskiej ulicy, 1943 r. / fot. Muzeum Literatury / East News
W

Wychodzi z domu nie żegnając się z żoną. Spieszy się na konspiracyjną zbiórkę przy placu Teatralnym. Przez kilka następnych dni - ostatnich dni jego życia - będzie wracał wspomnieniami do tego wyjścia z kamienicy na Hołówki i wyrzucał sobie, że przeoczył pożegnanie.

Nie wie, że to zaraz, choć jest zastępcą dowódcy plutonu. Jak tysiące powstańców nie zdążył odebrać rozkazu. Idzie na ulicę Focha, do sklepu z zabawkami. Na jego tyłach mieści się konspiracyjny magazyn, w którym leży kilkadziesiąt par butów dla powstańców. Krzysztof i jego żołnierze mają je rozdzielić i przekazać dalej. W okolicach godziny 17.00 słyszą strzały z drugiej strony ulicy. Zaczyna się.

***

Sklep z zabawkami - to już nawet nie ironia, ale cynizm losu wobec tych chłopców, którzy jeszcze do niedawna byli dziećmi. Zwłaszcza Krzysztof wyglądał młodo. Jarosław Iwaszkiewicz w relacji z jego ślubu napisał: "Baczyńscy przystępowali do komunii, oboje tacy drobni, malutcy, dziecinni, powiedziałem potem, że wyglądało to nie na ślub, a na pierwszą komunię. (...) Śmieszne dzieciaki".

W podręcznikach reprodukuje się retuszowane zdjęcia legitymacyjne Baczyńskiego, po których nie można poznać, jak bardzo był drobny. Jerzemu Zagórskiemu te studyjne fotografie przypominały portrety młodego Słowackiego. Podobnie twierdziła Anna Iwaszkiewicz, notując w 1947 r. w dzienniku: "Interesująca, pociągła twarz o pięknych, niebieskich oczach w bardzo ciemnej oprawie. Wydaje mi się, że był trochę podobny do Słowackiego".

Całkiem inaczej Baczyński wygląda na fotografii zrobionej już po ślubie. Stoi z żoną Basią latem w ogrodzie; ma na sobie komicznie szerokie spodnie, które trzymają się na jego wąskiej talii wbrew fizycznemu prawdopodobieństwu. Pod nosem ciemny, krótki wąsik. Charlie Chaplin.

Na reprintach rękopisów zaciekawia charakter pisma Baczyńskiego. Stawiał litery od linijki, w szeregu i na baczność, dbając o krągłość brzuszków i długość ogonków. Ze starannością pierwszoklasisty zapisywał słowa "szubienice", "zgliszcza" i "trupy".

Lekcje kaligrafii dawała mu matka, Stefania Baczyńska (z domu Zieleńczyk), nauczycielka i autorka ćwiczeń do gramatyki i ortografii dla szkół podstawowych. Krzyś był długo wyczekiwanym dzieckiem; jego starsza siostra zmarła wkrótce po narodzinach. Można powiedzieć, że Stefania wychowywała go sama: jej małżeństwo z krytykiem i pisarzem Stanisławem Baczyńskim nie było udane. Często następowały okresy separacji, podczas których Krzysztof zostawał przy matce. Jej troskę o jedynaka pogłębiał lęk o zdrowie - Krzysztof chorował na astmę. Często leżał w łóżku, unikając wysiłku, który mógł spowodować kolejny atak. Tak widywał go Czesław Miłosz, odwiedzający młodszego o dziesięć lat kolegę w czasie okupacji: "Pamiętam go w pozycji leżącej (...) Jego delikatność i bladość narzucały mi obraz Marcela Prousta w wykładanym korkiem pokoju". Najgorsze ataki przychodziły nocą: Krzysztof dusił się od długotrwałego kaszlu. Matka otwierała okna, podawała mu leki, przynosiła wilgotne ręczniki. Podczas słabszych napadów wychodził na korytarz; nie chciał przeszkadzać. Stawał na schodach i żeby stłumić hałas, kaszlał w szalik, który nosił przez cały rok.

Stefania doglądała twórczości syna, wierząc, że Krzyś ma wyjątkowy talent. Syn traktował ją z szacunkiem i czułością, czego dowodem listy z czasów okupacji - kilka kartek schowanych do osobnej koperty, na której Stefania Baczyńska napisała pod koniec życia: "Ostatnie listy Kiziunia". Dopytywał się w nich o zdrowie matki i jej zajęcia, martwił się rozstaniem, pocieszał. "Myśl trochę o sobie, nie wyniszczaj się tak, bo wraz ze sobą odbierasz mi prawie całą wiarę w jakiś ład życia i tego parszywego świata" - prosił. Zapewniał o miłości: "I nie chcesz jakoś zrozumieć, że kocham Cię zawsze tak samo, cokolwiek by było i jakkolwiek życie się układa. Ty przecież tylko rozumiesz mię naprawdę i kochasz mię całkowicie i nierozsądnie, tak właśnie, jak trzeba. I wiesz, że Twoje zdrowie i życie jest dla mię zawsze tak samo ważne, najistotniejsze". W tym ostatnim z ostatnich listów, Krzysztof niepokoił się, że nie zobaczy już matki przed powstaniem. Uspokajał: "Na pewno nic mi nie będzie. Pilnuj siebie i zdrowia i nie przejmuj się. Jeszcze jest tyle do zrobienia. (...) Jeśli więc nie przyjadę, to i tak wszystko jest sprawą dosłownie tygodnia czy półtora, a potem urządzimy sobie życie tak, żeby było lepiej nam wszystkim". Półtora tygodnia później już nie żył.

Baczyński często pisał o Stefanii i dla Stefanii. Jak w wierszu "Cień z obozu": zabity w obozie syn odwiedza w snach matkę, uspokajając jej zrozpaczone serce, które "jak czarna kra zakrzepło". Z pomocą tego wiersza Baczyński chciał przywrócić matce wiarę, że choć "są miłości, które mogą się układać zależnie od warunków życia, od zdarzeń lepiej albo gorzej, mogą zwiększać się lub słabnąć, zupełnie inaczej jest z miłością między Matką a synem". Kilka lat później, kiedy sytuacja liryczna nabierze tragicznej realności, Stefania będzie mieć żal do mamy Basi o sny, w których zjawi się Krzysztof. Będzie urażona, że przychodzi z zaświatów do cudzej matki zamiast do własnej.

***

Znajomym Krzysztofa zapadła w pamięć religijność jego matki, uważali ją nawet za dewotkę. Syn nie podzielał tej gorliwości. Niektórzy wspominali Baczyńskiego jako człowieka religijnego, inni zarzekali się, że był ateistą i zawziętym antyklerykałem. Jego liryka religijna przez jednych była odczytywana jako szczere wyznanie wiary, przez drugich jako przewrotna gra z symboliką, posługiwanie się modlitewną formą do wyrażenia bluźnierczych treści. Krzysztof zapewniał znajomych, że wiersze religijne pisze wyłącznie, żeby sprawić przyjemność matce.

Nie był związany z żadnym środowiskiem kościelnym. Z otwartą niechęcią odnosił się do katolików-endeków. Kot Jeleński, kolega Baczyńskiego z klasy, wspominał krwawą bójkę, w której bronili kolegi Ryszarda Bychowskiego przed antysemickimi zaczepkami. Ryszard i Krzysztof przyjaźnili się; kiedy w czasie wojny Bychowski znalazł się w USA, pisał do Baczyńskiego listy i przesyłał mu paczki z migdałami. Zginął wkrótce jako lotnik RAF-u, zestrzelony nad Kolonią.

Nienawistny syk równie dobrze mógł być skierowany w stronę Krzysztofa, który był Żydem po matce. Kiedy tysiące warszawskich rodzin wyprowadzało się do getta w poczuciu, że nie ma innego rozwiązania, Stefania i Krzysztof postanowili pozostać po aryjskiej stronie. Wcześniej nie założyli na ramiona opasek z gwiazdą; później nie szukali kryjówek. Podobnie postąpił brat Stefanii, filozof Adam Zieleńczyk. 21 lipca 1943 r. został rozstrzelany przez gestapo razem z córkami, kuzynkami Krzysztofa. Dzień później Baczyński napisał słynny wiersz "Pokolenie", a w nim: "Nas nauczono. Nie ma miłości. / Jakże nam jeszcze uciekać w mrok / przed żaglem nozdrzy węszących nas / przed siecią wzdętą kijów i rąk". Miłosz stwierdzał w swoim "Abecadle": "Musiał być doskonale świadomy, że miejsce jego w getcie, co narzucało niemożliwy do rozwiązania problem solidarności".

Daty niektórych utworów Baczyńskiego wskazują, że pisał je raczej jako refleksję nad powstaniem w getcie niż jako przepowiednię powstania warszawskiego. Apokaliptyczne wizje zniszczenia i okrucieństwa nie były jedynie efektem jego "romantycznej wyobraźni". Przerażony likwidacją getta Baczyński w wierszu "Byłeś jak wielkie, stare drzewo" pisał o narodzie, który "stanął sam, odarty, / jak martwa chmura za kratami, / na pół cierpiący, a pół martwy, / poryty ogniem, batem, łzami". W adresowanych do matki "Deszczach" powtarzał: "Dalekie pociągi jeszcze jadą dalej / bez ciebie. Cóż? Bez ciebie. Cóż? / w ogrody wód, w jeziora żalu / w liście, w aleje szklanych róż". Miłosz: "Czuł, że jego lud, z którym łączy go nie tylko krew, ale historia kilku milleniów, to żydowski lud w getcie. Niektóre wiersze świadczą o tym wyraźnie, choć zważywszy jego egzystencjalne powikłania, ta poezja mogłaby ich odsłonić więcej. Ton romantyczny pokrywał smugi jaśniejszej samowiedzy, niby ciemny pokost".

W sprawy polityczne zaangażował się jeszcze jako gimnazjalista i od tego czasu zdążył oszlifować opinie. Przed wojną należał do Organizacji Młodzieży Socjalistycznej "Spartakus", półlegalnej młodzieżówki PPS-u. Czytał Trockiego i pożyczał jego dzieła kolegom. Chodził na wiece, pomagał strajkującym nauczycielom, dyskutował o marksizmie. Powstały w tamtym czasie wiersz "Wypadek przy pracy" równie dobrze mógłby napisać Broniewski. "Ktoś upadł na ziemię z łoskotem, / na górze wśród trybów łopotał się potem / strzęp krwawy, jak sztandar zwieszony na wietrze, / i przeciął krzyk wielki na nowo powietrze". Na odwrocie maszynopisu matka Baczyńskiego zanotowała: "Pierwszy wiersz Krzycha - 1936 r. 15 lat". Trzy lata później napisał poemat "Bunt (Ucieczka na Wezuwiusz)" o powstaniu Spartakusa. Kiedy przeczytał stenogramy z procesów moskiewskich i po raz pierwszy zwątpił w komunizm, dopisał do tekstu: "Ten poemat nie ma być nigdy drukowany. Krzysztof Baczyński".

Tym samym Krzysztof przeszedł ideową drogę w odwrotnym kierunku niż jego ojciec. Stanisław walczył w Legionach, później w bitwie warszawskiej, pracował w kontrwywiadzie podczas powstania śląskiego. Po zamachu majowym odsunął się od Marszałka i coraz ostrzej manifestował swoje lewicowe poglądy, także w pracach naukowych. Z rozbawieniem czytał artykuły w endeckiej prasie, w których nazywano go "przedstawicielem żydokomuny". Zmarł na raka miesiąc przed wybuchem wojny. Szczęśliwie nie dożył jesiennego poranka, kiedy do drzwi Baczyńskich zadzwoniło gestapo, żeby wziąć odwet za jego działalność plebiscytową. Wdowa w świeżej żałobie musiała długo przekonywać żołnierzy, że akt zgonu męża nie jest sfałszowany. Sytuacja groteskowo powieli się w 1949 r., kiedy do teściów Krzysztofa przyjdą nad ranem funkcjonariusze UB. Będą szukać Baczyńskiego, kolejnego na liście do aresztowania żołnierza "Zośki" i "Parasola".

Krzysztof coraz więcej myślał o literaturze, a coraz mniej o polityce. Z początkiem okupacji zdecydował, że będzie poetą. Już latem 1940 r., a więc dokładnie 70 lat temu, w konspiracyjnym Wydawnictwie Sublokatorów Przyszłości ogłosił swój pierwszy tom poetycki, "Zamknięty echem". Na jesieni pojawił się kolejny - "Dwie miłości". Obydwie książeczki zawierały po siedem wierszy i były wydane w siedmiu egzemplarzach. Wydane dwa lata później "Wiersze wybrane" mieściły już dwadzieścia utworów, w stu egzemplarzach.

***

W 1941 r. na konspiracyjnym odczycie z logiki Baczyński poznał dziewiętnastoletnią maturzystkę Barbarę Drapczyńską, drobną szatynkę o ślicznym, równym uśmiechu i lekko skośnych oczach. Podeszła do niego pierwsza; chciała poznać młodego poetę, którego wiersz "Serce jak obłok" dostała w odpisie od kolegi. Łatwo zaangażowała Krzysztofa w rozmowę, od razu pokazując swoje oczytanie i błyskotliwość. Pozwoliła odprowadzić się do domu. Był pierwszy dzień grudnia, czwartego miała imieniny. Zaprosiła Baczyńskiego na przyjęcie.

"Znalazłem dziewczynę życia" - oświadczył Stefanii Krzysztof, gdy tylko wrócił do domu. Nie przypuszczał, że Basia podobnie zwierzyła się matce tego wieczoru. W nocy napisał dla niej pierwszy wiersz; opatrzył go dedykacją "Dziwnej Barbarze dziwny wiersz dziwny Krzysztof".

Kiedy odwiedził ją czwartego grudnia, najpierw złożył życzenia, a następnie się oświadczył. Była dumna z tego pośpiechu i nie wahała się z odpowiedzią. Pół roku później wzięli ślub w kościele Świętej Trójcy na Solcu. Rodziców przekonała okrutnie logiczna i - jak się okazało - słuszna argumentacja młodych: "Czemu czekać do końca wojny? Kto nam zaręczy, że w ogóle ją przeżyjemy?".

"Teraz ciągle takie dzieci się żenią" - notował dzień po ceremonii Iwaszkiewicz, który przywiózł młodym ze Stawiska ogromny bukiet świeżo ściętego bzu. W prezencie ślubnym Krzysztof podarował żonie ręcznie zrobiony tomik, ilustrowany akwarelami i oprawiony w czarny karton, z dedykacją: "Mojej ukochanej Basieńce w dniu naszego ślubu". Zamiast białej sukni panna młoda miała na sobie kremowy kostium. Wiązka konwalii udawała bukiet ślubny. Była nawet podróż poślubna: dziesięciodniowy wyjazd do podwarszawskiej Radości. Basia chciała zabrać ze sobą najlepszą przyjaciółkę, ale ta wytłumaczyła jej, że w podróże poślubne jeździ się we dwoje, a nie troje.

Wprowadzili się do 30-metrowego mieszkania na Czerniakowie. Początkowo Stefania mieszkała z nimi. Codzienność układała się zgodnie ze stereotypem: teściowa i synowa się nie znosiły. Basia chciała nawet wrócić do rodziców. Jerzy Andrzejewski określił po latach stosunek pani Baczyńskiej do synowej jako nienawiść, dodał również, że uważała małżeństwo syna za mezalians. Pewne jest, że Stefanii nie było łatwo oddać Krzysztofa pod opiekę innej kobiety - a że trzeba się nim opiekować, żadna z nich nie miała wątpliwości. Po kolejnej awanturze, pod koniec lata 1942 r., Stefania z godnością ustąpiła i wyprowadziła się do Anina. Krzysztof jeszcze w ostatnich listach do matki dzielił się wyrzutami sumienia z powodu tej sytuacji. Czuł się winny i nieszczęśliwy, że nie może mieć przy sobie swoich "dwóch miłości".

Basia chętnie weszła w rolę asystentki i promotorki utalentowanego męża: chwaliła się sukcesami Krzysztofa, o których on wstydził się mówić, oceniała na bieżąco wszystko, co napisał, a nawet uciszała odwiedzających, kiedy pracował w pokoju obok. Miała ambicje zostać krytykiem literackim, więc ćwiczyła literaturoznawczy "aparat pojęciowy" na utworach męża, objaśniając je zainteresowanym.

Jeszcze w 1981 r. Andrzejewski mówił o niechęci do Barbary. Miał pretensje, że pozwoliła mężowi zginąć w walce, zamiast ocalić go za wszelką cenę. Musiał być jeszcze jeden powód, dla którego Andrzejewski źle wspominał Basię: zazdrość. Jerzy poznał Krzysztofa w 1941 r. i szybko się w nim zakochał. "Gdybym kochał Krzysztofa mniej, niż go kochałem i kocham, na pewno łatwiej byłoby mi skierować do jego matki słowa nadziei czy współczucia. Pani wie, jak bliskim był mi Krzysztof. Był moim najlepszym, jedynym właściwie przyjacielem. Myślę o Nim często i to myślenie jest dla mnie najboleśniejszą raną" - pisał w 1945 r. do Stefanii Baczyńskiej, która pytała go, czy ma jakieś wiadomości o losie Krzysztofa.

Przez kilkadziesiąt lat po śmierci Baczyńskiego Andrzejewski porównywał do niego kolejnych mężczyzn, którzy zdołali go zafascynować. Zdjęcie Krzysztofa zawsze trzymał na półce z książkami. Żałobę po nim porównywał do żałoby po matce; przez lata nie chciał pisać o nim wspomnień, żeby nie naruszyć nerwu pamięci. Dopiero pod koniec życia zaplanował książkę, którą chciał poświęcić kochanym osobom, w tym Baczyńskiemu. Nie zdążył. Zostawił jeden artykuł o przyjacielu, opublikowany w 1978 r. w "Literaturze" jako fragment dziennika. Iwaszkiewicz, leżąc w lecznicy rządowej, napisał do Andrzejewskiego list, żeby podziękować za wspomnienie: "Wzruszyło mnie to, co napisałeś o Krzysztofie - postaci najbardziej chyba zafałszowanej ze wszystkich ostatnich historycznych osób (z lekkiej ręki Kazia Wyki)".

Baczyński, jeśli nie kochał, to przynajmniej bardzo cenił Jerzego. Uznawał go za jedną z najważniejszych osób w swoim życiu. Pisał w liście ze Stawiska: "bezwzględnie nuży mnie każde towarzystwo (...) i pragnę tylko towarzystwa Waszego - Mamy, Baśki i w końcu Jerzego". Dedykował mu wiersze; jeden z nich podarował przyjacielowi w prezencie, kiedy w 1942 r. Andrzejewski wprowadzał się z żoną i synkiem do nowego mieszkania. "Jerzy! mój przyjacielu, zanim się sprowadzisz / do nowego mieszkania, chyba nie zawadzi / opisać, jakby takie mieszkanko urządzić" - zaczyna się pisany trzynastozgłoskowcem utwór, który wygląda na parodię fragmentu "Pana Tadeusza". Baczyński opisał mieszkanie, jakiego życzył Andrzejewskim. Nakreślił zatrważający obraz filisterskiego wnętrza, w którym nagromadzone są emblematy złego smaku: złoto tłoczone tapety, święte obrazki, makatki z przysłowiami, porcelanowe pieski, reprodukcje Matejki... A nawet pseudoantyczne miniaturowe posągi: "Jest tu i Apollo / z tak błyszczącego brązu, że aż oczy bollą". Wiersz kończy się prośbą do Boga o taki dom dla przyjaciela, bo "o takim wszyscy marzą ludzie / którzy smak mają, mają wymagania / za swój pieniądz i mają koszty utrzymania, / i płacą za komorne, za gaz i wodociąg / i nigdy nie spóźnili się jeszcze na pociąg".

Poczucie humoru, które starannie ukrywał Baczyński w "oficjalnej" twórczości, przetrwało też w innych okolicznościowych rymowankach. W wierszu podarowanym Jerzemu Turowiczowi Baczyński przedstawiał się: "Jestem Symeon - pelikan, / urodziłem się pod znakiem Wodnika / stąd mam skłonności do mętnej poezji, / do mistyki i paramnezji" i przyznawał: "Często / byle g... jest już dla mnie klęską". Najlepszy jest chyba groteskowy utwór "Do pana Józefa w dniu imienin 1942 roku", napisany dla sąsiada. Krzysztof składał w nim życzenia pokoju, a przy tym przewrotnie rysował świat po wojnie jeszcze gorszym, niż był przed nią. Zaczynał od wzruszenia ramion: "To nic, że łzy narodu, że Niemcy i grypa, / że rak, że głód, że kompleks Edypa". Potem opisywał rzeczywistość powojenną: "I Sikorski będzie, / pepesowcy, endecy, poeci i wszędzie / znów się Żydzi rozplenią i znów stwierdzą ludzie, / że wszystko było przez nich i że Żydzi w brudzie / rozsiewają miazmaty, i że trzeba szyby / i sklepy im rozwalić i zęby im wybić". Temat wojenny pojawił się w tym wierszu zupełnie inaczej niż w pozostałych: patos zastąpiła ironia, która nie starzeje się i nie obojętnieje jak "ton dostojny".

***

Talent komiczny Baczyński ujawniał też w listach, szczególnie tych pisanych do "rodżyców" z wakacji, na krótko przed wybuchem wojny. Dla zabawy używał niepoprawnej polszczyzny: "śpi się za kratką, żeby muchi nie wchodzili", "w Wiedniu nie kupiłem kompletnie rozumicie nyc a nyc", "robaky rodzaj owady łapię z pasją". Podobny humor prześwituje z długiego listu pisanego do żony i matki w marcu 1942 r. ze Stawiska: "Wielki wiatr dujet jak nieszczęście i 5? cielezjusza +. Czytam sobie Maritaina, którego tu znalazłem, albo się tak pogapuję ino i zaczynam tęsknić. (...) Ogólnie drzwiamy i oknamy wychodzi ze mnie ogromne znużenie i nie chce mi się absolutnie nic robić, nawet czytać. Zresztą i tak poza tualetą i jedzeniem nie ma tu żadnego zajęcia". Baczyński jeździł do posiadłości Iwaszkiewiczów jak do sanatorium, w którym życie płynie w oderwaniu od czasu.

W Stawisku możliwa była nuda, ten luksus niedostępny w okupowanej Warszawie: "Czy Wy wyobrażacie sobie, co to znaczy nudzić się? Zupełnie, zdaje się, zapomnieliśmy sensu tego słowa. I aż dziwne, że takim spokojem tak się prędko człowiek nasyca. Czy już nigdy niczym innym nie można zostać niż siarką i płomieniem, który kwęka na nieustanne spalanie, ale nie umie bez niego istnieć?". Krzysztof jadł porządne obiady, pił czarną kawę, chodził na spacery, dyskutował "na temat epoki, tych czasów, owych czasów i w ogóle, jak to zwykle w podobnych okolicznościach", słuchał głośnego czytania gospodarza i jego gry na fortepianie.

Żołnierzem Grup Szturmowych Szarych Szeregów został pod koniec czerwca 1943 r. Przybrał pseudonim Krzysztof Zieliński i objął dowództwo zastępu złożonego z pięciu nieletnich chłopców, późniejszej "drugiej sekcji trzeciej drużyny drugiego plutonu »Alek« w drugiej kompanii »Rudy« batalionu »Zośka«".

Uważał walkę za konieczność sumienia, za okrutny i właściwy wybór. Użyczał swojego mieszkania na zbiórki, zgodził się na wykonanie pod podłogą skrytki na broń. Basia ryzykowała razem z mężem. "Ja już nie będę z nim o tym mówić, bo ja się z nim zgadzam!" - odpowiadała znajomym, którzy sugerowali, że Krzysztof nie powinien się narażać. Sama kończyła tajny kurs sanitariuszek. Ćwiczyła praktykując w szpitalu, w którym wciąż leżeli ranni z kampanii wrześniowej.

Baczyński - wychuchany jedynak i astmatyk - nie nadawał się na partyzanta. Kiedy jeździł "do lasu" na obozy Szkoły Podchorążych "Agricola", Basia czuwała w pobliżu: czekała na jego odwiedziny w domu koleżanki w Radości. Uczył się czyścić amunicję, kopać bunkry i strzelać, ale jego determinacja nie przekonała przełożonych. 1 lipca 1944 r. Baczyński dostał rozkaz dowódcy kompanii: "Zwalniam z funkcji w kompanii II st. strz. pchor. Krzysztofa Zielińskiego z powodu małej przydatności w warunkach polowych i proszę, aby objął nieoficjalne stanowisko szefa prasowego kompanii". Taka propozycja tylko go zirytowała. Nie chciał być oszczędzany, skoro sam zdecydował się nie oszczędzać. Przeszedł do batalionu "Parasol", gdzie został zastępcą dowódcy plutonu.

***

1 sierpnia 1944 r. zaczęło się. Zdezorientowany podchorąży Krzysztof dołącza do walczących najbliżej - w Ratuszu. Bierze udział w zdobyciu pałacu Blanka, urzędowej siedziby nazistowskiego starosty Warszawy, w której przed wojną prezydent Starzyński przyjmował oficjalnych gości.

4 sierpnia około godz. 16 - pora obiadowa. W sali na dole na długim stole nakrytym białym obrusem są już porcelanowe talerze z parującą zupą i kryształowe kieliszki z czerwonym winem. Wszystko odbija się wielokrotnie w obramowanych złotem lustrach. Można by pomyśleć, że nie ma żadnego powstania, gdyby nie rozsypane na czerwonych, puszystych dywanach okruchy szkła z wybitych okien.

Baczyński nie siada do obiadu. Stoi na posterunku w narożnym oknie na pierwszym piętrze pałacu. Za bardzo się wychyla, wypatrując Niemców ukrytych w Teatrze Wielkim. Nagle osuwa się na czerwony dywan, trafiony przez snajpera w głowę. Nad okiem, w lewej skroni zostaje kilkucentymetrowa dziura po pocisku, który odłupał kawałek kości, odsłaniając fragment jeszcze pulsującego mózgu. Twarz rannego jest nienaruszona, tylko policzek zamazany krwią. Kiedy przychodzą sanitariuszki z lekarzem (weterynarii), Krzysztof jeszcze żyje. Ma torsje, które ustają po chwili wraz z zatrzymanym pulsem.

Wtedy jeszcze starcza trumien z opieki społecznej, składowanych w Ratuszu; potem będzie się zawijać zmarłych w koce i dywany. Pogrzeb Baczyńskiego odbywa się wieczorem tego samego dnia, na dziedzińcu Ratusza.

Tymczasem Basia czeka na wiadomość od męża w domu rodziców na Pańskiej. Martwi się o Krzysztofa, poszukuje go przez ogłoszenia w gazetce powstańczej. Wypytuje spotkanych na ulicy wspólnych znajomych, czy nie mają jakichś wiadomości. Mają, te najgorsze, ale za mało jest w nich odwagi, albo za dużo litości, żeby powiedzieć prawdę. Basia czyta z ich twarzy i tonu głosu to, co chcą ukryć. Z dnia na dzień dociera do niej coraz wyraźniej, że Krzysztof mógł umrzeć. Ale nie może wiedzieć tego na pewno - i już się nie dowie.

W końcu sierpnia ukrywa się w piwnicy. Przerażają ją lamenty sąsiadek, monotonnie odmawiany różaniec, atmosfera osaczenia. Jest zbyt ciasno, ciemno i duszno. Kiedy wychodzi na podwórze, żeby chwilę odpocząć, słyszy niski dźwięk spadającego pocisku rakietowego. Odłamek trafia w opartą o ścianę taflę szkła. Szyba rozsypuje się, a jedna ze szklanych drzazg trafia Basię w głowę, uszkadzając mózg. Rok wcześniej Baczyński pisał, w odpowiedzi na narzekania Basi na zbyt ponury i tragiczny ton jego poezji: "Jeno wyjmij mi z tych oczu / szkło bolesne - obraz dni, / które czaszki białe toczy / przez płonące łąki krwi". Motyw szkła, tak przez siebie lubiany, zapożyczył z "Królowej Śniegu". W baśni Andersena odłamki stłuczonego lustra utkwiły ludziom w oczach i sercach, czyniąc ich na zawsze smutnymi.

Przeprowadzona w piwnicy operacja nie daje dobrego rezultatu, choć z początku rana wydawała się niegroźna. Basia umiera tydzień. Majaczy, ma nudności, mdleje. W chwilach świadomości zapewnia matkę, że skoro Krzysztof nie żyje, ona też nie chce żyć. 1 września, niecały miesiąc po mężu, umiera razem z ich dzieckiem - była w ciąży. Może dlatego nie została sanitariuszką i musiała ukrywać się z rodzicami w piwnicy.

Ostatni wiersz, jaki zostawił Baczyński, napisany w połowie lipca 1944 r., opowiada o miłosnej nocy wykradzionej wojnie. Dziewczyna wzywa do siebie żołnierza, który nie może się oprzeć melodii jej głosu, przychodzi i zostaje z nią, odkładając broń. Ostatnie wersy brzmią: "I wtedy budzą się płacząc, bo strzały pękają z daleka, / bo śnili, że dziecko poczęli całe czerwone od krwi".

***

Basia zostaje pogrzebana na chodniku przy Siennej. Po powrocie z robót rodzice chowają ją ponownie, na Powązkach. Stefania Baczyńska ma wtedy jeszcze nadzieję, że syna nie będzie musiała szukać pod ziemią. Dochodzą do niej sprzeczne informacje o jego losach. Najbardziej prawdopodobne jest, że zginął w okolicach Ratusza, lecz matka nie chce temu wierzyć.

W styczniu 1947 r. Baczyńska i Drapczyńscy przystępują do ekshumacji na dziedzińcu Ratusza. Ziemia jest zamarznięta, trzeba używać kilofów. Pierwszego dnia nie znajdują zwłok Krzysztofa, ale w nocy pani Drapczyńskiej śni się zięć. Pochyla się nad nią i mówi: "Mamo, ja leżę drugi od brzegu". O świcie jadą sprawdzić. Drapczyńska poznaje zwłoki po oficerkach, ale Stefania nie chce wierzyć. Dla upewnienia teściowa rozciera grudkę ziemi w okolicy szyi, odsłaniając medalik od Pierwszej Komunii. Stefania mdleje, odczytując inicjały syna.

Kiedy tylko Krzysztof zostaje pochowany przy żonie, matka zaczyna porządkowanie jego utworów. W 1947 r. Stefanii udaje się wydać przygotowany przez Krzysztofa przed powstaniem tomik "Śpiew z pożogi". Pomaga jej w tym ojciec Basi, właściciel drukarni.

Baczyńska spisuje testament; opiekunami spuścizny Krzysztofa mianuje jego dotychczasowych promotorów - Wykę, Turowicza, Iwaszkiewicza i Andrzejewskiego. W 1953 r. umiera na serce w domu opieki społecznej. Niecierpliwie czekała przekroczenia tej granicy.

***

Czasem w podręcznikach do języka polskiego w rozdziale o Baczyńskim pojawia się wiersz "W biały dzień" Wisławy Szymborskiej, która odważyła się napisać o poecie bez elegijnego tonu, w trybie nie oznajmującym, ale przypuszczającym. Podsunęła szokujące wyobrażenie zestarzałego Baczyńskiego, "z brodawką na policzku i fałdzistym czołem, / jakby anielski marmur oblepiła glina", który płaci cenę za to, że nie umarł wcześniej. Szymborska nie wpadła pierwsza na ten koncept. W 1941 r. Baczyński napisał opowiadanie "Zwierzęta pana Joachima" i tak scharakteryzował bohatera, zdziwaczałego emeryta: "Był kiedyś poetą - wyśmianym jako sentymentalista, który babrał się w subtelnostkach, kiedy przed społeczeństwem stały ważne zadania. (...) Był łagodny i tak bolały go krytyki, może słuszne - jak myślał, że schował się jak ślimak w skorupie, a wkrótce przestał pisać. Był studentem akademii malarskiej, skąd go po kilku miesiącach wyrzucono, bo nie miał na czesne; był rok w szkole muzycznej, skąd wystąpił, bo trzeba było pracować na życie. Czy miał być geniuszem, czy mógł nim zostać teraz? Nie, było już od dawna za późno".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Kalina Błażejowska
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa, autorka nominowanej do Nagrody Literackiej Gryfia biografii Haliny Poświatowskiej „Uparte serce” (Znak 2014). Laureatka Grand Prix Nagrody...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]