Dwa kroki do przodu, jeden do tyłu

To państwa tzw. wewnętrznego trzonu Unii zdecydują o kierunku, w jakim będzie zmierzać UE. Jeśli inne państwa członkowskie chcą wolniejszej integracji, mają do tego prawo. Nie mogą jednak powstrzymywać innych.

JAROSŁAW MAKOWSKI: - Czy po fiasku ostatniej konferencji międzyrządowej w Brukseli Unia Europejska straciła szansę na zrobienie dużego kroku w kierunku jedności politycznej, ekonomicznej i obronnej?

CHARLES A. KUPCHAN: - Państwa UE będą stopniowo, mimo potknięć i przygodnych stłuczek, zacieśniać współpracę na płaszczyźnie politycznej i ekonomicznej. Integracja na tych polach zmusi je do zacieśniania także współpracy obronnej (co jest jej piętą Achillesa). Oceniając szczyt w Brukseli trzeba pamiętać, że dotychczasowa historia integracji europejskiej odbywała się według zasady: dwa kroki do przodu, jeden do tyłu. Brukselską konferencję, która nie zakończyła się przyjęciem konstytucji europejskiej, należy odczytać jako krok w tył. Jednak wcześniej czy później dojdzie do porozumienia i Europa zrobi dwa kroki do przodu.

- A jak ocenia Pan rolę Polski, twardo broniącej traktatu z Nicei?

- Obawiam się, że Polska prowadzi dość krótkowzroczną politykę. Świadczy o tym nie tylko zachowanie Warszawy w Brukseli, ale także decyzje podejmowane przez kilka ostatnich miesięcy, np. popieranie strategii USA w kwestii irackiej. Polacy sądzili, że nie tylko wzmacniają NATO, ale i podtrzymują nadwątlone więzi transatlantyckie. Zapłacili za to wysoką cenę - naderwaniem dobrych stosunków z głównymi partnerami w Unii: Francją i Niemcami. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale polski rząd będzie przeklinał dzień, w którym podjął decyzję o bezkrytycznym zaangażowaniu się w wojnę iracką.

Nie ulega wątpliwości, że - czy to się komuś podoba, czy nie - są to ostatnie dni USA w roli protektora Europy. Głównym celem polskich działań i inwestycji - nie tylko militarnych, ale przede wszystkim politycznych - nie powinno więc być wspieranie tracącego na znaczeniu i coraz mniej sprawnego NATO, ale UE, której rola na arenie międzynarodowej będzie w najbliższych latach tylko rosnąć.

To nie Unia potrzebuje Polski, ale Polska potrzebuje silnej, efektywnej UE, podejmującej słuszne i szybkie decyzje. Dlatego należy uprościć i uelastycznić system głosowania. Opór Warszawy wobec projektu konstytucji zakładającego taki system można tłumaczyć przywiązaniem waszych polityków do koncepcji państwa sensu stricto suwerennego. Sęk w tym, że takie rozumienie państwa właśnie kończy żywot.

Rozumiem opór Polski przed szybkim oddaniem części suwerenności w ręce instytucji unijnych. Przecież zaledwie od 15 lat cieszycie się wolnością i możnością decydowania o swym losie. Ale czy w imię negatywnych doświadczeń z przeszłości należy hamować integrację europejską? Przyszłość Polski - na dobre i złe - spleciona jest z Europą. We własnym interesie powinniście wspierać działania prowadzące do budowy silnej UE. Inne postępowanie nie wróży dobrze waszej przyszłości.

- Myśli Pan np. o czarnym scenariuszu dla Polski, któremu na imię “Europa dwóch prędkości"?

- Nie można go wykluczyć. Wobec niemożności uchwalenia konstytucji istnieje duże prawdopodobieństwo, że najsilniejsze i najbogatsze państwa zdecydują się w końcu na ściślejszą współpracę. Skądinąd byłby to słuszny krok, bo oddaliłby niebezpieczeństwo blokowania politycznej i ekonomicznej integracji przez najsłabsze państwa Europy. Idea “Europy dwóch prędkości" jest więc potrzebna, jeśli integracja ma się zakończyć sukcesem. Spowolnienie jest zagrożeniem dla silnej i skutecznej Unii, którą ma tworzyć 25 państw.

Tak więc to państwa tzw. wewnętrznego trzonu Unii zdecydują o ruchu i kierunku, w jakim będzie zmierzać UE. Jeśli inne państwa członkowskie chcą wolniejszej integracji, mają do tego prawo. Nie mogą jednak powstrzymywać innych.

- W Europie obowiązuje zasada solidarności. Byłoby chyba dziejową niesprawiedliwością, gdyby już teraz, kiedy Polska jeszcze nie weszła do Unii, miała się znaleźć poza jej trzonem.

- Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: Francja i Niemcy są motorem UE, więc powinny mieć większy wpływ na kształt Europy niż pozostałe, mniejsze kraje. Nie dyskutuje się z faktami, można tylko przyjąć je do wiadomości. Każda federacja rządzi się taką logiką - większy i silniejszy ma większe prawa, np. w USA bogata i duża Kalifornia ma więcej do powiedzenia niż mniejsza i biedniejsza Montana.

- Europejscy liderzy mówią, jak Pan, o konieczności zbudowania silnej Unii, czy wręcz UE, która byłaby światowym mocarstwem. Ciekawe jednak, że Europejczycy nienawidzą USA właśnie za to, że jest supermocarstwem.

- Powoli... Po pierwsze, nie zgadzam się, że Europejczycy nienawidzą USA, choć ostatnie lata obfitowały w ostre starcia amerykańskich i europejskich liderów na temat wizji polityki międzynarodowej. Myślę, że jeśli UE stanie się w końcu znaczącym aktorem światowej areny politycznej, Europejczycy się z nią utożsamią. Stanie się też dla nich przedmiotem większego szacunku i doda im pewności siebie. Silna i zjednoczona Europa przeobrazi się też w rzeczywistego partnera Ameryki, co tylko poprawi stosunki transatlantyckie.

Dowodem, że USA potrzebuje solidnych i wiarygodnych partnerów, jest sytuacja w Iraku. Ameryka potrzebuje sojuszników także na innych płaszczyznach: zaprowadzając pokój w zapalnych rejonach świata, walcząc z epidemią AIDS, liberalizując światowe rynki ekonomiczne albo zwalczając międzynarodowy terroryzm. Chcąc sprostać tym wyzwaniom, Ameryka nie może wszędzie i zawsze działać sama. By stać się lepszym dla niej partnerem, Europa musi pogłębić unię międzypaństwową oraz przemawiać jednym głosem nie tylko w kwestiach ekonomicznych, ale i politycznych. No i musi zyskać większą zdolność militarną, dlatego pożądane wydaje się powołanie ministra spraw zagranicznych UE. To nie koniec: Europa wspólnie z USA powinna zaangażować się w przegląd światowej doktryny bezpieczeństwa oraz strategii jej realizacji, aby lepiej zmierzyć się z nowymi zagrożeniami, np. terroryzmem.

Unia dokonuje na tym polu stopniowej i pozytywnej ewolucji. Wzięła przecież na swoje barki rolę skutecznego stymulatora przemian na Bałkanach. To ważny krok na drodze do stworzenia wspólnej polityki zagranicznej UE.

- Według ostatnich badań opinii dla obywateli Unii jednym z większych zagrożeń dla światowego pokoju jest Izrael, Syria i... USA. Czy nie jest to świadectwo zaniku zdrowego rozsądku? Jak się Pan czuje jako Amerykanin, czytając takie wyniki sondaży?

- To chwilowa wściekłość europejskiej opinii publicznej na USA. Choć wyniki nie odzwierciedlają prawdziwego strachu, stosunek europejskich obywateli powinien skłonić prezydenta Busha i jego administrację do zastanowienia się nad zmianą polityki zagranicznej USA.

Waszyngton musi przede wszystkim zreformować sposób sprawowania władzy jako światowego lidera, który przyjęto i utrwalono po ataku lotnictwa japońskiego na Pearl Harbor w 1941 r. Przezwyciężono go zaledwie kilka lat temu. Podczas trwania zimnej wojny USA były liderem w stosunkach międzynarodowych. Władzę jednak sprawowały wykluczając lub ograniczając znaczenie innych uczestników polityki światowej. Polegało to na tym, że pozostali aktorzy stosunków międzynarodowych czuli się jak osoby, które biorą udział w jakieś grze, ale bez jakiegokolwiek wpływu na jej ostateczny wynik. Pełnili rolę gapiów!

Waszyngton musi także powrócić do liberalnego internacjonalizmu i kontrolować międzynarodowy układ sił przez szukanie kompromisów, a nie przez dyktat i wydawanie poleceń. Drużyna Busha powinna zaprzestać zadziornej retoryki, która - jak pokazują ostatnie miesiące - prowadzi tylko do powstawania ognisk zapalnych. Kompletnie niepotrzebnych. Ale tak samo muszą postąpić jej europejscy partnerzy.

- Niejasna w integracji jest rola Wielkiej Brytanii, która może i jej chce, ale nie za cenę konkurowania Unii z USA. Po której stronie opowie się premier Blair?

- Blair wraca do Europy. A za poparcie, jakiego udzielił Bushowi, zapłacił niemal utratą stanowiska. Przekonał się też, że jego strategia popierania Waszyngtonu przyniosła niewiele pozytywnych efektów. Wielka Brytania jako zwolennik silnej integracji europejskiej może tylko pomóc tej idei. Myślę przede wszystkim o obronie. Tu Brytyjczycy mogą wzmocnić militarną wiarygodność UE.

- Unia w przeciwieństwie do USA nie postrzega terroryzmu w kategoriach głównego zagrożenia dla światowego pokoju. Czy słusznie?

- Obywatele Europy muszą się w końcu obudzić. Groźba międzynarodowego terroryzmu dotyczy także ich. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli być świadkami ataku terrorystycznego na któryś z europejskich celów, by Europejczycy wreszcie to zrozumieli. Trzeba zakładać, że jeśli ktoś posiada broń masowego rażenia, może jej użyć. A przecież istnieją państwa dysponujące taką bronią.

Amerykanie natomiast powinni zdać sobie sprawę, że walka ze światowym terroryzmem nie jest jedynym priorytetem w stosunkach międzynarodowych. Administracja Busha uważa, że świat po 11 września zmienił się bardziej, niż ma to miejsce w rzeczywistości. To jedno z podstawowych źródeł rozchodzenia się dróg administracji amerykańskiej i rządów państw unijnych.

- Mimo żalów, jakie rządy krajów UE kierują pod adresem USA, wydaje się, że w duchu dziękują Bogu za ich istnienie. To one, nie bacząc na koszty, stoją na straży wartości zachodniej cywilizacji.

- To prawda. Jeżeli nastąpiłby kres USA - głównego aktora sceny międzynarodowej zajmującego się zagrożeniami w każdej części globu, nikt inny nie byłby w stanie wziąć na siebie takiej odpowiedzialności. Stany są jedynym państwem, posiadającym wpływ polityczny, moc ekonomiczną i siłę militarną. Inni aktorzy sceny politycznej wymagają więc od USA, by angażowały się w rozmaite spory. Ba, chęć używania tych zasobów przez USA ponownie rozbudzono po zamachach z 11 września.

Jednak nawet takie supermocarstwo jak USA musi mieć świadomość, że nie może rządzić światem samodzielnie i wciąż znajdować się na jego szczycie. Dlatego niezbędna jest ewolucja UE w kierunku silniejszego i bardziej odpowiedzialnego partnera Stanów Zjednoczonych.

CHARLES A. KUPCHAN jest profesorem stosunków międzynarodowych w School of Foreign Service i Government Department w Georgetown University w Waszyngtonie. Podczas pierwszej kadencji prezydenta Billa Clintona był dyrektorem Wydziału Europejskiego w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. Ostatnio opublikował m.in.: “Power in Transition: The Peaceful Change of International Order" (2001), “The End of the American Era" (2002).

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2004