Agerson, bokerson, kocham obóz!

Za każdym razem kiedy wyczerpany i szczęśliwy wracam z obozu "muminkowego", myślę o tym, jak mocno to, co smutne, i to, co wesołe, splata się w naszym życiu. Patrząc na moich niepełnosprawnych przyjaciół, widzę, ile ciepła są w stanie w ciągu kilku zaledwie dni wyprodukować te "żywe akumulatory". My, opiekunowie (nigdy tak o sobie nie myślimy, ale na potrzeby felietonu trzeba jakoś opisać naszą rolę) - otóż my grzejemy się w tym cieple i sami także zaczynamy to ciepło produkować. W końcu nie wiadomo już, kto tu komu pomaga, kto jest "silny", a kto "słaby", kto daje, a kto bierze. Dziesięciodniowy obóz promieniuje potem tą wyzwoloną energią i ciepłem na wiele miesięcy.
Czyta się kilka minut

Hasłem tegorocznego obozu miały być słowa: "Razem jest nas więcej". Hasło jak hasło - miało podkreślać znaczenie wspólnoty i tego, że na pewien czas skupiamy się w jednym miejscu, żeby mocniej przeżywać łączące nas więzi. Tak się jednak dzieje, że od lat nasi przyjaciele "przywożą" na obóz własne hasła. Przoduje w tym Paulina, która nie mówi dużo, ale za to - sentencjonalnie. I kategorycznie: przywiązawszy się do jakiegoś zdania, powtarza je tak często, aż w końcu wszyscy wokół niej również zaczynają to robić. No i w tym roku Paulina przyjechała z hasłem: "Agerson, bokerson, kocham obóz!". Pytam ją, co to znaczy, a ona pokazuje palcem... na mnie. Dopiero brat Pauliny Artek wyjaśnił mi, że "Agerson" to Agresor, pies dziadka. No a "bokerson" (lub "Bokerson")? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że zawołanie Pauliny jest radosne i znosi wszelkie wątpliwości: obóz to jest to, o co chodzi.

A co my właściwie robimy na takim obozie? Właściwie nie robimy nic wielkiego: chodzimy na spacery, nad rzekę, na basen, gramy w chińczyka lub bingo, lepimy, a potem malujemy figurki z gliny, modlimy się i wspólnie rozważamy niektóre słowa Ewangelii, tańczymy, obchodzimy urodziny, robimy sobie grilla... Zawsze staramy się też, żeby na obozie było przynajmniej jedno tzw. niezapomniane wrażenie: w tym roku były to odwiedziny Ani Dymnej, której fundacja pomogła nam sfinansować wyjazd. Ania wystąpiła na żywo w przygotowanym przez nas programie "Spotkajmy się", tyle że nie jako prowadząca, lecz bohaterka, i w trudnej roli, bo musiała jednocześnie bujać się na huśtawce i pić kawę. Zapytana na koniec, po blisko godzinnym wywiadzie, co to jest szczęście, odpowiedziała bez wahania: "Siedzieć tu z wami i tak się bujać".

Napisałem o tym, co wesołe. A co jest smutne? Smutny robię się wtedy, kiedy obserwuję, jak w moich niepełnosprawnych przyjaciółkach i przyjaciołach budzi się miłość i pragnienie więzi innej niż przyjaźń. Mają w sobie tak dużo tej miłosnej energii - są czuli, "przytulaśni" (jak mówią moje dzieci), w ich oczach jest tyle podziwu i radości na widok kogoś, kogo "wybrali". I ta część ich energii idzie - musi iść - w pustkę. I to bardzo boli...

Ale czy z naszymi miłościami też niekiedy nie bywa podobnie?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 29/2008