Zagadka pierwszego człowieka

Odkrycie skamieniałości pitekantropa pod koniec XIX w. miało być przełomem w wyjaśnianiu historii ludzkości. Okazuje się ona jednak bardziej zagmatwana, niż ktokolwiek mógł sądzić.

07.11.2022

Czyta się kilka minut

Ekspozycja w muzeum Sangiran, Jawa, listopad 2014 r. / AGOES RUDIANTO / ANADOLU AGENCY / GETTY IMAGES
Ekspozycja w muzeum Sangiran, Jawa, listopad 2014 r. / AGOES RUDIANTO / ANADOLU AGENCY / GETTY IMAGES

Gdy w roku 1871 Karol Darwin opublikował długo wyczekiwaną książkę „O pochodzeniu człowieka”, stało się jasne, że nasi odlegli przodkowie musieli przypominać małpy człowiekowate – takie jak szympansy, orangutany, goryle czy gibony. Darwin przekonywał, że cechy obecne u nas – m.in. anatomiczne i psychologiczne, przejawiające się w naszym sposobie życia – znajdujemy też w szczątkowej formie u małp. Właśnie ta ciągłość miała świadczyć, że ludzie wyewoluowali tak jak wszystkie inne gatunki: na drodze drobnych modyfikacji, kumulujących się przez wiele pokoleń pod wpływem naturalnej selekcji.

Teoria Darwina miała jedną poważną wadę. Wynikało z niej, że w przeszłości musiały występować bardziej prymitywne formy człowieka, łączące cechy małpie i ludzkie, z których my w końcu wyewoluowaliśmy. Jednak za jego życia nikt nie odnalazł śladów takich stworzeń.

Narodziny paleontologii

Zapoczątkowana sto lat wcześniej rewolucja przemysłowa zmieniła życie ludzi i powierzchnię naszej planety. Miasta – obrastające w opalane węglem fabryki i wieżowce, łączone kolejami – potrzebowały surowców, które można było znaleźć pod ziemią. To z kolei wywołało zapotrzebowanie na geologów. Sam Darwin uważał się zresztą za jednego z nich, gdy w latach 30. XIX w. odbywał wyprawę naukową na okręcie „Beagle” (to podczas niej zaświtało mu w głowie, dlaczego na świecie istnieje tak wiele gatunków).

Gdy geolodzy zaczęli więc kopać w ziemi, trafili nie tylko na cenne złoża i interesujące skały, lecz także na mnóstwo skamieniałości niespotykanych już dzisiaj istot. Tak narodziła się nowożytna paleontologia. Światło dzienne ujrzały np. szczątki ogromnych jaszczurek, które w 1841 r. Richard Owen (później twórca londyńskiego Muzeum Historii Naturalnej) nazwał dinozaurami.

Ustalenia paleontologów wywoływały zainteresowanie gazet (wtedy głównego medium komunikacji), napędzając rozwój tej dziedziny. Gdy jednych odkrywców opanowała gorączka złota, inni poświęcali życie na poszukiwaniu śladów świata, który dawno przeminął.

O paleontologii było głośno także dlatego, że znalazła się w centrum fundamentalnego sporu, w którym dwa zwalczające się obozy stworzyli tzw. katastrofiści i uniformitaryści. Pierwsi uważali, że skamieniałości to świadectwo gwałtownych globalnych zdarzeń geologicznych, które niczym biblijny potop zmiotły całe zastępy stworzeń i ukształtowały powierzchnię planety. Drudzy przekonywali, że Ziemia nie potrzebowała apokaliptycznych katastrof, a jej obecny kształt zawdzięczamy tym samym procesom, które obserwujemy także dziś (jak erozja czy akumulacja), ale rozciągniętym na wiele milionów lat.

Brakujące ogniwo

W połowie wieku XIX, jeszcze przed ukazaniem się najważniejszych prac Darwina, znaleziono skamieniałości neandertalczyka. Ustalono, że to wymarła rasa lub gatunek człowieka, odróżniająca się od ludzi współczesnych.

Jednak nawet neandertalczyk był zbyt ludzki, nie miał wyraźnie małpich cech. Był przeciętnego wzrostu (ponad 160 cm), chodził wyprostowany, miał dużą głowę (mieściła mózg nawet o większych rozmiarach niż nasz). Twarz neandertalczyków była wysunięta, szczęka pozbawiona podbródka, sklepienie czaszki nisko ułożone i raczej podłużne niż zaokrąglone, jak u nas, a niewielkie czoło chowało się za uwydatnionym łukiem brwiowym. W potylicy dało się zauważyć wybrzuszenie, zwane „neandertalskim kokiem”.

Wszystko to – w połączeniu z krępą sylwetką, grubszymi kośćmi i krótszymi kończynami – w oczach XIX-wiecznych badaczy czyniło z neandertalczyków istoty zacofane kulturowo i niezbyt rozwinięte intelektualnie, ale wciąż odległe od małp. Nie mogli więc być „brakującym ogniwem” ewolucji, owymi „małpoludami”, które potwierdziłyby tezy Darwina.

Takiego małpoluda postanowił znaleźć holenderski lekarz Eugène Dubois. Urodził się w 1858 r. – kilkanaście miesięcy wcześniej niemieccy paleontolodzy kłócili się, jaka istota pozostawiła po sobie pokrzywioną czaszkę w dolinie Neandertal, a rok później John Murray III, wydawca Darwina, gratulował sobie sukcesu finansowego książki „O powstawaniu gatunków”.

Prócz prac Darwina, wrażenie na Dubois zrobiła „Historia stworzenia” Ernsta Haeckela, w której ten niemiecki biolog i rysownik spekulował o anatomicznych cechach „brakującego ogniwa”. Hae- ckel rozróżniał między dwiema formami: małpoludem (łac. Pithecanthropus), czyli człowiekiem przypominającym małpę, oraz małpą człowiekowatą, wówczas nazywaną Anthropopithecus. Formą przejściową, o znalezieniu której marzył Dubois, miał być małpolud.

Darwin zakładał, że główne etapy ewolucji człowieka musiały rozegrać się w Afryce. Dubois wolał prowadzić poszukiwania w Azji, m.in. ze względu na mieszkające tam gibony – uważał, że małpolud musiał być najbardziej podobny do nich. Ale o wyborze celu wyprawy rozstrzygnęły kwestie praktyczne: Dubois nie dostał dofinansowania (usłyszał od urzędnika, by nie marnował życia na szalone teorie Darwina), pozostało mu więc zaciągnąć się do armii stacjonującej w Indonezji, będącej holenderską kolonią, i prowadzić badania w wolnych chwilach. Trafił na Jawę i tam, w miejscowości Trinil, w 1891 r. odnalazł upragnionego małpoluda.

Sen na Jawie

Najpierw w jego ręce wpadł wyraźnie ludzki ząb trzonowy. Później fragment czaszki, nieco mniejszej i grubszej od ludzkiej. W tej samej warstwie osadowej, kilkanaście metrów dalej, znajdowała się także kość udowa. Dubois wierzył, że te wszystkie skamieniałości pochodzą od tego samego osobnika.

Nie mógł być jednak pewien, czy ma do czynienia z małpoludem (pitekantropem), czy małpą człowiekowatą (antropopitekiem), mniej istotną z punktu widzenia ewolucji człowieka. Cechy kości udowej przemawiały na korzyść małpoluda: była długa i prosta, zatem stworzenie to musiało chodzić wyprostowane.

To jednak było zbyt mało, by przypisać sobie epokowe odkrycie – w pierwszych listach z Jawy Dubois zachowawczo pisał o antropopiteku. Ale w końcu wymyślił, na czym powinien oprzeć swoją argumentację: jako pierwszy zastosował w badaniu skamieniałości człowieka metody dziedziny nazywanej allometrią. Opiera się ona na porównywaniu rozmiarów części ciał zwierząt i ich proporcji. W biologii ewolucyjnej odgrywa ważną rolę, gdyż pozwala wykazać, że spokrewnione zwierzęta mają podobne plany anatomiczne.

Dubois rozumował tak: u małp człowiekowatych widzimy pewną proporcję długości ciała do objętości mózgu. Szympansy mierzą ok. 1-1,5 metra i mają czaszki o pojemności ok. 0,4 litra. Goryle są trochę wyższe, a ich mózgi mają rozmiar ok. 0,5 litra. Kość udowa z Trinil była podobnej wielkości, jak kość udowa samego Dubois, który mierzył 175 cm, a pojemność czaszki z Trinil mogła wynosić litr. Gdybyśmy więc przyjęli, że te skamieniałości zostawiła jakaś wyrośnięta małpa człowiekowata, musielibyśmy uznać, że miała ona nadspodziewanie duży mózg.

Z drugiej strony, gdybyśmy przyjęli, że te szczątki pochodziły od zwyczajnego człowieka, to powinien być on podobnego wzrostu jak Dubois – a u osoby o takim wzroście spodziewalibyśmy się czaszki większej o 40 proc. od tej z Trinil. Proporcje wykluczały więc zarówno typową małpę, jak i typowego człowieka – musiało chodzić o coś pomiędzy. Czyli o małpoluda, przepowiedzianego przez Ernsta Haeckela. Do nazwy rodzajowej Pithecantropus Dubois dodał przymiotnik gatunkowy erectus.

W ten sposób świat dowiedział się o małpoludzie wyprostowanym – brakującym ogniwie ewolucji człowieka.

Między krytyką a sławą

Według Pat Shipman – badaczki ewolucji i biografki Eugène’a Dubois – jego odkrycia, metody i sposób argumentacji czynią z niego założyciela paleoantropologii.

Ale pośmiertna sława, która na niego spadła, kontrastuje z reakcjami świata naukowego, jakich doczekał się za życia. Nie wszyscy bowiem byli zachwyceni małpoludem. Wprawdzie Haeckel był jego zwolennikiem, ale wielu innych biologów dyskredytowało odkrycie. Dubois usłyszał zarzut, że sam sobie stworzył pitekantropa z trzech skamieniałości, które mogły należeć nie tylko do trzech różnych osobników, ale nawet do trzech różnych gatunków – małpich i ludzkich. Dubois, który nie był łatwy w obyciu, źle przyjmował nie tylko tę naukową krytykę, ale nawet sugestie, że jego odkrycie nie było wyjątkowe.

Jednym z badaczy, którzy poszli w jego ślady, był młodszy o cztery dekady Niemiec Gustav von Koenigswald. On też prowadził prace na Jawie, w Sangiran – miejscowości, w której przez jakiś czas stacjonował Dubois, zanim przeniósł się do Trinil. Koenigswald miał tam więcej szczęścia niż Holender: znalazł m.in. dwie czaszki podobne do tej, którą opisał Dubois. Nazwał je pitekantropem II oraz pitekantropem III. Wierzył, że potwierdzają ustalenia Dubois, ale Holendra takie wsparcie nie ucieszyło – wpadł we wściekłość i zaczął kampanię oczerniania młodszego kolegi.

Był już wtedy po siedemdziesiątce i zestarzał się gorzej niż jego odkrycie, którego znaczenie w końcu przestano podważać. W książce „My, człowiekowate” Frank Westerman pisze, że po powrocie do Holandii Dubois zamieszkał w wiejskiej posiadłości z małpą, a według relacji sąsiadów młode kobiety nie były bezpieczne w jego towarzystwie.

Na jego spuściźnie cieniem kładą się też decyzje podejmowane w Indonezji. Podczas wykopalisk wykorzystywał lokalnych skazańców, co część z nich przypłaciła życiem. Właściwie żadnej ze skamieniałości pitekantropa Dubois nie wydobył z ziemi sam. Uznaje się go za ich odkrywcę – zresztą słusznie – bo kierował pracami, potrafił docenić znaczenie znalezisk i opisał je w naukowych czasopismach. Ale to nie on brudził sobie ręce i oblewał potem, machając łopatą w tropikalnym słońcu.

W stadzie małpoludów

Jeszcze zanim Koenigswald opisał pitekantropa II i III – zwanych później, by nie drażnić Dubois, człowiekiem znad rzeki Solo (Homo soloensis) – a potem także serię podobnych skamieniałości (w tym gigantopiteka i megantropa), uwagę paleo- antropologów przyciągnęły Chiny.

W latach 20. XX stulecia znaleziono tam szczątki nazwane człowiekiem pekińskim lub sinantropem (Sinanthropus pekinensis). Gdyby zastosować te same kryteria, którymi posłużył się Dubois, wszystkie te skamieniałości należałoby uznać za małpoludy – ich czaszki były zbyt małe jak na człowieka, ale zbyt duże jak na małpę.

W tym samym czasie poznaliśmy też australopiteki, odnalezione przez Raymonda Darta w południowej Afryce. Nie zaliczono ich do małpoludów, lecz do małp człowiekowatych. Jednak Dart upierał się, że to pierwszy gatunek, który stworzył kulturę – jego przedstawiciele mieli posługiwać się bronią wytwarzaną z kości, zębów i rogów zwierząt (tą hipotezą inspirował się Stanley Kubrick, gdy kręcił początkowe sceny „2001: Odysei kosmicznej”). Choć Dart był krytykowany za wizję małp machających zaostrzonymi kośćmi, nie mogła już go opuścić. Zawdzięczamy mu też przekonanie, że jesteśmy najbardziej „morderczą małpą” – agresja i kanibalizm miały w naszej ewolucji odegrać fundamentalną rolę.

Wśród samych paleoantropologów nie dochodziło do agresji i krwawych pojedynków, ale burzliwych sporów tu nie brakowało. Co rusz kolejni badacze dokładali nowe znaleziska i proponowali dla nich unikalne nazwy gatunkowe, aż nie dało się już w tym wszystkim połapać. „Nie znajdziemy dwóch uczonych, którzy zgadzaliby się co do nomenklatury skamieniałości lub ich interpretacji” – pisał w 1950 r. Ernst Mayr.

Mayr był człowiekiem spoza środowiska (ornitologiem), ale uznał, że paleoantropologia potrzebuje nowego ładu. Przekonywał, że powinno się mówić tylko o trzech gatunkach człowieka: Homo sapiens (objął on także neandertalczyków), Homo transvaalensis (zbierający najbardziej „małpie” skamieniałości, np. australopiteki), a także Homo erectus. Do tego ostatniego Mayr zaliczył wszystkie egzemplarze „małpoluda” – na czele z pitekantropem, Homo soloensis i człowiekiem pekińskim.

Mayr przekonywał, że mówienie o wielu różnych gatunkach człowieka nie ma biologicznego sensu, gdyż ludzie potrafią dostosować się do wielu środowisk. A skoro nie istnieją dla nas bariery ekologiczne, trudno zakładać, że mieszkańcy różnych regionów żyli od siebie odizolowani. Bez takiej izolacji nie mogłoby zaś dojść do kumulowania się różnic genetycznych i powstania oddzielnych gatunków.

Nowa nazwa przyjęła się i Homo erectus wyparł rozdrobnioną konkurencję. Jednak historia ludzkości nie stała się z tego powodu ani trochę jaśniejsza.

Dwa miliony lat

W podręcznikach do paleoantropologii Homo erectus zajmuje wyróżnione miejsce. Niektórzy uważają, że to pierwszy „prawdziwy” gatunek człowieka, a znany ze szkolnych lekcji Homo habilis (pojawił się ok. 2,5 mln lat temu) reprezentuje małpy człowiekowate i można go wrzucić do jednego worka z australopitekami.

Homo erectus pojawia się ok. 2 mln lat temu, a przypisywane mu najmłodsze skamieniałości (zresztą pochodzące znad rzeki Solo) mają niewiele ponad 100 tys. lat. Jego początek wydaje się nieźle określony: krótko po wyłonieniu się tego gatunku (ok. 1,7 mln lat temu) dochodzi do rewolucji technologicznej – pojawiają się pierwsze precyzyjnie obrabiane narzędzia.

Tej technicznej nowince towarzyszy zmiana w rozmiarach ciała: Homo erectus staje się o kilkanaście centymetrów wyższy od współwystępujących z nim hominidów, waży kilkanaście kilogramów więcej i ma od nich wyraźnie większy mózg. Jako pierwszy człowiek zaczyna zdobywać nowe kontynenty i ekosystemy. Najstarsze ludzkie skamieniałości poza Afryką stanowi zbiór pięciu czaszek znalezionych w Dmanisi w Gruzji. Liczą ok. 1,8 mln lat i znacznie się od siebie różnią, ale przyjmuje się, iż reprezentują lokalną odmianę Homo erectus.

Jednak sprawa się komplikuje, jeśli uświadomimy sobie, że prawie dwa miliony lat, przez które miał istnieć Homo erectus, wypełniają niemal całą ewolucyjną historię człowieka. W tym czasie z włochatych istot zamieszkujących afrykańską sawannę i żywiących się padliną ludzie stali się wyspecjalizowanymi łowcami, opanowali ogień, nauczyli się podróżować po morzach i kolonizować wyspy.

Nawet wśród skamieniałości zaliczanych do Homo erectus można stwierdzić duże zmiany: najmłodsze czaszki mają mózgi niemal dwukrotnie większe niż najstarsze. I co najważniejsze: kilkaset tysięcy lat temu u boku Homo erectus pojawiają się też bardziej „wyspecjalizowane” gatunki: neandertalczycy (w Europie), denisowianie (w Azji), Homo sapiens (w Afryce) oraz hobbici (na indonezyjskiej wyspie Flores i filipińskiej Luzon; dorosłe osobniki osiągały metr wzrostu, a ich mózgi miały rozmiary typowe dla szympansa). Na południu Afryki występuje też Homo naledi – być może najdziwniejszy ze wszystkich. Wyższy i cięższy od hobbitów, ale z dość małym mózgiem i ciałem, które jakby nie mogło się zdecydować, czy warto było schodzić z drzewa. Czy te wszystkie populacje człowieka wywodzą się od lokalnych grup Homo erectus? Nie wiadomo. Ale jeśli nie od nich, to skąd?

Pytania, pytania…

Jeszcze przed paroma dekadami o współczesnych rasach człowieka myślano w sposób następujący: miały być potomkami różnych populacji Homo erectus – z Afryki, Chin, Europy i Indonezji – które rzekomo przez ponad milion lat żyły w izolacji. Dziś wiemy, że to nieprawda: 60-70 tys. lat temu grupa Homo sapiens wyruszyła z Afryki i skolonizowała wszystkie kontynenty, zastępując w wielu miejscach dotychczasowych mieszkańców. A czasem się z nimi mieszając.

Nie brak dziś głosów, że Homo erectus jest raczej „historycznym przypadkiem”, a nie „biologiczną rzeczywistością”, bo ta nazwa połączyła różniące się od siebie grupy ludzi. Obecnie znamy już ślady użycia kamiennych narzędzi z Chin i Indii, które mają ok. 2,1 i 2,5 mln lat, a więc powstały w czasach, gdy poza Afryką „oficjalnie” nie postała ludzka noga.

Skąd te ślady się wzięły? W Azji nie znaleźliśmy nigdy australopiteków. Ale nie można wykluczyć, że istniała tam jakaś lokalna odmiana małp człowiekowatych, która faktycznie stworzyła bogatą kulturę. O tym, że takie stworzenia byłyby do tego zdolne, możemy być pewni – w Kenii znaleziono prymitywne kamienne narzędzia sprzed aż 3,3 mln lat, a w tym czasie nie mówi się jeszcze o człowieku.

Ale jeśli Azja miała swoje australopiteki – albo trochę wcześniejszych niż Homo erectus ludzkich kolonizatorów – to może się okazać, że hobbici z Filipin i Indonezji, a może także populacja z Gruzji wywodzą się od tych bardziej prymitywnych form człowieka, które dopiero później natknęły się na Homo erectus.

W paleoantropologii od czasów Dubois zmieniło się wiele. Ale jedno pozostało: nadal zbyt mało wiemy o małpoludzie, by naszą historię opowiedzieć do końca. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Filozof i kognitywista z Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych oraz redaktor działu Nauka „Tygodnika”, zainteresowany dwiema najbardziej niezwykłymi cechami ludzkiej natury: językiem i moralnością (również ich neuronalnym podłożem i ewolucją). Lubi się… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2022