Reklama

Z rosyjskich zakładów Renault wyjadą moskwicze

Z rosyjskich zakładów Renault wyjadą moskwicze

w cyklu ROSYJSKA RULETKA
19.05.2022
Czyta się kilka minut
Wojna okazała się przedsięwzięciem długotrwałym i generującym wysokie koszty. Reżim stara się je na wszelkie sposoby obniżyć.
Bartlomiej Magierowski/East News
W

W Unii Europejskiej toczy się dyskusja nad szóstym pakietem sankcji wobec agresywnej Rosji. Toczy się i zamiera. Rezygnacji z embarga na rosyjskie surowce energetyczne głośno domagają się Węgry. A po cichu w tej sprawie wahają się również najważniejsi europejscy gracze. Embargo wisi w powietrzu, w Moskwie biją pianę triumfu: bez naszej ropy nie ma Europy. Biją na wyrost, ku pokrzepieniu swoich chciwych serc.

Jak mawiał Michaił Gorbaczow: proces już się zaczął (процесс пошел), miły naftowo-gazowy biznes Europy z Rosją będzie się w perspektywie zwijał, nawet jeśli teraz jeszcze się kręci.

Co „u nas”, co nie „u nas”

Uśmiechy zadowolenia wywołał w Moskwie głos Turcji w sprawie perspektyw przyjęcia do NATO Szwecji i Finlandii – oba państwa złożyły formalny akces do Sojuszu. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan zaznaczył, że skoro te państwa udzielają gościny członkom antytureckich organizacji terrorystycznych (chodzi zwłaszcza o Partię Pracujących Kurdystanu) oraz przeciwnikom Erdoğana związanym z Ruchem Gülena, to Turcja z dystansem myśli o ich członkostwie w NATO – aliansie zbudowanym na wzajemnym zaufaniu. Ankara chce najwyraźniej nagłośnić swoje anse wobec kandydatów i przypomnieć, że jej głos liczy się w sprawach całego NATO. Moskwa odczytała te słowa jako próbę zablokowania przyjęcia nowych członków.


Finowie i Szwedzi ekspresem do NATO: To będzie najszybsze w historii Sojuszu przyjęcie nowych członków.


 

W tym wątku politycznym ciekawe jest nie tylko to, jak Rosja reaguje na głos Turcji, ale głównie to, jak reaguje na przełomową przecież zmianę w polityce Szwecji i Finlandii, państw deklarujących do tej pory tradycyjną neutralność. Otóż reaguje miękko, nie sięgając po zwykle stosowane przy podobnych okazjach instrumenty: ostrą retorykę, ruchy wojsk przy granicy, groźby użycia siły, zerwania stosunków itd. Kilka dni temu podczas szczytu Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym Putin powiedział, że Rosja „nie ma problemu ze Szwecją i Finlandią, w tym sensie, że ich wstąpienie [do NATO] nie stwarza bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa Rosji. Natomiast pojawienie się tam infrastruktury wojskowej spotka się z naszą odpowiedzią”.

Kraina łagodności. A jeszcze niedawno rozogniony wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow wykrzykiwał, aby NATO pakowało swoje manatki i wynosiło się z państw Europy Środkowo-Wschodniej, zaś problem rozszerzenia NATO był głównym argumentem wyciąganym w dyskusjach z Zachodem. Ale kto to dzisiaj pamięta?

Dlaczego Moskwa, zwykle wojowniczo odstraszająca wszystkich chętnych od natowskiego stołu, w przypadku akcesji Finlandii i Szwecji zachowuje się w tak stonowany sposób? Może wyjaśnienie ułatwią słowa sekretarza prasowego Kremla, Dmitrija Pieskowa: „Nie mamy sporów terytorialnych ani z Finlandią, ani ze Szwecją, tymczasem UKRAINA potencjalnie mogła stać się członkiem NATO i wtedy Rosja weszłaby w spór terytorialny z państwem należącym do Sojuszu, co niesie ogromne ryzyko dla całego kontynentu”.

Politolożka Tatiana Stanowaja w „Kommiersancie” interpretuje spokojne stanowisko Moskwy wobec historycznego rozszerzenia NATO następująco: „Dla Putina problem NATO nie miał charakteru wojskowo-strategicznego (...), a geopolityczno-historyczny. To znaczy: niech NATO istnieje sobie na Zachodzie, ale nie »u nas«. Ukraina, Gruzja, Mołdawia – to jest »u nas«”. Stanowaja twierdzi, że to myślenie wywołuje silne rozdrażnienie w rosyjskiej armii, gdyż wyżsi dowódcy patrzą na Sojusz właśnie od strony zagrożenia militarnego, strategicznego, a nie geopolitycznego. Ich zdaniem logika Putina jest błędna: broni on tego, „co nasze” (tzn. sfery, którą on uważa za rosyjską), ale naraża Rosję w sensie strategicznym.

Moskwicze i pionierzy

Zejdźmy z wielkiej międzynarodowej szachownicy na wewnętrzne rosyjskie podwórko. Jednym ze skutków zachodnich sankcji wobec rosyjskiej gospodarki jest wycofywanie się wielu firm z Rosji. 16 maja ogłoszono, że aktywa francuskiego koncernu Renault, który podjął decyzję o wyjściu z Rosji w związku z agresją na Ukrainę, przechodzą na własność rosyjskiego państwa. Rosyjskie władze nazywają ten akt „nacjonalizacją”. Zakłady produkcyjne Renault otrzymały władze Moskwy. Mer Siergiej Sobianin triumfalnie zakomunikował, że zamiast „renówek” w zakładach powstawać będą rasowe moskwicze. Sny o odrodzeniu blaszanek wsparł rzecznik Pieskow zapewnieniem, że sam prezydent kupiłby takie autko, jeżeli będzie to dobre autko. A i sam Pieskow wyrobem nie pogardzi.

Jak to w kremlowskich bajkach bywa, zapowiadana świetlana przyszłość na wzór niesłusznie minionej wielkiej przeszłości święcić triumfy może w słowach. Rzeczywistość podstawia pod nos marzycielom twarde dane: na skutek sankcji (a także lockdownu w Chinach, a to właśnie z Chin miałyby pochodzić komponenty wyposażenia i zastępcze części zamienne do planowanych moskwiczy) produkcja samochodów osobowych w Rosji spadła o 72 procent. Ekspert Aleksiej Chriesin w komentarzu dla „Nowej Gazety. Europa” twierdzi, że to, co dzieje się z zakładami Renault, trudno nazwać nacjonalizacją: nacjonalizacja to przejęcie własności bez pytania o to właściciela; tymczasem w danym przypadku chodzi o porozumienie wypracowane pomiędzy koncernem a władzami Moskwy. Szczegółów nie ujawniono, ale z tego, co pisze „Nowa Gazeta”, wynika, że krzywdy nie ma.

Media społecznościowe przywitały zapowiedź powrotu moskwicza huraganem komentarzy w rodzaju: „nowy moskwicz będzie miał kwadratowe kółka”, „jazda bez pasów bezpieczeństwa i z ręczną skrzynią biegów jak za dawnych lat; dziadowie jeździli, pojeździmy i my”, „wielbiciele ZSRR, wasze marzenia się spełniają: cenzura, chory dziad na szczycie władzy, 99 procent za, gdzieś w czołgach giną żołnierzyki, a z linii produkcyjnych zjeżdżają nowiutkie moskwicze; zostało tylko doczekać kartek na masło, półrocznej kolejki do przydziału na jugosłowiańskie buty, a będzie można wstawić kryształy do serwantki i przybić dywan na ścianę”.

19 maja mija sto lat od utworzenia organizacji pionierskiej, wychowującej dzieci i młodzież w duchu ideałów marksizmu-leninizmu (przejściowo stalinizmu). W rosyjskich mediach masowo pojawiły się zapowiedzi odrodzenia „pionierii” ku chwale putinizmu, ożywili się dawni wychowankowie, piastujący dziś wysokie urzędy. Najaktywniej wzywają do przywrócenia organizacji członkowie partii komunistycznej z Giennadijem Ziuganowem na czele. Ziuganow od lat reaktywuje pionierów na własną skalę – wręcza młodziutkim adeptom czerwone chusty i pasuje ich na komunistów in spe. Marzy mu się zapewne poszerzenie bazy. Putinizm ma już swoją „Putinjugend”, jak nazywa się nieoficjalnie młodzieżową organizację paramilitarną JunArmia. Czy Kremlowi przyda się nowa „pionieria”?

W Dumie Państwowej grupa deputowanych na wszelki wypadek złożyła wniosek o powołanie ruchu dzieci i młodzieży pod nazwą „Wielka Przemiana” (po rosyjsku: Большая перемена, co można przetłumaczyć również jako „szkolna długa przerwa”). Członkami ruchu mogłyby być dzieci w wieku powyżej sześciu lat. Celem organizacji miałoby stać się przygotowanie młodocianych do życia w społeczeństwie, w tym ukształtowanie ich światopoglądu w zgodzie z „tradycyjnymi rosyjskimi wartościami duchowymi”, zaszczepienie miłości do ojczyzny i „poczucia osobistej odpowiedzialności za jej los”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

W latach 1992-2019 związana z Ośrodkiem Studiów Wschodnich, specjalizuje się w tematyce rosyjskiej, publicystka, tłumaczka, blogerka („17 mgnień Rosji”). Od 1999 r. stale współpracuje z „...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]