Reklama

W Maisons-Laffitte

W Maisons-Laffitte

26.09.2006
Czyta się kilka minut
Przyjeżdżaliśmy zazwyczaj koleją z paryskiego dworca Saint-Lazare. Od stacji w Maisons-Laffitte był spory kawałek drogi do siedziby "Kultury". Redaktor przyjmował nas w oranżerii, przy długim stole zarzuconym drukami i pismami, odsuniętymi na bok z okazji spotkania. Siadaliśmy naprzeciw, obok Zofia Hertz, na stole pojawiały się cztery szklanki do whisky. Zawsze ta sama sceneria i ten sam rytuał na spotkaniach popołudniowych.
P

Ponieważ pojawialiśmy się zwykle w Mai­sons wkrótce po przyjeździe z kraju, tematy krajowe zajmowały centralne miejsce w rozmowie. Najpierw kilka pytań o zdrowie i twórczość, potem ogląd horyzontalny sytuacji w Polsce, we Francji, w świecie, zawsze pytania o znajomych. Gospodarz umiał słuchać uważnie i nie unikał nigdy wyrażenia własnego poglądu, a jeśli coś go oburzało, zawsze dawał temu wyraz. Na koniec zawsze miał do nas jakąś prośbę, a raczej polecenie; czasem chodziło o PEN Club, czasem o przekazanie komuś wiadomości, czasem o wstawiennictwo w sprawie czyjegoś stypendium. Miał świetną orientację w personaliach działaczy i pisarzy nie tylko polskich, ale także ukraińskich, rosyjskich i białoruskich i nakłaniał do komunikowania się z nimi.

Poza naszymi wizytami popołudniowymi było także kilka spotkań w kuchni, przy kolacji - którą przygotowywała zazwyczaj sama Zosia - zakończonej zmywaniem naczyń przez gospodarza domu.

Dwa razy w roku odbywały się w willi przy ulicy Poissy uroczyste przyjęcia, na które zapraszani byli przyjaciele "Kultury". Uczestniczyłam w jednym z nich i zapisałam je w swoich dziennikach podróży pod datą 18 stycznia 1986 roku. Ponieważ Artur wyjechał wtedy na kongres PEN Clubu do Nowego Jorku, tym razem zawiozła mnie do Maisons autem nasza przyjaciółka Olga Scherer, pisarka i profesor literatury francuskiej na Sorbonie. Cytuję notatkę z dziennika:

"Mimo że przyjeżdżamy punkt pierwsza, jest już pełno gości. Sporo młodych, jedni w muszkach, drudzy w swetrach lub koszulach. Są Romanowiczowie, Hellerowie, ktoś z Wolnej Europy, ktoś z Głosu Ameryki, autorzy »Kultury« - Brońscy, Krzysztofowie Pomianowie, profesor Kłoczowski, Wojtek Karpiński, ksiądz Zenon Modzelewski i Danusia Szumska, Renata Gorczyńska, wydawca »Pulsu« Jan Chodakowski, oboje Kuczyńscy, Kot Jeleński, Teresa Torańska, Wojciech Giełżyński, Teresa Dzieduszycka, pracownicy techniczni »Kultury«, poza tym sporo innych, nieznanych mi gości. Wkrótce po nas zjawiają się Kazikowie Brandysowie. W holu, przy osobnym stole, nieco na uboczu, ale gęsto otoczony, siedzi Józef Czapski".

Pamiętam, że nastrój był świąteczny, swobodny i bardzo pogodny. Wszyscy witali się ze wszystkimi, goszczono się tradycyjnymi daniami polskimi. Gospodarz, wmieszany w tłum zaproszonych, co jakiś czas znikał z pokoju, uprowadzając kogoś z gości na poufną rozmowę na zaplecze.

O Giedroyciu utarło się mówić, że jest zimny jak głaz i owładnięty wyłącznie pasją polityczną. Mało kto wspomina jego zalety osobiste, jego dyskretną dżentelmenerię, gościnność i przyjazny sposób bycia, a także troskę i dbałość o przyjaciół, których wspierał w potrzebie finansowo. Warto też może przypomnieć, że ten twardy Giedroyc wygłosił jedną z najpiękniejszych pochwał kobiet polskich; uważał, że bez ich udziału nic by się w trudnych sprawach polskich nie udało.

Miłosz, który korzystał z gościny "Kultury" przez przeszło rok, wyraził w swoim liście dziękczynnym cały swój podziw dla dobroci i prawości Giedroycia, choć jak sam w tym liście przyznaje, nie był gościem łatwym. Ale również Giedroyc do ludzi łatwych nie należał. Jego stosunki z otoczeniem bywały, jak wiadomo, często zakłócane, przyjaciele mieli mu różne posunięcia za złe. Jeleński wyrzucał mu lekkomyślne jego zdaniem narażanie ludzi, przy okazji procesu tak zwanych "taterników", młodych działaczy przemycających materiały "Kultury" do kraju, krytykował zbytnie upolitycznienie "Kultury" i brak materiałów literackich, choć Giedroyc wyrównywał to z nawiązką, drukując w Bibliotece "Kultury" książki wybitnych pisarzy, które nie mogły ukazać się w kraju: Miłosza, Gombrowicza, Bobkowskiego czy Haupta.

W kilku ogłoszonych ostatnio wywiadach z Giedroyciem dosłyszeć można skrywaną dotąd nutę żalu, że wskutek ogromu pracy wyrzec się musiał na zawsze życia prywatnego. Był świadom, że życie domowe nie dałoby się pogodzić z oddaniem sprawie, tak jak on je rozumiał. Miał poczucie osamotnienia. Wzmogło je spustoszenie, jakie czyniła śmierć wśród ludzi mu bliskich i współpracowników. Rozluźnienie więzów z Józefem Czapskim nie osłabiło przyjaźni i podziwu Giedroycia dla tego niezwykłego artysty i człowieka, z którym związany był od lat. Pragnieniem jego było wydanie po śmierci Czapskiego dzienników malarza, liczących tysiące stron.

Poczucie samotności Redaktora wzmagać musiała gorycz niespełnionych oczekiwań dotyczących kraju i niemożność osobistego wpływu na bieg toczących się tam wydarzeń. Myślę, że pocieszająca była dla niego zmiana, jaka dokonała się w ostatnich latach w naszej polityce wschodniej i w naszych stosunkach z Litwą. Wiele było w tym jego zasługi.

Krytycznie usposobiony do Kościoła, doceniał jednak działalność paryskiego wydawnictwa Pallotinum, które w najtrudniejszych dla Polski latach, również w stanie wojennym, zapraszało do siebie przyjeżdżających z kraju intelektualistów, pisarzy i działaczy niepodległościowych. Występowali tam Kisielewski i Turowicz, Mazowiecki, Konwicki i Brandys, Kijowski i Mrożek, profesor Jerzy Kłoczowski, Michnik i Wajda... Giedroyc wielokrotnie pojawiał się na tych wieczorach, przybył również z Zosią Hertz na odczyt Artura o sytuacji w Polsce i na nasz wspólny wieczór poetycki. Wziął też udział w wieczorze na cześć Wałęsy, który odbył się w pobliskim kościele.

Nie stronił również od przyjacielskich spotkań u Danuty Szumskiej, która podtrzymywała więź wydawnictwa z gośćmi z Polski, zapraszając ich do swojego mieszkanka, gdzie spotykali się Herbert z Miłoszem, Romanowiczowie z Haliną Mikołajską i Pszoniakami, gdzie pojawiał się ksiądz Pasierb, Adam Zagajewski z żoną Mają i wielu innych. Ale do życia towarzyskiego nie wydawał się stworzony.

Ostatnia wizyta w Maisons-Laffitte, na którą przyjechałam już sama, bez Artura, odbyła się również w oranżerii, przy tym samym stole, na którym pojawiły się tym razem tylko trzy szklanki do whisky. W pewnej chwili Redaktor podniósł się i podreptał do swojego gabinetu, po czym wrócił trzymając w ręce cienką książeczkę, którą mi wręczył. Był to zbiorek wierszy Artura Międzyrzeckiego, zatytułowany "Namiot z Kanady", wydany na Bliskim Wschodzie w roku 1943, podczas służby Artura w wojsku generała Andersa, debiut poetycki. Do wydania książeczki przyczynili się wówczas Jerzy Giedroyc i Zofia Hertz.

Julia Hartwig jest poetką, tłumaczką, eseistką. Ostatnio opublikowała m.in. tom poetycki "Zwierzenia i błyski" oraz książkę wspomnień "Wybrańcy losu".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]