Reklama

Słowniki, mity i baśnie

Słowniki, mity i baśnie

06.12.2007
Czyta się kilka minut
Był jedną z najbardziej tajemniczych postaci polskiej kultury ostatniego półwiecza. Zdołał zachować tę przedziwną autonomię zarówno w systemie monocentrycznym, który opierał się na totalnej inwigilacji, jak i w demokracji. W ciągu minionych siedemnastu lat pozostawał w cieniu, skromny i szanowany. O społecznym szacunku dlań świadczyła sprzedaż dziesiątków tysięcy egzemplarzy każdego nowego słownika.
W

Władysław Kopaliński na zawsze pozostanie legendą polskiej leksykografii. "Rzeczpospolita" od 18 października umożliwia co tydzień zakup najsławniejszych jego słowników. Wielkie leksykograficzne święto będzie trwało do 3 stycznia. Nie ukrywam, że ten świetny pomysł postawił mnie w trudnej sytuacji. W swojej bibliotece, znacznie niestety mniejszej od zbiorów profesora Henryka Markiewicza, mam prawie wszystkie słowniki Kopalińskiego; niektóre, o czym rodzina jeszcze nie wie, w różnych wydaniach. Mimo to zacznę zbierać nową ich kolekcję, którą Krzysztof Masłoń trafnie nazwał "humanistycznym niezbędnikiem".

Ze słownikami Kopalińskiego zaprzyjaźniłem się, teraz wiem, że na całe życie, w roku 1970. Wtedy kupiłem (a ściślej - kupiliśmy, gdyż była to wspólna partnerska decyzja) "Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych z suplementem". Wydała go Wiedza Powszechna, a użycie w tytule terminu "suplement" sugerowało słusznie, że nie jest to pierwsze wydanie. Ze stopki redakcyjnej można wyczytać, że chodzi o wydanie VI - a słownik pojawił się na rynku ledwie trzy lata wcześniej! Jeden z najsławniejszych tytułów powojennej Polski doczekał się do dziś trzydziestu wydań, a dodam, że zawsze walczył z konkurencją w postaci słowników PWN. Książka Kopalińskiego była jednak szczególna. Od pierwszego z nią kontaktu zawiązywała się intymna więź, która nigdy nie została zerwana.

To poczucie niezbędności w jeszcze większym stopniu dotyczy "Słownika mitów i tradycji kultury", wydanego w roku 1985. Książka, którą uważam za najbardziej osobisty i najgenialniejszy słownik Kopalińskiego, pojawił się trzy lata po wprowadzeniu stanu wojennego. Był głosem z innego świata. Już sam tytuł pokazywał, że teraźniejszość wypełnioną po brzegi przemocą, podsłuchami i inwigilacją można intelektualnie unieważnić. Cóż znaczyły trzy lata jawnego terroru (po wielu latach innych postaci ideologicznej opresji) wobec wielu tysięcy lat cywilizacji zapisanej w kulturowych mitach!

W tym słowniku można było znaleźć nadzieję na przetrwanie. Sięgałem po niego w sytuacji niepewności, załamania i lęku. Nosi wyraźne tego ślady, znacznie różniąc się od następnych wydań, bardziej eleganckich, wydanych na lepszym papierze. Tamte stoją i zdobią, ten jest ciągle na nowo odczytywany. Ciągle też pamiętam, ile wysiłku, mimo przyjaźni z księgarzami, włożyłem w jego zdobycie. Potem musiałem go zawsze mieć w zasięgu wzroku. Jego widok dodawał otuchy, a tytuł świadczył o tym, że tylko chwilowo i przypadkiem żyjemy w czasach Arymana.

W "Słowniku wyrazów obcych" czytamy: "Aryman - w religii staroirańskiej (zob. mazdaizm) przywódca zastępów złych duchów, bóg zła, ciemności i zniszczenia (por. Ormuzd)". Autor tego hasła z pewnością doskonale rozumiał istotę mazdaizmu, gdyż miał nieszczęście spędzić większość swojego długiego i twórczego życia pod władzą Arymana; tylko ostatnich siedemnaście lat cieszył się przyjaźnią Ormuzda - boga dobra i światła. Przytoczmy fragment rozmowy z Joanną Szczęsną ("Duży Format" "Gazety Wyborczej" z 15 października): "Z całej mojej rodziny tylko ja jeden ocalałem. A z całego mojego przedwojennego życia - tylko dwie osoby... [Znowu milczenie]. Kiedyś szedłem z moim ulubionym bratem, był tylko o siedem lat starszy, pozostałe rodzeństwo było od nas dużo, dużo starsze. Rozpoznano nas. Ja runąłem do ucieczki, pamiętam, że uciekałem Kanoniczą. On został. Tam na miejscu go rozstrzelano".

Interpretacja tej niezwykłej rozmowy pozwala zrozumieć zarówno niechęć Władysława Kopalińskiego (Władysława Sterlinga, syna Samuela) do wywiadów, które przypominają życiową traumę, jak i kształtowanie się największej jego życiowej pasji. Słowniki są ważne w każdej kulturze. Ich wartość doceni nawet wyznawca Arymana, kiedy mu zabraknie odpowiedniego słowa do wyrażenia swojej nienawiści.

Trzy lata temu, rok po urodzeniu się mojej wnuczki, kupiłem "125 baśni do opowiadania dzieciom" (Oficyna Wydawnicza Rytm). We wstępie Władysław Kopaliński pisze o konieczności opowiadania dzieciom baśni. I na koniec dodaje: "Jeżeli jednak jakieś domowe okoliczności nie pozwalają na tego rodzaju przekaz, można oczywiście te baśnie dziecku czytać. Skutek będzie może dość podobny, choć mający mniej uroku. A kiedy dziecko nauczy się czytać, a nie oduczy się pytać, da sobie jakoś z treścią książki radę".

Nie nauczyłem się jeszcze opowiadać baśni, ciągle wolę je czytać. Ale już wiem, jakie egzystencjalne w swej naturze pytania potrafi zadać moja wnuczka. Odpowiedzi na niektóre z nich wielokrotnie szukałem w słownikach Władysława Kopalińskiego.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]