Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Pamięć nieobecności

Pamięć nieobecności

10.04.2012
Czyta się kilka minut
Tak długo, jak historycy z Polski i Ukrainy dochowują w swoich badaniach zasad rzetelności naukowej, ich interpretacje mogą się różnić. Także dzięki sporom i odmiennym interpretacjom nasze badania posuwają się do przodu.
Przesiedlenie volksdeutschów. Dworzec Kraków-Płaszów, 1940 r. fot. Paul Brander / Narodowe Archiwum Cyfrowe
M

MARCIN ŻYŁA: Skrwawione ziemie zdają się czasem za małe, aby pomieścić jedną wersję historii. Czy w Europie Środkowo-Wschodniej jest jeszcze miejsce na wspólną pamięć?

GRZEGORZ HRYCIUK: Do XIX w. – okresu narodzin świadomości narodowej – historia wielo¬etnicznych ziem Rzeczypospolitej toczyła się wspólnie. Była to jednak przede wszystkim historia ówczesnego „narodu politycznego” – szlachty. W okresie poprzedzającym wybuch I wojny światowej w tradycyjnej, polskiej narracji historycznej zaczęło brakować miejsca dla Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. To zjawisko jest również widoczne w świadomości społecznej tamtego czasu.
Historycy ze wschodniej części kontynentu wykazują tendencję do podkreślania wydarzeń z przeszłości własnych narodów, które z polskiej perspektywy nie zawsze wydawały się istotne. Z kolei w naszej narracji nieczęsto wspomina się np. o wielonarodowościowym obliczu Lwowa czy o tym, że Wilno było kiedyś najważniejszym ośrodkiem białoruskiego ruchu narodowego. Nawet żydowską obecność opisywano dotąd przede wszystkim jako element kolorytu, mało było poznawania bogatego życia religijnego i kulturalnego tej społeczności.
Upadek komunizmu przyniósł najpierw uaktywnienie się tradycyjnych ujęć, które funkcjonowały w historiografii emigracyjnej. Odkrywano niejako na nowo opracowania, które przez poprzednie pół wieku ukazywały się na Zachodzie. Nowe badania źródłowe dotyczyły początkowo głównie historii własnej grupy narodowej. Dopiero niedawno pojawiła się tendencja dostrzegania różnorodności i wielokulturowości Europy Środkowo-Wschodniej.

Ze strony uczonych litewskich i ukraińskich słychać jednak zarzuty interpretacji „imperialnych”, które mieliby stosować polscy historycy.

Myślę, że w głównym nurcie polskiej historiografii jest to zjawisko marginalne. Mamy coraz większą świadomość, że dawne ziemie Rzeczypospolitej były wspólną ojczyzną wielu narodów, a Polacy – tymi, którzy przez wiele lat decydowali o ich losach politycznych. Wrażliwość na narrację innych na pewno istnieje. Z drugiej strony, trudno wymagać, aby wszystkim odpowiadała tylko jedna wersja historii.

Pamięć ludzi na dawnych Kresach Rzeczypospolitej odłączyła się od pamięci miejsc. Budynki – jak oblepiona billboardami synagoga w Drohobyczu – zmieniły swoje przeznaczenie, obrosły wspomnieniami i kontekstami ludzi, którzy wychowywali się w ich cieniu już po wojnie. Jak wygląda spotkanie tych dwóch rodzajów pamięci?

W chwili kiedy rozpoczynałem kwerendy, liczba żyjących osób, które mogły opowiadać o własnych doświadczeniach, była już dość ograniczona. Wspominali głównie ich potomkowie. Były to najczęściej pojedyncze obrazy z dzieciństwa uzupełnione opowieściami rodziców.
Trzeba pamiętać, że społeczność Kresów była przede wszystkim wiejska. Dlatego pamięć nieobecności na Wschodzie dotyczy tylko niewielkiej części społeczeństwa. Jest jednak wciąż pamięcią lepiej zachowaną niż pamięć o zachodnich ziemiach Polski, gdzie po II wojnie światowej i przymusowych wysiedleniach została całkowicie zerwana ciągłość kulturowa. Na Wschodzie wielu mieszkańców przetrwało wojnę, a poza tym mamy tam również do czynienia z pamięcią rodzinną – zdarzały się przecież np. małżeństwa polsko-ukraińskie.
Inaczej jest w miastach. We Lwowie i Wilnie próbuje się odbudowywać przedwojenne tradycje. Ale to się do końca nigdy nie uda, gdyż za bardzo zmieniła się tam struktura ludnościowa. Zniknęła ludność żydowska i większość polskiej. Wielu Ukraińców i Białorusinów – przedwojennych mieszkańców Kresów – nie wróciło do domów w wyniku wojny. Zastąpiła ich ludność napływowa. Do Lwowa lub wołyńskiego zagłębia węglowego przyjeżdżali nie tylko ludzie ze wsi, ale także mieszkańcy środkowej Ukrainy i innych republik Związku Radzieckiego.

Czy historycy dysponują narzędziami do opisywania zmian np. w strukturze zawodowej kresowych miejscowości?

Całościowe badania dopiero trwają. Po 1939 r. przemiany w tym zakresie były tak dynamiczne, że ich opracowanie było dotąd dla historyków bardzo trudne metodologicznie.
W miastach na Wschodzie wojna i przesiedlenia rzeczywiście usunęły całe miejskie tkanki, warstwy społeczne i zawodowe. Ma to daleko idące reperkusje także i dziś. Rzadko np. zdajemy sobie sprawę z tego, że zdecydowana większość mieszkających dziś w Wilnie Polaków to ludzie, którzy przybyli tam z ośrodków podmiejskich. Z kolei elity – także ukraińskie i białorus¬kie – stanowiły w dużej mierze zaplecze emigracji na zachód Europy, do Stanów Zjednoczonych i Kanady.
Po 1944 r., kiedy na Wschodzie instalowano nowy ustrój komunistyczny, z całego Związku Radzieckiego sprowadzono tam wielu przedstawicieli nowych, radzieckich elit. To wszystko spowodowało, że struktura społeczna miast tak znacznie różniła się od tego, co było przed wojną. Daleko jeszcze do podsumowania badań historyków w tym zakresie.

Jaki kształt przybierze takie podsumowanie?

Paradoksalnie, mimo intensywnego dialogu w latach 90., wprowadzenia do obiegu naukowego nowych materiałów źródłowych, a także po pierwszym okresie, kiedy wydawało się, że stanowiska historyków polskich i ukraińskich uległy zbliżeniu – i to nawet w tych najbardziej nas od siebie dzielących, dramatycznych kwestiach dotyczących tragedii na Wołyniu i w Galicji wschodniej – potem doszło do pewnej stagnacji, a nawet regresu. Obie strony wycofały się na swoje dawne stanowiska.
Byłbym jednak ostrożny w fetyszyzowaniu konieczności wypracowywania wspólnego, jednolitego stanowiska. Tak długo, jak historycy z obu krajów dochowują w swoich badaniach zasad rzetelności naukowej, ich interpretacje mogą się różnić. Także dzięki sporom i odmiennemu spojrzeniu na pewne problemy, dzięki różnym interpretacjom, nasze badania posuwają się do przodu. Myślę, że wspólna wizja nie zawsze jest niezbędna, choć, oczywiście, byłoby dobrze, gdyby niektóre rzeczy były nazywane po imieniu.

Jest Pan współautorem „Atlasu ziem Polski” – wyjątkowej publikacji ukazującej dramat Polaków, Niemców, Żydów i Ukraińców wyrzucanych ze swoich domów. Z jaką reakcją na książkę spotkał się Pan u naszych sąsiadów?

Atlas zyskał spore zainteresowanie czytelników – było to dla mnie miłe zaskoczenie. Również w Niemczech mówiono o nim dużo. Myślę, że źródłem sukcesu publikacji za Odrą był fakt, iż w „Atlasie” staraliśmy się również obiektywnie opisać powojenny dramat cywilnej ludności niemieckiej: opuszczenie stron rodzinnych, ewakuację, mordy i grabieże dokonywane przez Armię Czerwoną – ale także akty zemsty ze strony administracji i ludności polskiej. Było to dla nas o tyle ważne, że, niejako przy okazji, niemieccy czytelnicy mogli się dowiedzieć, że ich dramat nie był jedyny, a tym bardziej pierwszy: poprzedziły go tragedie ludności polskiej i ukraińskiej, o Zagładzie nie wspominając. „Atlas” został przetłumaczony i dwukrotnie wydany w Niemczech. Dzięki specjalnej edycji Centrali Federalnej ds. Kształcenia Politycznego trafił do uczniów, studentów i wykładowców. To dobry znak na przyszłość. 

Prof. GRZEGORZ HRYCIUK jest historykiem od lat związanym z Instytutem Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się m.in. historią Europy Wschodniej, stosunkami polsko-ukraińskimi oraz masowymi deportacjami ludności w Związku Radzieckim. Współautor „Atlasu ziem Polski” (2008).

Grzegorz Hryciuk weźmie udział w debacie "Skrwawione ziemie" (12 maja)

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Marcin Żyła jest dziennikarzem, a od stycznia 2016 r. również zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Do zespołu pisma dołączył przed ośmioma laty. Od początku europejskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]