Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Oblicza miłości

Oblicza miłości

03.12.2012
Czyta się kilka minut
Poznali się – co Jerzy Turowicz odnotowuje w kalendarzu – 20 października 1935 r. w małym kościele św. Wojciecha na krakowskim Rynku.
Anna Gąsiorowska i Jerzy Turowicz; druga połowa lat 30. Fot. Archiwum Jerzego Turowicza
W

W kościele odbywały się tzw. Msze mówione odprawiane dla „odrodzeniaków”, czyli studentów Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. Msze mówione, podczas których uczestnicy posiadający napisane po łacinie mszały mogli uczestniczyć w nabożeństwie razem z celebransem, były ważnym wydarzeniem dla tych młodych, zaangażowanych katolików. W powszechnym zwyczaju było bowiem wówczas jedynie słuchanie Mszy odprawianej przy ołtarzu przez księdza zwróconego tyłem do wiernych.

DZIEWIĘTNASTOLETNIA ANNA GĄSIOROWSKA, STUDENTKA HISTORII, jest córką Janusza Gąsiorowskiego, generała brygady, żołnierza Wojska Polskiego, współpracownika Józefa Piłsudskiego od czasu walk o niepodległość, oraz Zofii z Zawiszów-Kernowej, pisarki i działaczki społecznej, wywiadowczyni I Brygady Legionów. Rodzice rozstali się niedługo po narodzinach ich jedynego dziecka i z czasem weszli w drugie związki. Zofia związała się z Romualdem Kernem, inżynierem rolnictwa, który zajął się 300-hektarowym majątkiem żony w podkrakowskich Goszycach. Tam też odbyło się przyjęcie weselne Anny i Jerzego Turowiczów po ślubie zawartym w słoneczną sobotę 26 listopada 1938 r., w drewnianej kaplicy św. Otylii w pobliskim Wilkowie. Mszę sprawował brat pana młodego – ks. dr Juliusz Turowicz. Druhnami panny młodej były: Danuta Wolska, późniejsza żona pisarza Jana Józefa Szczepańskiego, i Grażyna Szumanówna, córka psychologa i językoznawcy, prof. Stefana Szumana. Bilet wizytowy, zawiadamiający o miejscu zamieszkania swoim i żony, Turowicz skomponował sam. Wybrał papier o zacnej gramaturze, który po ponad 70 latach, choć pożókły i zakwaszony, nie sypie się w palcach. Równe litery prostej czcionki ułożone w równych rzędach zawiadamiają, że Anna i Jerzy Turowiczowie mieszkają w Krakowie, przy alei Słowackiego 16/13. To nowoczesna arteria rozbudowującego się miasta: tam buduje się najwyższe kamienice, z kanalizacją i wodociągami; w dalszej części Alej Trzech Wieszczy powstają dwie reprezentacyjne budowle lat 30. Krakowa: Akademia Górniczo-Hutnicza i Biblioteka Jagiellońska. Turowiczowi imponuje ten nowoczesny sznyt konserwatywnego pod różnymi względami miasta. Idylla skończy się w pierwszych dniach września 1939 r., kiedy Turowiczowie opuszczą kamienicę i przeniosą się do Goszyc, gdzie spędzą całą okupację. Anna przechodzi „szkołę życia”, zawiadując dużym domem oraz tłumem krewnych i przyjaciół, którzy gnani rozlicznymi okolicznościami usiłują przetrzymać na wsi najgorszy czas: Aniela Pawlikowska z Medyki z trójką dzieci, Anna Wolska z Perepelnik z sześciorgiem dzieci, Irena i Jerzy Schroederowie z córką, jej siostra Helena Pawłowska, zaprzyjaźniony z domem Wacław Wójcik, kuzynostwo Anny: Jan i Luka Gąsiorowscy, rodzeństwo: Danuta i Juliusz Wolscy... Do tego stali mieszkańcy i ci, którzy czasami szukali odosobnionego schronienia, jak np. Jan Józef Szczepański czy Czesław Miłosz z żoną po ucieczce z powstańczej Warszawy w 1944 r. Oaza stworzona w Goszycach przestaje istnieć na początku 1945 r., kiedy przepisy reformy rolnej odbierają rodzinie ziemie, lasy i sam dwór. Turowiczowie wracają do Krakowa, by wiosną 1945 r. zamieszkać w kamienicy przy Lenartowicza 3/3, w którym stworzą oazę dla kolejnych „uciekinierów”, tym razem z szarej rzeczywistości PRL-u.

JAK OPISAĆ TRWAJĄCE 60 LAT MAŁŻEŃSTWO, BY NIE POPAŚĆ W BANAŁ? Ks. Adam Boniecki, redaktor „TP” od 1964 r., przez kilkanaście lat lokator jednego z pokoi na Lenartowicza: „Małżeństwo Turowiczów to dla mnie dowód, że mogą istnieć dobre małżeństwa na całe życie. Nic nie musi »wygasnąć«, jak niektórzy mówią. To byli ludzie niesłychanie dla siebie ważni, siebie ciekawi. Spierali się np. o wydawanie pieniędzy, ale to nie było istotne. Typowe były opowieści o ich wspólnych przeżyciach. Pani Anna korygowała opowieść Jerzego, a on ciepłym głosem ją mitygował: »Ależ Anno, to nie wtedy...«. Były rzeczy, które panią Annę drażniły, np. wrażliwość Jerzego na wdzięk pięknych kobiet. Nie, żeby miała nawet cień wątpliwości, co do miłości i oddania Jerzego, ale wiem, że ją to drażniło. Nie dawała jednak tego po sobie poznać. No może czasem, trochę... Świetnie się rozumieli, w pół słowa, a nawet bez słów”. Dorota Schroeder, córka przyjaciół, która mieszkała z Turowiczami w czasie studiów, pod koniec lat 60.: „Rano zdarzało się, że wuj Jerzy robił cioci Annie śniadanie i zanosił na tacy do pokoju. Czasami pisywał różne liściki albo zostawiał kartkę z narysowanym jeżem. 30 lat po ślubie!”. „Ach, kochanie, jestem w trakcie zastanawiania się, czy wyszłabym za Ciebie drugi raz, gdybym wiedziała, jaką ilość kurzu i ile ton papieru ten fakt za sobą pociągnie...” – pisze pani Anna na początku listopada 1972 do męża, który podróżuje po Kanadzie i USA, zdając szczegółowe relacje żonie w licznych listach i kartkach wysyłanych zza oceanu. Ona – znakomita tłumaczka, mając na swoim koncie przekłady wielu książek i tekstów z francuskiego – zajmuje się w tym czasie tworzeniem mu pokoju do pracy, którego wcześniej pan Jerzy nie posiadał: dogląda przestawiania pieców, malowania pokoju, stolarza, który robi nowe półki na książki. Pisze dalej: „Ale jak wrócisz i będziesz sobie cicho siedział – już nie w kątku, ale w dużym, ubocznym pokoju – i odezwiesz się czasem aksamitnym głosem i popatrzysz ciepłymi oczami, to chyba te wątpliwości mnie opadną. W końcu jakieś wady mieć trzeba: inni mężowie nieznośni, albo piją, albo co, a Ty gromadzisz pod siebie papier... Już mało cech ludzkich we mnie zostało, nie mogę myśleć o niczym innym, tylko o numeracji, kształcie, miejscu położenia gazet”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]