Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

In statu nascendi

In statu nascendi

06.11.2017
Czyta się kilka minut
Nieczęsto zdarza się możliwość uczestniczenia w narodzinach twórcy – zwłaszcza jeśli od jego śmierci mija 70 lat. Paradoks? Życie i twórczość Feliksa Nowowiejskiego były ich pełne.
N

Nazwisko Nowowiejskiego nie wywołuje dziś powszechnie dreszczu podniecenia, prędzej uczucie znużenia. Kojarzy się z ciężkim patosem, akademickim, belferskim wręcz stylem, gigantomanią i nachalną dosłownością, której synonimem poniekąd stała się „Rota” (już to jest paradoksem, bo odpowiada za nią raczej nie muzyka, lecz tekst Konopnickiej). Odkładając na bok problem słuszności tej oceny najpopularniejszej pieśni, której kompozytor zawdzięcza trwałe miejsce w świadomości Polaków, a wraz z nią zatwierdzone przez Sejm ubiegłoroczne obchody Roku Nowowiejskiego – to czy autora kilkudziesięciu rozbudowanych opusów, powstających na przestrzeni półwiecza, można zamknąć w jednym okazjonalnym, zwrotkowym, marszowym hymnie?

Czy wciąż dość powszechne negatywne skojarzenia potrafimy więc poprzeć konkretnymi przykładami? Czy znamy utwory kompozytora, który sto lat temu gościł na afiszach całej Europy i Ameryki, będąc autorem najczęściej wykonywanego oratorium („Quo vadis”; w swoim czasie najpopularniejsze nie w Polsce nawet, ale w kraju o takich muzycznych tradycjach jak Niemcy)? Czy znamy ścieżki, jakimi szedł, zanim dotarł – w młodości! – do swego otoczonego uwielbieniem dzieła, oraz drogi, jakie przemierzał później, tworząc przez kolejne 35 lat? Wystarczy jeden rzut oka (i ucha), by stwierdzić, że nic nie jest tu oczywiste, nic nie jest aprioryczne, a niespodzianki mogą wyłonić się z każdego kolejnego odkrycia.

Pierwszych dostarcza już sama biografia kompozytora. Przez lata niewyjaśniona, oparta na źródłach niepozbawionych tendencyjności i niekoniecznie wiarygodnych: nie tylko takich, jak powielane nieżyczliwe opinie, ale i np. proste dokumenty nieodzwierciedlające złożonej rzeczywistości – jak realia tygla etnicznego i kulturowego na Warmii w końcu XIX wieku, wtłaczanego siłą w pruskie kształtowniki. Ostatnio ten złożony żywot doczekał się skrupulatnej analizy, której autorka, Iwona Fokt, przedstawia na dalszych stronach istotny zeń wyciąg. Szereg kwestii zyskuje odpowiedzi, choć wciąż zapewne nie brak miejsca na pytania i domniemania.

Jeszcze trudniej jest z muzyką autora „Roty” – będącą dziś wciąż ziemią odkrywaną. Nie sposób zamknąć ją w paru słowach, jednak nie tylko dlatego, że to niezwykle bogata twórczość, obejmująca praktycznie wszystkie możliwe gatunki, lecz także z powodu funkcjonującego jej fałszywego obrazu. Po pierwsze: szereg zwłaszcza późniejszych kompozycji, istniejących wyłącznie w rękopisach, w ogóle nie doczekało się jakiejkolwiek recepcji. Po drugie: te, którym zdarzało się być granymi, wykonywane były często w wersjach skróconych i „ułatwionych”, przygotowanych m.in. przez synów kompozytora – w najlepszej wierze, jednak z nie najlepszymi skutkami. Do tego w naszej świadomości wciąż żyją uprzedzenia, jakie zaszczepili w nas orędownicy stylowego postępu, którzy spośród twórców pierwszych dekad XX wieku triumfalnie wynieśli na piedestał Karola Szymanowskiego (na co, rzecz jasna, w pełni zasługiwał), cokolwiek obsesyjnie dbając przy tym o to, by pozostał iście romantycznym, samotnym, nierozumianym bóstwem – by nie znalazł się nikt, kto w pejzażu muzyki polskiej dwudziestolecia międzywojennego mógłby również być w ogóle widoczny. Słońce mogło być tylko jedno, a dookoła mogły co najwyżej krążyć satelity. Nie było miejsca na inne gwiazdy. Nowowiejski nie był zresztą jedynym, który z tego powodu ucierpiał; dość wspomnieć tragiczny los dorobku Eugeniusza Morawskiego.

Muzyka Nowowiejskiego, wypełniona weną melodyczną podpartą oryginalną harmonią i świetnym warsztatem, jest więc dziś terenem odkryć, niezwykłą przygodą. Jej ogólną charakterystykę, wskazującą na różne etapy rozwoju (gdyż bynajmniej nie była jednolita – przeciwnie, zmieniała się pod wpływem nowych prądów i dojrzałości kompozytora), przedstawia Marcin Gmys, przewodniczący pracom nad przygotowywanym w Polskim Wydawnictwie Muzycznym nowym, opartym na źródłach wydaniem dzieł Nowowiejskiego. Opowiadają też o niej jej wykonawcy: organista oraz dyrygenci czujący się jak pionierzy, gdyż zmuszeni sięgać do rękopisów i prowadzić śledztwa, w których odkrywają pewien zapomniany świat kultury międzywojnia. Wciąż trudno jednak o jej całościowy ogląd, a zwłaszcza – dostępność. Nasza świadomość tej twórczości nadal pozostaje in statu nascendi. Ukazały się wprawdzie dwa nagrania wspomnianego „Quo vadis”, będącego niewątpliwie największym sukcesem prestiżowym i komercyjnym, jaki odniósł jakikolwiek polski kompozytor tamtych czasów, lecz czy porównywalnym sukcesem artystycznym? Oratorium z pewnością trafiło jednak w swój czas, jego przypomnienie mówi więc być może więcej o zapotrzebowaniach kulturalnych lat wokół I wojny światowej niż o samej wartości kompozytora – i jako takie jest dziś bezcennym źródłem wiedzy. Znajdzie się tu przecież niejeden bardzo atrakcyjny fragment (jak liryczne prośby Lidii w III scenie), jest więc wiele powodów, dla których warto po nie sięgnąć.

Trudniej jest z późniejszymi utworami. Dwa balety, z których bardzo wyróżnia się „Król wichrów” (zapewne w użyciu, jak na razie, pozostanie ten tytuł, nie oryginalna „Leluja”), wręcz porywająco zarejestrował z Sinfonią Varsovią Sebastian Perłowski, płyt tych jednak – choć pięknie wydanych – nie znajdziemy w sklepach; pozostają swego rodzaju materiałem promującym kompozytora, kolportowanym przez producenta – agencję artystyczną Kameny. Trzeba mieć nadzieję, że albo trafią do komercyjnego obrotu, albo wręcz do internetu, gdzie będą mogły tym lepiej pełnić swą promocyjną rolę. Czekamy jeszcze na dwie symfonie, które w najbliższych dniach powinny ukazać się na płytach DUX (dyr. Łukasz Borowicz), oraz na przygotowywaną właśnie, ponownie przez Perłowskiego, operę „Legenda Bałtyku”. Możemy też cieszyć się kompletem symfonii organowych, zrealizowanym już parę lat temu przez Rudolfa Inniga (trzypłytowe wydawnictwo MDG – pisze o nim Jerzy Kukla; jest też ich wybór w nagraniu Jerzego Erdmana, wydany przez WDR oraz na dawnej płycie Polskich Nagrań). Nie brak więc bynajmniej „rąk do pracy” – blisko sto lat po skomponowaniu nie można uskarżać się, że utwory leżą odłogiem i nie budzą zainteresowania. Przeciwnie – i samo to świadczy korzystnie o ich jakości. A także o zmianie naszej świadomości, jako że do niedawna wartości tej – w sposób domniemany jej odmawiano.

Od kontrowersji jednak wciąż nie sposób uciec. Nauczyliśmy się wprawdzie cenić XIX-wieczne malarstwo akademickie, podobnie eklektyczną architekturę tamtych czasów – które jeszcze 30 lat temu powszechnie były lekceważone jako niewnoszące nic do „rozwoju sztuki” – dziś analogiczna zmiana postawy wobec muzyki wciąż budzi pewne opory. Dzięki tekstowi Marcina Trzęsioka przyjrzymy się i temu zagadnieniu, utrudniającemu powrót na estrady nie tylko dzieł zapomnianego przez lata Nowowiejskiego, lecz i np. Korngolda czy Głazunowa, a odbijającemu się echem nawet przy dyskusjach nad twórcami, zdawałoby się, już przyswojonymi w pełni, jak Rachmaninow i Sibelius.

Paradoksów i pytań jest więcej – i nie na wszystkie można dziś odpowiedzieć. Nowowiejski musi dopiero znaleźć swoje miejsce w naszej panoramie kultury pierwszej połowy XX wieku. Nie potrafimy mu go wyznaczyć: to proces zaledwie zapoczątkowany, którego przebieg będzie zależał od naszych dzisiejszych sądów. Stąd zdecydowaliśmy się przedstawić teksty, które prezentują nie tylko obecny stan wiedzy o kompozytorze, lecz zarazem są obrazem stosunku do niego, jaki spotkać dziś można w środowisku muzycznym.

Każdy autor na swój sposób zmierzył się z portretem Nowowiejskiego, z jego dorobkiem widzianym pod specyficznym kątem, indywidualnie oświetlając tę postać. Doszliśmy do wniosku, że suma różnych ujęć przyniesie bardziej kompletny wizerunek, a także ukaże grunt, na jakim powinno wzrosnąć zainteresowanie muzyką autora nie tylko „Roty”, nie tylko „Quo vadis”, lecz i „Króla wichrów”, i Symfonii „Rytm i praca”. Powinno, gdyż – tu mój drobny osobisty wkład w konterfekt artysty – mamy do czynienia z osobowością o wielkiej wyobraźni dźwiękowej i znakomitym warsztacie kompozytorskim, posługującą się swobodnie i pomysłowo orkiestrą symfoniczną, a przede wszystkim w swej sztuce autentyczną. Nie w każdym utworze, lecz z pewnością w śmiałych dziełach z okresu międzywojennego dochodzi do tego prawdziwa świeżość inwencji, pozwalająca kompozytorowi tworzyć niezapomniane obrazy dźwiękowe: od takich tematów i brzmień jak „Czerwony staw” z „Króla wichrów” wręcz nie sposób się uwolnić. Wykonujący tę muzykę artyści wiedzą, jak tchnąć w nią życie; naszym zadaniem – jej odbiorców, w tym impresariów i menadżerów instytucji muzycznych, ale także słuchaczy – będzie pchnięcie jej na estrady. Jeżeli przyjął się wydłużony szereg utworów Elgara – nie ma powodu, by zabrakło Nowowiejskiego. ©

 

KRÓL WICHRÓW – odpomniany

Dodatek do „Tygodnika Powszechnego” 46/2017. Wydawca Fundacja Tygodnika Powszechnego

REDAKCJA Jakub Puchalski

SKŁAD Artur Strzelecki

FOTOEDYCJA Edward Augustyn, Marek Zalejski

OKŁADKA Kazimierz Nowowiejski, karykatura Feliksa Nowowiejskiego, 1937 r.

Wszystkie zdjęcia oraz grafiki pochodzą ze zbioru rodziny Nowowiejskich / www.cyryl.poznan.pl

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Nowowiejski 2017”, realizowanego przez Instytut Muzyki i Tańca

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1973. Jest krytykiem i publicystą muzycznym, historykiem kultury, współpracownikiem „Tygodnika Powszechnego” oraz Polskiego Radia Chopin, członkiem jury International Classical Music...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]