Gladiatorzy muszą odejść

Kościół stał się wielce niezobowiązujący: nie ma zasad, nie ma ocen, nie ma wymagań. Całe roczniki, często bez wyjątków, przystępują do pierwszej komunii, do bierzmowania, bez problemów biorą ślub i chrzczą dzieci. Podobnie jest z dopuszczaniem do katechizacji.

15.09.2007

Czyta się kilka minut

Spór o religię w szkole nie toczy się na jasno określonym froncie, gdzie dokładnie wiadomo, kto jest po której stronie. To raczej partyzantka i podjazdy: każdy walczy z każdym, a ewentualni kibice zastanawiają się ciągle "którzy to nasi?". To, że nie ma jednolitości wśród krytyków religii w szkole, to zmartwienie owych krytyków. Mam jednak wrażenie, że także po kościelnej stronie nie bardzo wiemy, czego oczekujemy od szkolnej katechizacji.

Wdzięczny ks. Jackowi Prusakowi za pokazanie, jak przeciwnicy religii chcą nam zrobić wodę z mózgu, chciałbym odnieść się polemicznie do kilku jego twierdzeń. Publicysta "TP" (w nr. 35/07) pisze: "Ocena z religii na świadectwie jest informacją na temat znajomości dziedzictwa religijno-kulturowego chrześcijaństwa, a skoro na uczelniach wyższych można zaliczać przedmioty teologiczne i nikomu nie przeszkadzają oceny z tych przedmiotów w indeksie studenta, dlaczego inaczej miałoby być w edukacji podstawowej?". Otóż problem w tym, że religia w szkole nie jest (i być nie może) prostszym, dostosowanym do wieku wykładem teologii, ale właśnie katechezą. Jeśli ktoś nie rozumie, jaka jest różnica między teologią a katechezą, to powiem, że przeczytanie i zapamiętanie przepisu kulinarnego Makłowicza jest teologią, a katecheza jest przyrządzeniem i zjedzeniem tego, co w przepisie.

Chciałbym, by moi uczniowie poznali osobę Chrystusa, spotkali się z Nim i podjęli decyzję pójścia za Nim. Dziedzictwo religijno-kulturowe chrześcijaństwa szanuję, ale na katechezie niewiele mnie ono obchodzi. To Jezus zbawia, a nie dziedzictwo.

Piątka za niewiarę

Przed rokiem kilku uczniów negocjowało ze mną zamianę ocen niedostatecznych na świadectwie ukończenia szkoły średniej na oceny dopuszczające. O co chodziło? O przyszłego pracodawcę, który spojrzy na świadectwo i pomyśli: "co to musi być za żul, skoro przynosi pałę z religii"! Był to przejaw życiowego myślenia moich uczniów (już za to dostali, co chcieli): inaczej musieliby przekonywać szefostwo, że po prostu opanowali "dziedzictwo religijno-

-kulturowe chrześcijaństwa" w stopniu niedostatecznym, a tak na co dzień są zupełnie niezłymi katolikami.

Kolejna sprawa dotyczy "generacji szatanów z szóstką z religii". Ks. Prusak pisze: "Każdy uczeń może uczyć się jakiegoś przedmiotu tylko po to, żeby mieć czerwony pasek. (...) Dlaczego w przypadku katechezy mówi się, że taka sytuacja byłaby zagrożeniem dla wiary uczniów?".

Proszę spojrzeć na poniższy dialog. Jest wymyślony, ale doskonale pokazuje, na jakie pozycje daliśmy się zepchnąć w szkole, uznając religię za taki sam przedmiot jak każdy inny.

- Co to jest Najświętszy Sakrament?

- Prawdziwe Ciało i Prawdziwa Krew Pana Jezusa pod postaciami chleba i wina.

- Wierzysz w to?

- Nie wierzę. I proszę nie włazić w moje przekonania, nie życzę sobie tego.

- Bardzo cię przepraszam. Siadaj, piątka.

Czy tego chcemy? Katecheta zrobił wszystko, czego chcą odpowiedzialni za katechezę. Nie może oceniać praktyk, przekonań. Nie wpłynie to nawet na notę z zachowania, bo uczeń swoje upomnienie wygłosił spokojnie, bez awantur.

To tylko przedpola

Przytoczę też głos w internetowej dyskusji o ocenianiu z serwisu dla katechetów, który prowadzę: "Dochodzi do paranoi: zdolna uczennica, kompletnie nie praktykująca (rodzice ateiści), ma same szóstki, bo jest mózgowcem i zapamiętywanie tego, co mówię na lekcjach, nie sprawia jej trudności - i co mam jej postawić na koniec roku, gdy jednocześnie wiem, że ani razu nie była na Mszy?".

Co poradzić pytającej katechetce? A co powiedzieć dziewczynce, która siedzi w ławce przy ścianie i myśli sobie: "jestem co niedziela w kościele, śpiewam w scholi, jestem gorliwa, tylko nauka mi nie wchodzi do głowy, słaba jestem z polskiego, z matematyki, ze wszystkiego... Mam z religii dostateczny: jak ja to pokażę rodzicom? Dlaczego tamta ma szóstkę?".

Jeśli ktoś znajdzie sposób, by tej dziewczynce wytłumaczyć, że ktoś, kto dostaje tróję z religii w szkole, może być lepszym chrześcijaninem od tego, kto ma szóstkę, przekona mnie do ocen.

Pójdźmy dalej. Autor pisze: "Nie sprowadzajmy religii do przedmiotu niezobowiązującego ani ucznia, ani nauczyciela". Tu się zgadzamy. Osoba przychodząca na religię powinna przyjąć pewne zasady, a katecheta powinien ich wymagać. Jakie to zasady? Podzielając pogląd abpa Kazimierza Nycza, że "dla części uczniów spotkanie z katechetą jest dalekim przedpolem pierwszej ewangelizacji, gdyż z rodziny wynieśli bardzo niewiele albo zgoła nic" (wywiad dla "TP" nr 37/06), zasadą tą powinna być obecność, zachowanie elementarnych zasad kultury, uznanie w katechecie osoby odpowiedzialnej za prowadzenie lekcji i bezwzględny szacunek dla rzeczy świętych.

W takie ramy zmieści się i scholistka, i niewierzący, i poszukujący, i wątpiący, i ambitny. Tylko darujmy sobie ocenianie. Niech wystarczy zaliczenie - wszak to tylko przedpola ewangelizacji. A dla tych, którzy "przeginają" - brak zaliczenia i zabranie przywileju chodzenia na religię.

Przywilej, nie prawo

W tym cały problem, bo nasz Kościół stał się wielce niezobowiązujący - nie ma zasad, nie ma ocen, nie ma wymagań. Całe roczniki, często bez wyjątków, przystępują do pierwszej komunii, do bierzmowania, bez problemów biorą ślub, bez problemu chrzczą dzieci. Tak funkcjonuje też społeczeństwo, i taka jest szkoła. Toleruje się nieuctwo i nieobecności. Przymyka się oczy na brak kultury, na agresję - także tę wobec nauczyciela. Fakt obecności w takiej właśnie szkole katechezy jest problemem.

Przez całe wieki to Kościół, przez swoich starszych, decydował, kogo katechizuje - dzisiaj decydują o tym najczęściej rodzice. Kościół ma zaspokoić ich życzenie: katecheta, nawet z biskupem, nie mają prawa wykluczyć kogokolwiek z lekcji. Obecność na religii jest prawem, a powinna być przywilejem. Taki przywilej powinien być udzielany hojnie i szeroko, ale jeśli ktoś go podepcze, to może (i powinien) go stracić. Religia to rzecz zobowiązująca. Jeśli ktoś notorycznie łamie zasady kultury, nie wykonuje poleceń, umyślnie przeszkadza, kpi z rzeczy świętych - należy go odprawić.

Używam tu wyrażenia, którego użył Hipolit Rzymski w "Tradycji Apostolskiej": "Należy ponadto zbadać, jakie rzemiosło lub zawód uprawiają przyprowadzeni na katechizację. (…) Jeśli jest malarzem lub rzeźbiarzem, należy mu zwrócić uwagę, że nie wolno mu sporządzać wizerunków bóstw, a gdyby nie zechciał tego zaprzestać, trzeba go odprawić. Jeśli jest aktorem lub występuje w teatrze, ma tego zaprzestać lub odejść. (…) Woźnica cyrkowy, zawodnik publiczny, gladiator, łapacz zwierząt w cyrku, posługacz publiczny przy walkach gladiatorów muszą albo porzucić zawód, albo odejść. Jeśli ktoś jest kapłanem lub stróżem bóstw pogańskich, musi zrezygnować albo odejść. (…) Nie wolno przyjmować prostytutki, pederasty, dobrowolnego kastrata i każdego, kto by popełnił grzech, o jakim nie godzi się mówić. (…) Guślarz, astrolog, wróżbita, wykładacz snów, kuglarz, wytwórca amuletów muszą albo zaprzestać swych zajęć, albo odejść".

A co mamy dzisiaj? Ubezwłasnowolnienie katechezy i jakieś nierealistyczne wyobrażenie o tym, kto chodzi na religię. Na oficjalnych stronach Komisji Episkopatu ds. Wychowania (przy okazji: to jedna z najlichszych stron katechetycznych w sieci) znajduję tekst "Ocenianie uczniów na katechezie". Czytam: "Stopień szkolny odnosi się tylko do szkoły. Zatem: oceniamy wiadomości, gorliwość w zdobywaniu wiedzy, aktywne uczestnictwo w katechezie, prowadzenie zeszytu, odrabianie pracy domowej". A dalej kuriozum: "należy na katechezie unikać ocen niedostatecznych, zwłaszcza na koniec semestru czy roku". Święty Hipolicie - módl się za nami.

Z głowy do serca

Wróćmy do tekstu ks. Prusaka. Znajduję w nim huraoptymistyczne zaufanie do rozumu - to owa głowa, która potrzebna jest wierze.

Otóż nie przez poznanie teologii dochodzi się do wiary. "Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa" (Rz 10, 17). Słowo, które ma nie tyle "meblować" głowę, co dotknąć serca. To dotknięcie serca nie będzie jednak "religijnym sentymentalizmem", jak chcą niektórzy. Serce w Biblii to nie ośrodek wzruszeń, ale centrum ważnych decyzji.

Na jednej z pierwszych katechez z młodzieżą przygotowującą się do bierzmowania (nie wystawiam ocen, ok. 20 proc. nie zalicza i "jest odprawiana"), wzorując się na José Prado Floresie, pokazuję im dłońmi największą odległość we wszechświecie (jedna dłoń poziomo na wysokości czoła, druga na wysokości klatki piersiowej). Potem proszę, by oni to pokazali, koryguję ich dłonie i mówię: "to odległość między ludzkim rozumem a sercem". Następnie pytam, czy wiedzą o tym, że "Bóg jest miłością". Okazuje się, że wszyscy słyszeli, nawet najwięksi zbóje mają "elementarną znajomość teologii". Pokazując na głowę mówię: "mamy to w głowie, rzecz w tym, byśmy mieli to w sercu".

A potem daję im karteczki, gdzie przedarciem można zaznaczyć swoją decyzję czytania/nieczytania Biblii: "przynajmniej raz dziennie", "przynajmniej raz w tygodniu", "zajrzę dzisiaj lub jutro", "pomyślę o tym", "nie interesuje mnie to". Przedrzyj, włóż do koszyka, ja na to nie patrzę - to sprawy twoich decyzji i twojej uczciwości, także twoje sprawy przed Bogiem, jeśli w Niego wierzysz.

Mówię im też, że tej odległości (rozum-serce) nie pokonają sami, ale ja ani nikt inny tego za nich nie zrobi. To może zrobić tylko Boża łaska - można jej pragnąć, szukać, otwierać się. Nie przygaszam świateł, nie puszczam muzyki - chcę prowokować, wolę stwarzać okazję do decyzji, a nie bić pianę uczuć. Jak to jest napisane w "O naśladowaniu Chrystusa"? Cytuję z pamięci: "Wolę odczuwać skruchę, niż umieć ją zdefiniować".

Artyleria ocen

Więc może wyprowadzić katechezę ze szkoły? Na pewno nie! Dlaczego mamy tak po prostu oddawać strategiczny przyczółek - owe przedpola ewangelizacji? Wyczyść­my go jednak z tego, co ewangelizacji nie służy - kryteriów, ocen, średnich, sprawdzianów. Jedna z moich klas miała średnią semestralną ze wszystkich przedmiotów 2,2. Pójście do nich z artylerią ocen oznacza, że do "pały" z matematyki czy technologii żywienia dojdzie kolejna - z religii. W obecnych realiach tak być musi. W imię elementarnych podstaw teologii.

Bycie w szkole daje szansę spotkania, pokazania ludzkiej twarzy Kościoła. Ks. Prusak pisze: "Młodzi lubią dyskutować i nie zgadzają się na wiele »pewników« wiary chrześcijańskiej. Dajmy im przestrzeń, aby mogli stawiać pytania, ale nie bójmy się ich oceniać za to, jak myślą". Dokładnie. Na takich lekcjach zrodzi się wspólnota. A gdzie jest wspólnota, tam możliwa jest katechizacja.

Pierwszy rok mojego kapłaństwa to pierwszy rok powrotu katechezy do szkół. Spotkałem wtedy dziewczynę, która się nawróciła w szkole, na religii. Była niewierząca, nie wiedziała, co to Kościół. Trafiła na właściwe miejsce, właściwego katechetę, powstała wspólnota... i poszło. Tak będzie zawsze: w szkole, więzieniu, w zakładowej stołówce.

Choćbyśmy mieli masę pieniędzy na pensje katechetów i najnowocześniejsze środki techniczne, to nie stworzymy katechezy: katecheza potrzebuje wspólnoty, a nie ocen.

Ks. Zbigniew Paweł Maciejewski jest wikariuszem w Mławie, trenerem Stowarzyszenia Pedagogów NATAN; prowadzi serwis dla katechetów .

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 37/2007