Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Ambasador i minister

Ambasador i minister

07.05.2015
Czyta się kilka minut
Jakim Władysław Bartoszewski był urzędnikiem, przełożonym, negocjatorem? Jak wpisał się w „warsztat” dyplomaty?
Przed Sejmem, Warszawa, luty 1996 r. Fot. Sławomir Kamiński / AGENCJA GAZETA
P

Przez parę dziesiątków lat Władysław Bartoszewski pracował i działał – ze zrozumiałych względów – „w odosobnieniu”: czasami w dosłownym tego słowa znaczeniu, a czasami ze względu na charakter pracy, wymagający skupienia w samotności. Jako badacz, komentator najnowszej historii, dziennikarz.

We wrześniu 1990 r., w wieku 68 lat, został mianowany ambasadorem RP w Wiedniu, a w kolejnych latach pełnił dwukrotnie jedną z najwyższych i najbardziej prestiżowych funkcji urzędniczych w kraju – ministra spraw zagranicznych – zarządzając setkami osób i licznymi urzędami rozsianymi po świecie. Stwierdzenie, że był dla swoich podwładnych autorytetem, nie w pełni oddaje istotę sprawy. Jakim więc był urzędnikiem, przełożonym, negocjatorem, jak wpisał się w „warsztat” profesjonalnego dyplomaty?

Pytania ze wszech miar zasadne. Władysław Bartoszewski miał wielkie doświadczenie życiowe, ale nie było warunków, by uprzednio mógł pełnić jakiekolwiek funkcje publiczne, nabyć doświadczenia w kierowaniu urzędami, o ministerstwach nie mówiąc. A jednak!

Kredyt zaufania 

Zacząć trzeba od sprawy podstawowej – zarządzania ambasadą i ministerstwem. Władysław Bartoszewski miał szczególną osobowość. Nie podnosił głosu, nie rugał, nie gromił wzrokiem, nie wyrzucał. Z jego doświadczenia życiowego, osobowości, podejścia do spraw i ludzi wyłaniało się coś, co trudno zdefiniować: dążenie do porządnego załatwienia spraw, dostrzeżenie szerszego kontekstu, docenienie wagi dobra publicznego, uwzględnienie losu ludzkiego.

Niektórzy nazywają to autorytetem, ale Władysław Bartoszewski miał po prostu do swoich współpracowników niesłychane zaufanie, a udzielał tego kredytu zaufania, kierując się oceną kwalifikacji i wolą służenia dobru kraju. Zarazem jednak sama jego osobowość ustanawiała owe jednoznaczne kryterium „bycia przyzwoitym”.

Otwierał drogę kariery zawodowej dla ludzi młodych, świetnie wykształconych, otwartych na wyzwania przyszłości. Jednocześnie wykazywał wielkie zrozumienie w stosunku do różnego rodzaju zaszłości: całej generacji „zagubionych” urzędników otworzył w procesie transformacji politycznej drogę do włączenia się w pracę na rzecz niepodległej Rzeczypospolitej.

Zasadnicze kryterium oceny dla Władysława Bartoszewskiego było zawsze jedno: działanie na rzecz dobra Polski. Jan Nowak-Jeziorański napisał zwięźle w swojej laudacji z okazji jubileuszu 80-lecia: „Władysław Bartoszewski dobrze zasłużył się Ojczyźnie”. Parafrazując to, można stwierdzić, że dobrze zasłużył się również tworzeniu profesjonalnego korpusu służby zagranicznej niepodległej Polski.

Wicher historii 

Jako ambasador i minister miał Władysław Bartoszewski do załatwienia i wynegocjowania szereg spraw ważnych, kalibrowych, i pomniejszych, bieżących. Pewnym problemem była tutaj jego osobowość. Aby była jasność: przywoływany często zarzut „gadulstwa” jest co najmniej nie na miejscu. Władysław Bartoszewski był po prostu niezmiernie interesującym partnerem do rozmowy, jego koledzy, współpracownicy, ministrowie, premierzy i prezydenci – chcieli czy nie – „zamieniali się w słuch”.

Nie było łatwo pełnić funkcję zastępcy ambasadora czy dyrektora jego gabinetu politycznego, do której należało czuwanie również nad tym, aby sprawa była załatwiona. Ale, przyznać trzeba, że Władysław Bartoszewski był urzędnikiem zdyscyplinowanym: zawsze na końcu rozmowy pozostawało nieco czasu, aby sprawę omówić i załatwić. A rozmówca dodatkowo wychodził ze spotkania wzbogacony wiedzą o ważnych epizodach historii Polski (co wcale nie jest bez znaczenia).

Do annałów historii dyplomacji przejdą chyba negocjacje prowadzone przez ministra Bartoszewskiego. Gdy wchodził do sali obrad, wraz z nim dosłownie wdzierał się wicher historii. Zwłaszcza nieco skostniali, profesjonalni urzędnicy unijni budzili się z drzemki negocjacyjnej, przestawali obliczać długość szprot i liczbę dopuszczalnej „młodzieży rzeźnej” i wzbogacali swoje urzędnicze życie głębszą refleksją nad wagą przemian politycznych w Europie Środkowej i Wschodniej.

Ambasador Maciej Popowski opisuje w niedawno wydanej książce „Alfabet brukselski” epizod z negocjacji akcesyjnych, którego byliśmy obaj świadkami: minister Bartoszewski interweniował z powodu zablokowania przez Hiszpanię importu polskiej wódki, która miałaby być skażona fenolem. Minister odczytał z kartki fachową argumentację, po czym zwrócił się do komisarza Verheugena, wówczas odpowiedzialnego za rozszerzenie Unii: „Lieber Herr Verheugen, w tradycji środkowoeuropejskiej wódka jest czynnikiem zbliżającym, a nie dzielącym ludzi. Bardzo proszę, niech pan coś z tym zrobi”. Rozbawiony Verheugen nie zawiódł.

Dar syntezy 

Kolejna sprawa, prozaiczna, lecz ważna, zwłaszcza w działalności ambasadora, to pisanie sprawozdań, clarisów i szyfrogramów. Zwłaszcza te ostatnie są ważne, w nich bowiem zawarta jest poufna analiza różnych problemów. Zarazem jednak, ze względu na specyfikę, muszą być pisane zwięźle i przejrzyście. Mijają czasami lata praktyki, nim początkujący dyplomata zmieni się w profesjonalistę, a najlepszym sprawdzianem jest właśnie umiejętność pisania szyfrogramów.

Trudno dociec, skąd wzięła się umiejętność ambasadora Bartoszewskiego – czy z doświadczeń badacza, czy dziennikarza, czy w końcu wytrawnego konspiratora. Niemniej ten wyśmienity gawędziarz i pisarz, mistrz dygresji i kontekstu, miał zarazem niespotykany dar syntezy, identyfikacji podstawowych problemów i ujęcia tego w zwięzłej formie szyfrogramu. Jego analizy polityczne mogą być podręcznikowym wzorem solidnej pracy dyplomatycznej.

Odrębny rozdział to przemówienia i wywiady ministra Bartoszewskiego. O ile ambasador może sobie tu jeszcze pofolgować, a nawet jest to czasami mile widziane, to – jak wiadomo – w przemówieniach i wywiadach udzielanych przez ministra spraw zagranicznych ważne jest „każde słowo i przecinek”. Dla wszystkich, którzy znali Władysława Bartoszewskiego i mieli okazję posłuchać jego publicznych wypowiedzi, wykładów, przemówień, jest zrozumiałe, że wygłaszanie przemówień „z kartki” było dla niego prawdziwą katorgą. Gdzie tylko mógł, uciekał w dygresję i naświetlał kontekst, co z kolei było katorgą dla nas, urzędników.

Wraz z Jerzym Margańskim, ówczesnym dyrektorem sekretariatu ministra, pełniliśmy niewdzięczną funkcję „cenzorów”, skrupulatnie sczytując zwłaszcza zwracane do autoryzacji wywiady. Przypominam sobie, jak minister Bartoszewski udzielał wywiadu w szczególnie wrażliwym okresie negocjacji akcesyjnych, w przededniu przyjazdu do Polski na kolejną rundę jednego z najwyższych urzędników unijnych, który właśnie wstrzemięźliwie wypowiedział się na temat zakładanej daty przystąpienia Polski do Unii. Minister Bartoszewski w wywiadzie dla jednej z czołowych gazet europejskich zapowiedział, że przyjazd do niego będzie dla tego urzędnika prawdziwą Canossą. Ku rozczarowaniu dziennikarzy zostało to wykreślone z wywiadu, a obaj naraziliśmy się jeszcze na zarzut ministra: „Panowie, wykreślacie mi z wywiadów wszystko, co miałem ważnego do powiedzenia!”.

Dobre anioły

Niemniej podejmowaliśmy nieśmiałe próby dostosowania się do stylu wypowiedzi Władysława Bartoszewskiego, i – przynajmniej w jakimś zakresie – nadawać przygotowywanym propozycjom jego przemówień ową lekkość. Stąd, nieprzypadkowo, w gabinecie politycznym znalazł się Michał Komar. Następstwa były różne, zwłaszcza dla nas. Jedno z zaproponowanych przez nas przemówień, wygłaszane jesienią 2000 r. podczas Targów Książki we Frankfurcie nad Menem, rozpoczynało się następującym akapitem: „Podobno – jak pisali starzy kabaliści – tyle jest dobrych aniołów, ile gwiazd, i tyle przyjaznych gwiazd, ile dobrych książek, a ktoś, kto je wszystkie przeczyta, będzie u siebie w domu. To znaczy, że usłyszy i pojmie piękno muzyki sfer niebieskich, a zarazem – piękno ludzkiego serca”.

Minister był w siódmym niebie, naniósł niewielkie poprawki i z lekkością przemówienie wygłosił. Rzecz jednak w tym,że podczas wizyty na Targach towarzyszyła mu małżonka, Pani Zofia, doświadczony wydawca PIW, która dodatkowo krytycznym i wprawnym okiem oceniała wystąpienia ministra. Coś jej te „dobre anioły” i „sfery niebieskie” nie za bardzo przypadły do gustu. Zniosłem dzielnie udzieloną burę, nie wskazując na Michała, który skromnie stał z boku (mam nadzieję, że mi to pamięta).

Obaj mieliśmy jednak pewną satysfakcję. Gdy minister Bartoszewski kończył urzędowanie (po wyborach parlamentach), zorganizowaliśmy spotkanie w pałacyku na Foksal, sumujące jego dokonania. Zagajał Piotr Nowina-Konopka, zaczynając od przytoczenia co ciekawszych wyimków z jego przemówień. Co znalazło się na początku cytowanych akapitów: właśnie „dobre anioły” i „sfery niebieskie”. Staliśmy z Michałem Komarem nieco z tyłu tłumu słuchaczy, obserwując ministra i małżonkę usadowionych na przedzie w dwóch fotelach. Pani Zofia uśmiechnęła się dyskretnie...

Mam szczerą nadzieję, że Pani Zofia nie będzie mi miała tym razem za złe, jeśli napiszę, że Władysław Bartoszewski znalazł się „u siebie w domu”, że pozostaje w naszej pamięci wraz z jego książkami, z których pobrzmiewa „piękno muzyki ludzkiego serca”. ©

JAN BARCZ jest profesorem prawa międzynarodowego, był radcą-ministrem pełnomocnym w ambasadzie RP w Wiedniu w czasie, gdy Władysław Bartoszewski był tam ambasadorem. Dyrektor gabinetu politycznego ministra Bartoszewskiego w latach 2000–2001. Śródtytuły od redakcji „TP”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]