Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Znikające kręgi

Znikające kręgi

15.10.2013
Czyta się kilka minut
Twórczość Kai Malanowskiej, Zośki Papużanki i Sylwii Chutnik to trzy poetyki, które mówią o możliwościach i niemożliwościach dzisiejszego społeczeństwa.
Typograficzną wizualizację zdania Conrada „A word carries far – very far – deals destruction through time as the bullets go flying through space” przygotowała czwórka warszawskich grafików: Agata Dudek, Małgorzata Nowak, Jan Bajtlik i Stanisław Gajewski il. Jan Bajtlik
T

Tym trzem pisarkom łatwiej przyporządkować bliskie różnice niż ciekawe podobieństwa. Urodziły się w podobnym czasie – Kaja Malanowska w roku 1974, Zośka Papużanka w 1978, Sylwia Chutnik w 1979 – ale z bliskości dat nie wynika zbieżność biografii czy przynależność do jednego pokolenia. Debiutowały w niewielkich odstępach: „Kieszonkowy atlas kobiet” Chutnik ukazał się w 2008, „Drobne szaleństwa dnia codziennego” Malanowskiej w 2010, „Szopka” Papużanki w 2012 – ale nie wyniknęło stąd pokrewieństwo tematyki, stylu czy pomysłu na literaturę. Wszystkie ukończyły wyższe studia – Malanowska biologię, Chutnik kulturoznawstwo, Papużanka teatrologię – ale ich wykształcenie nie odciska się na twórczości. Wszystkie traktują literaturę jako część społecznej i komunikacyjnej aktywności – Malanowska zajmuje się uchodźcami i pisuje felietony dla „Krytyki Politycznej”, Chutnik prezesuje Fundacji MaMa działającej na rzecz poprawy sytuacji matek w Polsce i pisuje felietony, Papużanka jest nauczycielką polskiego i autorką tekstów piosenek wykonywanych w krakowskich kabaretach – ale każda chciałaby zapewnić literaturze jakąś odrębność i autonomię. Omawianie tej trójki w jednym tekście nie ma zatem mocnych uzasadnień. Równie słuszne byłyby inne konfiguracje – na przykład: Schilling, Malzahn, Drotkiewicz – a jeszcze słuszniejsze omówienia osobne.
Można jednak, na prawach eksperymentu, zaryzykować porównanie, wskazując na minimalną podstawę wspólną. Oto książki tych trzech pisarek opowiadają o znikającym społeczeństwie. Wszystkie trzy piszą o podstawowych komórkach społecznych, choć każda z nich inaczej to pojmuje: dla Malanowskiej komórką jest pojedyncza monada ludzka, dla Papużanki – rodzina, dla Chutnik – wspólnota określana miejscem zamieszkania. Każda z nich ukazuje kryzys w tworzeniu więzi wykraczających poza ową komórkę, więzi mających połączyć ją z innymi, lecz każda inaczej diagnozuje niemożność. Piszą przy tym nie analitycznie, lecz afektywnie: ich proza, choć realistyczna, choć przynosząca sporo konkretów, buduje światy z emocji. I to emocji skrajnych – od depresji po agresję.
KRĄG PIERWSZY: NARODZINY JEDNOSTKI
Od debiutu Malanowska jest uważana za pisarkę psychologiczną – piszącą dotkliwie, drapieżnie, boleśnie. Ale „Drobne szaleństwa” nakazują do tej diagnozy wprowadzić korektę: psychologia u Malanowskiej w niewielkim stopniu podlega rozumowi, będąc raczej światem emocji, obsesji, odruchów, pożądań i wstrętów. Po wtóre, według pisarki kultura poddaje wstępnemu i bardzo nieudolnemu kształtowaniu całe to skłębione życie afektywne, pozostawiając człowiekowi nie tyle konkretne metody radzenia sobie z emocjami, ile wygórowany nakaz panowania nad nimi.
Tak kształtowany człowiek okazuje się bublem procesu socjalizacji. Jednostka powstaje bowiem za sprawą uzależnienia od drugiego człowieka. Nie chodzi przy tym wyłącznie o jego akceptację, miłość, uznanie, fascynację, podziw czy ado­rację, lecz o samą zdolność przywiązywania innych do siebie. Uzależnienie, ustanawiające podmiot, dotyczy więzi, a nie rodzaju emocji. W rezultacie Ja zyskuje potwierdzenie swojego istnienia poprzez afekty, które potrafi wzbudzić w bliźnim, sądząc przy tym, że najlepszą drogą prowadzącą do tego celu jest całkowite powierzenie siebie innym. W człowieku zamontowane więc zostaje sprzeczne dążenie do samodzielności, której potwierdzeniem będzie pełne uzależnienie. W tym świecie trzeba wzbudzić miłość w drugiej osobie nie dlatego, że się ją kocha, lecz dlatego, że dzięki temu będzie można pokochać samego siebie.
Te sprzeczne, rozrywające podmiot afekty uwidaczniają się w zachowaniach narratorki i bohaterki „Drobnych szaleństw”. Z jednej strony rośnie w niej niechęć do świata ludzi: „Męczą mnie ludzie wokół, chrząkania, nieznośne pomruki, jakie wydają, zapach ich nieświeżych oddechów, zbyt głośne rozmowy, ruch na przystankach autobusowych. (...) Świat wokół staje się zbyt agresywny i nie potrafię odizolować się od natłoku szczegółów, które wciskają mi się do głowy” („Drobne szaleństwa”, s. 150). Z drugiej strony nie słabnie potrzeba uznania: „To pierwsza osoba, która (...) akceptuje mnie taką, jaką teraz jestem. Tak bardzo tego potrzebuję” („Drobne szaleństwa”, s. 209).
W prozie Malanowskiej Ja znajduje się zatem w pułapce zależności od drugiego człowieka – pułapce wynikającej ze społecznego procesu ustanawiania niezależnego podmiotu.
PRÓBA WYJŚCIA
Ogólnej prawidłowości kształtowania podmiotu towarzyszą nader istotne szczegóły, odzwierciedlające społeczny konkret. Na podstawie tych szczegółów można zrekonstruować historię dzieciństwa narratorki „Drobnych szaleństw”. Historię całkiem zwyczajną: jako dziecko była kochana, wychowywana tolerancyjnie, akceptowana. Im więcej owej akceptacji zyskiwała, tym więcej jej potrzebowała. Im więcej miłości zachęcało ją do samodzielności, tym bardziej rosło uzależnienie od miłości.
Wokół siebie dziewczynka widziała tych, którym nie do końca się udawało: koleżanka z rozbitej rodziny, słabe postępy w nauce u kolegi, źle ubrana matka... Każde z nich traci cząstkę owego ciepła międzyludzkiego, uwagi, uznania, miłości, które podtrzymują istnienie podmiotu. Dziewczynka przekonuje się więc, że najwięcej osiągają ci, którzy dobrze wykonują swoje obowiązki – dobrze się uczą, grzecznie zachowują, zyskują samodzielność.
Tak wyrasta kobieta wzorcowa: „Mam umowę wstępną do lipca. Muszę się bardzo starać. Czuję się jak podłączona do wysokiego napięcia. (...) Chciałabym sobie poradzić, stanąć na wysokości zadania. To wszystko drobiazg, głupstwo, błahostka. Chciałabym zachować klasę, zacisnąć zęby i trzymać fason, tymczasem jestem bardzo słaba” („Drobne szaleństwa”, s. 6). Poczucie własnej słabości pogłębia niepewność i obawę przed niejasnym niebezpieczeństwem, które może zniszczyć spokój życia rodzinnego. I tak zaczyna się depresja – czyli wypadnięcie z obiegu. Oczywiście opis psychicznego ­rollercoastera nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z depresją (w wersji nie najcięższej). Ale ta choroba jest objawem swoistego zdrowia, przebłyskiem samoświadomości: bohaterka rozumie, że wartość życia przez nią prowadzonego (dom, mąż, dziecko, dobra praca, krąg przyjaciół) zależy od wypełnienia wymogów normy, a jej podmiotowa niezależność jest fikcją zależną od normalnego życia.
Depresję opisaną w pierwszej książce można więc potraktować jako chorobę na podmiotowość. W „Imigracjach” (2011), zbiorze opowiadań jakby koncepcyjnie wcześniejszych od „Drobnych szaleństw”, autorka przedstawiała ludzi, którzy dopiero rozpoznają pułapkę złożoną z uzależnienia i poczucia obcości. W powieści „Patrz na mnie, Klaro!” (2012) pojawia się natomiast próba wejścia na wyższy poziom gry z własnymi emocjami.
To nie przypadek, że wyjściowym gatunkiem prozy Malanowskiej jest blog – narzędzie pozornej komunikacji z wieloma ludźmi, w rzeczywistości symulator porozumienia i wytwórca niezliczonej ilości awatarów. Kto decyduje się na blogosferę, raczej będzie poznawał siebie niż innych.
Taką drogę wybiera Klara. Na pozór znajduje się w tym samym miejscu co bohaterki poprzednich książek – dlatego możliwe są w powieści dwa sprzeczne zdania: „Nie ma mnie dla nikogo. I nikogo dla mnie nie ma. Jestem sama. JA. I tylko JA” (s. 7) oraz: „(...) ja robię wszystko tylko po to, żeby ktoś mnie zauważył” (s. 250). Aby podmiot mógł zyskać niezależność, musi być sam, ale skoro podmiot istnieje, jego istnienie generuje nieustanną potrzebę bycia zauważanym. Główna bohaterka, porzucona w dzieciństwie przez najlepszą przyjaciółkę, zbudowała swoje szczęście, opierając się na normalności. Kiedy dowiaduje się, że mąż ma romans, wybiera rozwiązanie schizofreniczne: przez całe życie była zawsze emocjonalnie uzależniona od innych – matki, fascynującej koleżanki Agaty, partnera, męża – więc teraz postanawia zafascynować kobietę poznaną na podstawie internetowego bloga. Zafascynować, zdobyć jej uwagę, uzależnić od siebie – aby odzyskać poczucie własnego istnienia.
Celu tego Klara nie osiąga, ale udaje jej się uczynić krok w kierunku większej samodzielności: nie godzi się na powrót męża, co znaczy, że wyswobodziła się ze związków, w których emocjonalną stabilność zawdzięczała całkowitemu uzależnieniu od drugiej osoby. Ta odrobina odzyskanej autonomii oznacza jednak większą porcję samotności.
Wynika z tego, że im bardziej istnieje Ja, tym mniej możliwe jest społeczeństwo.
KRĄG DRUGI: JAK POWSTAJE RODZINA
„Szopka” Zośki Papużanki to antybaśń. Baśń o spotkaniu ze złem, które nie prowadzi do samodzielności. Zaczyna się tak: „(...) zawsze jest tak samo. Zagubione dzieci w lesie, stara śpiewka. Niczego nie da się zrobić. Choćbyśmy chcieli zmylić instynkty, pójdziemy udeptanymi ścieżkami. (...) I nigdy nie będzie jasne, kto jest narratorem, kto postacią, kto tłem, kto bohaterem, czyje są słowa, które się piszą. Tylko kto przegra, kto przegra, to zawsze wiadomo od początku” („Szopka”, s. 5).
Ten ironiczny ton zapowiadający klęskę wprowadza nas w drugi krąg życia społecznego, czyli krąg rodzinny. Jak w szopce wszystkie postaci – alegorycznie wyraziste, a jednocześnie życiowo prawdopodobne – będą w nieustannym ruchu, choć ruch ten nie wypływa z nich samych.
Od początku lat 90. rodzina była uprzywilejowanym tematem i wyzwaniem dla naszej literatury. Rozliczne teksty dotyczące tej materii – zbiorczo można je nazwać prozą efektu rodzinnego – biegły dwoma torami. Jedna ścieżka, od „Panny Nikt” Tomka Tryzny i „Absolutnej amnezji” Izabeli Filipiak aż do „Gnoju” Kuczoka, prowadziła do delegitymizacji Ojca. Fabuły tych powieści, przedstawiające niemal zawsze świat normalnych rodzin, obnażały słabości i okrucieństwa polskiego patriarchalizmu. Ojciec okazywał się wcieleniem wychowawczej indolencji i pierwszym nauczycielem socjopatii: zwalniany przez polską kulturę z obowiązków czynnego uczestnictwa w wychowywaniu dzieci, jawił się jako gnuśny pan na domowych włościach – niezdolny do inicjatywy, pozbawiony empatii i niepotrafiący obdarzyć swoich dzieci ani miłością, ani troską. Na naszych oczach proza stopniowo obierała ojca z kolejnych warstw kulturowych wmówień, by na samym końcu pokazać to, czym jest ojciec niezdolny do miłości – nagą przemocą. Po demitologizacji dokonanej w latach 90. – i doprowadzonej do końca przez „Gnój” Kuczoka – Ojciec okazywał się figurą tyleż przerażającą, ile żałosną. Ironiczna chłosta, jaką otrzymywał od literatury, pozbawiała go grozy i stawiała kulturę przed koniecznością wymyślenia innego ojca.
Ścieżka druga – rozpoczynająca się od „Zimno mi, mamo” Hanny Samson, a także głośnej „Siostry” Małgorzaty Saramonowicz – prowadziła do denaturalizacji matki. Ten proces polegał z kolei na odsłanianiu wmówień, jakimi obrosła figura matki w polskiej kulturze. Wmówienia te udawały naturę, a zamazanie ich kulturowego pochodzenia pozwalało przedstawić je jako rzekome instynkty. Symulakrum przekazywane z pokolenia na pokolenie tworzyło mit, który mówił, że każda dziewczynka jest z natury przyszłą matką, że każda kobieta marzy o zajściu w ciążę, że każda matka kocha swoje dziecko i z natury wie, jak je wychowywać. Ponieważ wzorce te, usytuowane w centrum kultury polskiej, spychały na margines wszelkie odstępstwa, więc denaturalizacja matki zaowocowała w prozie serią matek strasznych. Okaleczały one swoje dzieci psychicznie i emocjonalnie, były okrutne wobec nich bądź przyzwalały na takie okrucieństwo innym, przelewały na dzieci swoje frustracje i oczekiwały od dzieci zaspokojenia własnych potrzeb. Matki-potwory. Matki-monstra.
„Szopka” wpisuje się w ten drugi nurt. W brawurowej stylizacji autorka ukazała zwykły polski proces zakładania rodziny. U początków owego procesu stoi w powieści znacząca nieobecność ojca – który porzucił matkę z dzieckiem. Wynikająca stąd przeciążona emocjonalnie więź z synem powoduje, że kiedy do rodziny dołącza nowy mężczyzna, jego pozycja jest słaba. Źle obsadzone miejsce ojca rzutuje także na fatalne włączenie do rodziny następnego dziecka, córki. Czteroosobowa mikrowspólnota funkcjonuje zatem źle we wszystkich obszarach, ale jakoś funkcjonuje: ojczym zarabia niewielkie pieniądze, spędzając większość czasu w pracy i rozpieszczając dzieci w rzadkich momentach pobytu w domu; matka demoralizuje syna swoją nadopiekuńczością i odpycha córkę swoją oschłością.
Papużanka odwróciła więc stereotypową wersję feministyczną i wydobyła na powierzchnię to, co skryte: słaba pozycja ojca znalazła odzwierciedlenie nie tylko w jego nieobecności i nieuczestniczeniu w wychowaniu dzieci, lecz także w całkowitym braku wpływu na życie rodzinne. W Szopce o wszystkim decyduje matka. Gdyby nie zróżnicowany język stylistyczny, żywość akcji i obfitość szczegółów życia codziennego, postać matki przypominałaby figurę z kiepskiej satyry. Matka jędzowata, podła, zawistna, okrutna, niesprawiedliwa, męcząca. Matka gastronomiczna, rodząca dzieci, kuchenna, parafialna, a jednocześnie patriarchalna całą gębą. Matka Dominująca.
BEZ ALTERNATYWY
Na pytanie, dlaczego ta rodzina się nie rozpada, skoro jedyną siłą spajającą jest Matka Dominująca, powieść odpowiada: bo innego wzorca nie ma. A innego wzorca nie ma, ponieważ polskie społeczeństwo nie istnieje.
Oczywiście, istnieją Polacy, istnieje naród, istnieje państwo. Istnieją rodziny – zakładane mechanicznie, pod dyktando tradycji, bez namysłu i uczuć, bez dojrzałości i samokrytycyzmu. Wszystko to istnieje, ale społeczeństwa nie ma.
Szersze od rodziny są kręgi towarzyskie, te jednak pojawiają się wyłącznie w okolicznościach odświętnych. Rodzina to problemy i troski życia codziennego, których ona sama nie jest w stanie rozwiązać, natomiast krąg towarzyski nie jest do rozwiązywania czegokolwiek powołany. Społeczeństwo w tej powieści nie istnieje zatem, ponieważ nie istnieją wzorce wychowania i zachowania alternatywne względem rodzinnych. Nie ma również instytucji korygujących model rodziny – nie ma sieci, która łączyłaby obcych sobie ludzi, dając im poczucie uspołecznienia i pośrednicząc między nimi. Te instytucje, które zostały przywołane – szkoła, Kościół, praca – funkcjonują jako mechanizmy, które niczego do życia rodzinnego nie wnoszą. Zwłaszcza Kościół wydaje się tu indolentny: jego narzędzia dyscyplinowania, pouczania czy nagradzania nie kierują jednostki ku lepszemu, a jedynie konserwują istniejący stan rzeczy. Jeśli autorka chciała satyrycznie przedstawić konkretną rodzinę – a za jej sprawą wiele innych – to w istocie satyra owa obraca się przeciwko społeczeństwu, w którym wszystkie ogniwa pracują na taką właśnie rodzinę. Albo ściślej: żadne ogniwo nie pracuje na zmianę modelu rodzinnego.
Społeczeństwo nie istnieje również dlatego, że nie wytwarza więzi alternatywnych względem rodziny i nie kreuje innych wzorców życia rodzinnego. Pierwszy dowód owej pustki zdobędziemy, pytając, co uległoby zmianie, gdyby Matka Toksyczna, Matka Zrzędliwa, Matka Dominująca stała się matką dobrą, troskliwą i kochającą? Zmianie uległaby atmosfera w domu, ale nie podział ról. Byłoby więcej miłości i serdeczności, ale matka nadal byłaby osobą do prania, sprzątania, gotowania i robienia zakupów. Ojczym z kolei byłby nadal pół-obecnym Ojcem, który pracuje, przynosi pieniądze do domu, ale zasadniczo nie bierze udziału w wychowywaniu dzieci. Oczywiście, kocha dzieci, utrzymuje rodzinę, ciężko pracuje. Ale pojmuje swoje obowiązki rodzicielskie infantylnie – chce, by wszystkim było miło. To zaś znaczy, że nie radzi sobie z podstawową treścią życia rodzinnego, jaką są kłopoty.
Jest i drugi dowód – losy dorosłych dzieci. Maciek, syn Matki Dominującej, poślubia kobietę i płodzi dziecko, ale jedno i drugie robi mechanicznie – tak samo, jak później mechanicznie uczestniczy (czyli nie uczestniczy) w życiu rodzinnym. Nic dziwnego, że jego żona decyduje się na rozwód. W tym świecie nikt więc nie dysponuje alternatywnym pomysłem na rodzinę, stąd możliwe są tylko dwa warianty dorosłego życia: konserwacyjny lub ucieczkowy. Pierwszy polega na bezrefleksyjnym przejęciu wzorców wyuczonych, drugi – na wyborze rozwodu i życiu w samotności. Oznacza to, że w polskiej kulturze istnieje albo rodzina, albo samotność – ­tertium non datur.
Dlatego jeżeli tradycyjna rodzina istnieje, to społeczeństwo jest niemożliwe.
KRĄG TRZECI: OSADZENI
„Kieszonkowy atlas kobiet” Sylwii Chutnik domykał w polskiej prozie pewien cykl, który zaczął się wiele lat wcześniej.
Cykl ten związany był z dorastaniem małych dziewczynek. Polska literatura początku lat 90. stała pod znakiem dojrzewania; niemal co roku poznawaliśmy kolejne bohaterki, których biografie pozwalały odkryć strukturę i mechanizmy dorosłego społeczeństwa. Marysia Kawczak z powieści Tomka Tryzny „Panna Nikt” (1994), Erna Eltzner z powieści Olgi Tokarczuk „E.E.” (1995), Marianna z „Absolutnej amnezji” (1995) Izabeli Filipiak. Wszystkie lub prawie wszystkie ponosiły klęskę w spotkaniu z genderowymi regułami społeczeństwa, wyznaczającymi dziewczynkom niezmienne biogramy żon, matek i opiekunek mężczyzn. Kulturowy podział ról płciowych nakazywał dziewczynkom od dzieciństwa przygotowywać się do wypełniania obowiązków pomniejszych, ubocznych, mniej ważnych – sytuowanych na obrzeżach męskiego świata. Krew bohaterów przelewana w walce z komuną okazywała się nieodmiennie ważniejsza od krwi menstruacyjnej; robienie polityki było zawsze wartościowsze od robienia porządków w domu; troska o losy społeczeństwa lokowała się ponad troską o zakupy.
Delegowane na marginesy życia publicznego, wdrażane do wykonywania ról pomniejszych, odpychane od instytucji sprawujących władzę dziewczynki miały do wyboru albo dezercję ze świata społecznego, albo wymazanie swojej indywidualności i dostosowanie się do reguł życia zbiorowego. Tępa alternatywa sprawiała, że opowieści kończyły się połowicznym zwycięstwem procedury asymilacyjnej: społeczne reguły dystrybucji ról płciowych nadal działały i nadal wchłaniały kolejne bohaterki, lecz opresyjność mechanizmu stawała się nareszcie widzialna. Społeczeństwo utrzymywało więc reprodukcję własnych wzorców, lecz z coraz większym oporem ze strony najsłabszych i coraz większymi stratami. Porządek mieszczański absorbował jeszcze Ernę Eltzner, lecz Marianna z „Absolutnej amnezji” wybierała zniknięcie.
W „Kieszonkowym atlasie kobiet” – podobnie jak w dramacie Masłowskiej „Między nami dobrze jest” z tego samego roku – mała dziewczynka powracała, choć już zupełnie inna. Otaczały ją nadal postaci podobne do kobiet z powieści lat 90. – przegrane, podporządkowane, zmarginalizowane, niemieszczące się w społecznej pamięci (jak pani Maria Wachelberg, Żydówka, która reprezentuje wymazaną wiedzę o okupacji). Ale pejzaż społeczny się zmienił i konstrukcja emocjonalna bohaterki także. Widzimy Warszawę klasową, w której wszystko – miejsce zamieszkania, dom rodzinny, wychowanie, otoczenie – może determinować biografię, czyli skazywać na reprodukcję uwięzienia („Z bazaru się zrodziłaś, na bazarze umrzesz”, „Atlas”, s. 37). Tak powstaje społeczność „osadzonych”, czyli ludzi, którzy nie mogą lub nie chcą opuścić miejsca swojego zamieszkania.
W tym światku pojawia się mała Marysia – celowo obdarzona tym samym imieniem, co przegrana Czarna Mańka i starsza pani Maria. Tak jak bohaterki powieści z lat 90., Marysia również doświadcza presji konformizmu; w jej imieniu narrator mówi: „Żeby tak wszyscy zostawili w spokoju te Małe Dziewczynki. Przestali ciągle pytać, czemu są niegrzeczne. Nie protestowali, kiedy nasza córeczka zamiast nauczycielką chce zostać wokalistką garażowej kapeli” („Atlas”, s. 169). Ale Marysia usiłuje bronić się sama. Nie chce wybierać między posłuszeństwem lub ucieczką – chce zmienić wszystko. Ona, „taka mała, taka wściekła” („Atlas”, s. 220), „postanowiła ostatecznie zniszczyć całą ziemię” („Atlas”, s. 217). Jako „samowystarczalna niszczycielka” („Atlas”, s. 218) deklaruje: „Ja chętnie zrobię jakieś powstanie. Na pohybel systemowi, który gnębi biednych, spracowanych ludzi. Na pohybel urzędom i centrom handlowym” („Atlas”, s. 222).
Jej czyn – kończące „Kieszonkowy atlas” podpalenie bazaru – jest raczej chuligański niż terrorystyczny. Cokolwiek stanie się później, nie wpłynie na życie Marysi czy tym bardziej życie starszych od niej kobiet. Będą przegrywały tak samo, jak przegrywały do tej pory. Ale ten buntowniczy zamach, infantylny i głupawy, wynikający z przedwczesnego i niechcianego dojrzewania, sygnalizował nagromadzoną frustrację i jej możliwe następstwa. Dziewczynka niczego nie będzie negocjować, do niczego nie będzie się dostosowywać, z nikim nie będzie się układać. Jej odpowiedź jest negatywna i nie wskazuje na żadne konkretne rozwiązanie. To raczej kontestacja istniejącego porządku niż sformułowanie wyrazistej propozycji zmiany. I dlatego była to wypowiedź groźna.
Oznaczała ona bowiem, że mała Marysia w sposób zupełnie nieoczekiwany uwewnętrzniła polską tradycję powstań, walki wyzwoleńczej, buntu i spisku. Marysia nie sytuowała się poza polskością, lecz w samym jej centrum. Ponieważ jednak centrum nadawało prawomocność zasadniczo działaniom męskim i narodowowyzwoleńczym, więc bunt Marysi lądował na marginesach – tam, gdzie jest rzekomo miejsce dla czynów chuligańskich. Bohaterka w trybie subwersywnym mówiła bowiem to samo, co powstańcy wieku XIX czy XX, lecz jej bunt wyrastał z podłoża dzielnicowo-klasowego.
WYSADZENI
Późniejsza o rok „Dzidzia” (2009) była rozwinięciem wątku życiowej klęski determinowanej przez miejsce urodzenia i pochodzenie. Następna książka, „Cwaniary” (2012), czerpała z wątków buntu. W powieści tej poznawaliśmy Marysię w wersji mnogiej, Marysię, która dojrzała, weszła w dorosłe życie i pozostała wierna sobie. Na dobre i na złe.
Na dobre, ponieważ powieść Chutnik jest balladą podwórzową o mścicielkach krzywd kobiecych. Na złe, ponieważ w tej powieści, silniej i wyraźniej niż w poprzedniej, autorka pozwoliła swoim bohaterkom pozbierać tradycje, które uprawomocniają bunt. Wcześniej, w „Kieszonkowym atlasie” narratorka dekonstruowała rozmaite dyskursy społeczne, pokazując, jak legitymizują one dyskryminację kobiet; nawet „Szczeliny istnienia” Brach-Czainy, sztandarowa książka feministyczna lat 90., zostały ironicznie sparafrazowane i przedstawione jako metafizyczna rekompensata wręczana kobiecie za społeczne upodrzędnienie. W bezprecedensowej przeróbce Chutnik przykładała koncepcję Brach-Czainy do konkretnych okoliczności – nędzy domowych sprzętów, obrzydliwości skrywających się w muszli klozetowej – i prowadziła do wniosku, że szczeliny istnienia to problem nie tyle metafizyczny, ile higieniczny. Pisarka odsłaniała więc niebezpieczeństwo dyskursu metafizyki codzienności polegające na podtrzymywaniu kobiecej niższości.
W „Cwaniarach” autorka odwróciła metodę. Stworzone przez nią „dziewczyny z Mokotowa” – spadkobierczynie dziewcząt z Nowolipek Poli Gojawiczyńskiej – szerokim gestem zagarniają wszystko: folklor warszawskiego półświatka i tradycje powstańcze, honorność wyniesioną z książek Grzesiuka i feministyczny dyskurs emancypacyjny, kobiece kino drogi („Thelma i Louise”) i nowoczesną ideologię usuwania śmieci ze społeczeństwa, lokalny patriotyzm („Nie rzucim warszawskiej ziemi, naszego syreniego grodu”, „Cwaniary”, s. 162) i nowoczesne idee równości. Zagarniają wszystkie te tradycje, by wydobyć z nich prawo do działania.
Z tej mieszanki powstaje koktajl Mołotowa. Czyli broń niszczycielska dla wszystkich – bo jej substancję zapalającą tworzą emocje: zraniona duma, poczucie upokorzenia, życiowe frustracje i rozkosz zemsty. Dziewczyny z Mokotowa spuszczają więc regularnie łomot chłopakom i mężczyznom, czasem wymierzając sprawiedliwość damskim bokserom, a kiedy indziej wypuszczając nadmiar adrenaliny z własnych mięśni. Lubią się bić i lubią bić innych.
Opowieść Chutnik korzysta z praw niespójności przysługujących balladzie podwórzowej, łącząc pragnienie naprawy świata z konserwatywnymi wyobrażeniami o mężczyznach i kobietach. Idee sprawiedliwości mieszają się więc z marzeniami konsumenckimi, gniew wobec krzywdy idzie w parze ze zwykłym cwaniactwem. Stąd niejasne fabularnie i dwuznaczne moralnie zakończenie: bohaterki zemściły się na nieuczciwym deweloperze, ale zostały wykryte przez policję i jedna z nich popełnia samobójstwo. Nie wiadomo jednak, czego dotyczy klęska: nie udało się zaprowadzić sprawiedliwszych porządków w świecie kapitalizmu czy połączyć programów sprawiedliwości i konsumpcji?
Śmieciarska estetyka wybrana przez Chutnik przynosiła spory bałagan, ale zapobiegała idealizacji heroin. Dzięki temu „Cwaniary” wpuszczały do polskiej literatury ożywczy powiew folkloru miejskiego jako plątaniny dyskursów pozwalających przynajmniej nazwać klasową strukturę konsumpcyjnego społeczeństwa, a także uświadamiających, że demokracja kapitalistyczna nikogo nie obroni, jeśli on sam do obrony się nie weźmie. W tym powiewie było też jednak coś groźnego, bo oto powieść Chutnik budziła wyobrażenie świata, w którym wojna społeczna rozlewa się po wszystkich ulicach i zakamarkach. W takim świecie literatura przybiera postać estetycznej legitymizacji przemocy. A społeczeństwo rozpada się na doraźne grupy spajane miejscem zamieszkania i podobieństwem kłopotów z kapitalizmem.
Dlatego jeśli kapitalizm istnieje, społeczeństwo nie jest możliwe.
TRZY POETYKI
Uparcie powracające twierdzenie, że społeczeństwo nie istnieje, nie powinno być traktowane jako katastroficzny wniosek wynikający z trzech różnych dorobków. Oznacza natomiast, jak mi się wydaje, że niemożliwa jest reprodukcja dawnego modelu społeczeństwa i że trwa wymyślanie nowych więzi i nowych komórek.
Społeczeństwo – patrząc od strony twórczości Malanowskiej – nie istnieje, ponieważ rozpadają się dotychczasowe wiązania. Opierały się one na uznaniu, że jednostka to cząstka zbiorowości zdolna do wzajemności uczuciowej i do racjonalnego osadzenia siebie w abstrakcyjnych podmiotach zbiorowych, takich jak naród czy społeczeństwo. W prozie Malanowskiej jednostka szukająca w związkach z innymi ludźmi emocjonalnego bezpieczeństwa i satysfakcji nie dziedziczy więzi emocjonalnych ze zbiorowością, wypracowując sobie takie powiązania doraźnie i jednorazowo. Więź tworzona przez taką jednostkę w niewielkim stopniu oznacza gotowość do wzajemności i do tworzenia układów symetrycznych, zmierzając raczej w stronę związków kompulsywnych lub, przeciwnie, relacji opartej na wzajemnym świadczeniu sobie usług emocjonalnych. Zarówno wybuchowość sfery emocjonalnej, jak i jej racjonalizacja likwidują społeczeństwo dawnego typu i zapowiadają nowy – niedający się w swoich skutkach określić – typ powiązań.
Podobną przemianę ujrzeć można z perspektywy proponowanej przez Sylwię Chutnik. W jej książkach znika społeczeństwo rozumiane jako nowoczesna zbiorowość ubezpieczana przez państwo i spajana więziami funkcjonalnymi. W „Cwaniarach” widzimy raczej zbiorowość, która popada w coraz większe osamotnienie ze strony państwa; zbiorowość ta zarazem rozpoznaje własną przestrzeń życiową jako pole coraz bardziej bezwzględnej walki prowadzonej przez eksterytorialną władzę kapitału ze zlokalizowaną jednostką. W odpowiedzi na nowe reguły zbiorowość ta łączy się w doraźne grupy „osadzonych”, czyli mieszkańców, którzy szukają narzędzi i metod oporu.
I wreszcie perspektywa trzecia – rodzinna. Tradycyjna rodzina, usytuowana między zbiorowością rozpadającą się na jednostki i zbiorowością doraźnych grup samoobronnych, nie stanowi spoiwa zdolnego przemienić sumy jednostek w społeczeństwo. Nie stanowi też laboratorium, w którym jednostka uczyłaby się zachowań prospołecznych i nabywała koniecznych emocji związanych z tworzeniem więzi międzyludzkich. Jest przeciwnie: w ujęciu Papużanki rodzina tradycyjna – zakładana bezrefleksyjnie wedle zasad niepoddawanych żadnej korekcie – stanowi mikrostrukturę, która raczej odspołecznia jednostkę, niż ją uspołecznia, i która wytwarza raczej osobność niż więź.
Tak oto poznaliśmy trzy poetyki, które mówią o możliwościach i niemożliwościach dzisiejszego społeczeństwa: blog, jako gatunek symulowanej więzi z drugim człowiekiem, odsyła do świata komunikacyjnych monad; antybaśń, opowieść o niemożliwości osiągnięcia dojrzałości emocjonalnej, uświadamia, że repetycja tradycyjnego wzorca rodzinnego rozbija społeczeństwo; i wreszcie sensacyjna ballada podwórzowa, która poprzez stylistyki popularne chce rozniecić bunt ludowy. Wszystkie trzy poetyki pokazują, że społeczeństwo dotychczasowe rozłazi się w szwach, a nowe samo się nie sfastryguje.

PRZEMYSŁAW CZAPLIŃSKI jest historykiem literatury współczesnej, eseistą, tłumaczem i krytykiem literackim, współtwórcą Zakładu Antropologii Literatury UAM. Autor m.in. „Ruchomych marginesów. Szkiców o literaturze lat 90.” i „Krytyki i literatury wobec nowej rzeczywistości”, laureat Nagrody Kościelskich. W latach 1997–2001 juror Nagrody Literackiej Nike. Pośród zainteresowań badawczych wymienia konfrontację literatury z nowoczesnością i przemiany literatury od tradycji ustnej i książki papierowej po media elektroniczne.

SYLWIA CHUTNIK jest pisarką, działaczką społeczną. Kieruje fundacją ochrony praw matek MaMa, zawodowo oprowadza po stolicy (napisała przewodnik „Warszawa kobiet”). Od jej wyróżnionego Paszportem „Polityki” literackiego debiutu („Kieszonkowy atlas kobiet”) przez groteskową „Dzidzię” (2009) po wydane w 2012 r. „Cwaniary” Chutnik konsekwentnie rozwija swój styl, łączący wątki genderowe z estetyką miejskiej legendy.

KAJA MALANOWSKA jest pisarką, felietonistką „Krytyki Politycznej”. Z wykształcenia biolożka, debiutowała w 2010 r. introspekcyjną powieścią „Drobne szaleństwa dnia codziennego” (nominacja do Nagrody TVP Kultura), za którą poszedł zbiór opowiadań „Imigracje” (2011) i szeroko komentowane „Patrz na mnie, Klaro!” (2012) – utwór z pogranicza formuły bloga, doceniony finałem Nagrody Literackiej Nike i nominacją do Paszportu „Polityki”.

ZOŚKA PAPUŻANKA jest nauczycielką języka polskiego z Krakowa (z wykształcenia teatrolożką), o której zrobiło się głośno w 2012 r. za sprawą debiutanckiej powieści „Szopka”. Nominowana do Paszportu „Polityki” książka to oryginalna, stroniąca od sensacyjnego tonu próba krytycznej analizy kondycji polskiej rodziny na przestrzeni kilku pokoleń.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]