Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Walka o słowo

Walka o słowo

07.10.2014
Czyta się kilka minut
Konfesja w zasadzie mnie nie napędza. Zdecydowanie bardziej – proustowskie tracenie i odnajdowanie czasu. Ku ostatecznej zatracie. Z KRZYSZTOFEM SIWCZYKIEM, laureatem tegorocznej Nagrody Kościelskich, rozmawia Jarosław Borowiec
J

JAROSŁAW BOROWIEC: Nagroda Kościelskich to dla Ciebie niespodzianka?
KRZYSZTOF SIWCZYK: Dostrzeżenie poematu „Dokąd bądź” mocno mnie zaskoczyło i – co naturalne w takiej sytuacji – wprawiło w niemały popłoch. Czuję się zaszczycony, ale odczuwam też rodzaj zobowiązania. Wzmaga się ono, gdy spoglądam na listę nagrodzonych z przeszłości.
Nagroda Kościelskich stanowi ważny punkt odniesienia dla czytelnika literatury współczesnej. Wskazania jej jury przez lata uchodziły za parametr, którym mierzyć można temperaturę życia literackiego. Działo się to na skutek nieprzewidywalności ostatecznego werdyktu i dyskretnego uroku „nieprzemakalności” tego gremium w kwestii rozmaitych mód czy nowinek.
Dla mnie osobiście, szczególnie w latach 90., werdykty pokrywały się z fascynacjami lekturowymi: Maciej Niemiec, Marcin Świetlicki, Jacek Podsiadło, Andrzej Sosnowski, Michał Paweł Markowski, Adam Wiedemann... Oczywiście, każda nagroda literacka winna być dyskutowana, kontestowana, powinna wzmagać opór – zwłaszcza kiedy mówimy o gatunku tak niszowym jak poezja współczesna.
Nagradzając „Dokąd bądź”, jury pisało o „świadectwie kondensacji poetyckiej wyobraźni, a zarazem dojrzałym projekcie z pogranicza literatury i życia”. Jak Ty umieściłbyś siebie na tym pograniczu?
Jak sądzę, jury sygnalizuje w ten sposób problematyczny związek między fenomenem życia i literatury, akcentuje trud formułowania wniosków nieredukowalnych do żadnego z tych fenomenów. Jak pisać blisko życia i jednocześnie nie tracić z oczu skomplikowanych i podstępnych mechanizmów języka, którym to życie próbujemy okiełznać? Są to kwestie stare jak literatura, niemniej dla mnie stanowią ostateczny pułap literackiego namysłu i, że tak to ujmę, modus operandi. Oczywiście podmiot czy też głos lub głosy, które w „Dokąd bądź” starają się mówić, właściwie w całości znajdują się w międzystrefie, o którą pytasz. Być może dlatego przygody tych głosów są tak bardzo życiowe i literackie jednocześnie. Mieszczą się między absolutnym uniwersalizmem a równie gargantuicznym egocentryzmem, czy też lokalnością lub zgoła wstydliwą konfesją. Tym samym starają się kondensować te dwa skrajne doświadczenia.
Debiutowałeś w 1995 r. tomem „Dzikie dzieci”, za który otrzymałeś nagrodę „Czasu Kultury” i Nagrodę im. Jacka Bierezina. Jak dziś wspominasz tamten czas?
Moja pamięć jest pamięcią uczestnika zdarzeń, cierpi więc na przypadłość mitomanii, ale też intensyfikuje pewne szczegóły... W latach 90. istniało zainteresowanie – niemal o charakterze społecznym i medialnym – młodą literaturą, co mogło mieć wiele wspólnego z przełomem 1989 r. i oczekiwaniem na „nowe”. Był to szczególny czas dla periodyków literackich, które odgrywały ważną rolę opiniotwórczą, a u mnie stanowiły o literackiej edukacji. Szczególny był proces tworzenia się wielu kanonów równoległych, wzmożenie w obrębie dyskusji o literaturze, pojawienie się nowych nazwisk i nowych poetyk, bez odrzucenia poetyk zastanych. Byli nobliści – i byli barbarzyńcy. Spór użyźniał glebę, na której spokojnie dojrzewały sobie takie „roślinki” jak mój debiut poetycki.
I jeszcze jedna szczególność, której doświadczyłem: przyjaźń ze strony najczęściej dużo starszych i dużo bardziej utytułowanych pisarzy. Fenomen, którego nie spodziewałem się po świecie literackim, który zwłaszcza teraz jest przecież mocno zantagonizowany.
Jeżeli istnieje duch czasu, to w latach 90. najskuteczniej uchwycił go Bohdan Zadura, jeden z najważniejszych punktów mojego literackiego odniesienia, w poemacie „Noc poetów (Warszawa pisarzy)”.
Potrafiłbyś powiedzieć – przepatrując te niemal dwie dekady własnego pisania – które miejsca były lub wciąż są dla Ciebie szczególnie ważne?
Myślę, że istotna był początkowa faza odnalezienia podobnych sobie galerników, którzy dzielą los zmagań o idiom i sens poetyckiej aktywności. W latach 90. przygarnęli mnie koledzy z trupy poetyckiej „NaDziko”. Byli wśród nich Maciej Melecki, Bartłomiej Majzel, Grzegorz Olszański i Wojciech Kuczok. Chwilę potem pojawili się Radosław Kobierski i Marta Podgórnik. Działo się to w okresie prosperity dwutygodnika „Nowy Nurt” – najważniejszego, obok „bruLionu”, pisma tamtego czasu. Współorganizowaliśmy na Śląsku „zbiegi poetyckie”, leczyliśmy kompleksy prowincjuszów, zapraszaliśmy poetów ze świata. Trzymaliśmy sztamę z redakcją „Literatury na Świecie”, dzięki czemu mogliśmy na żywo rozmawiać ze swoimi idolami, jak Brian Patten czy Egon Bondy. Jednym słowem – ważny był etap buntu, niezgoda na pustynny literacki klimat Śląska. Potem każdy poszedł swoją drogą, niektóre przyjaźnie nie przetrwały. Miałem przygodę z filmem, dojrzewałem w dość przyspieszonym tempie.
Jedną z najważniejszych lektur tych 20 lat była dla mnie „Chwila mojej śmierci” Blanchota. A chwile pisania? To chyba te nienazywalne trwogi, kiedy nijak w języku nie chce zmieścić się doświadczenie. Zwłaszcza te negatywne, funeralne, sparaliżowane zdania jakoś zostają w mojej pamięci i dyktują się same. Trochę też o tym traktuje „Dokąd bądź”.
Grupa „NaDziko” była formacją, wobec której karierę zrobiło określenie „śląska szkoła poezji życia”. Łącznikiem scalającym był dla Was motyw pokoleniowo-geograficzny. Jaki był Twój Śląsk?
Myślę, że specyficzny, postindustrialny klimat Śląska z pewnością rezonował z rozedrganą wrażliwością nastolatka, którym wtedy byłem. W naturalny sposób był to mój pejzaż pierwszy – „dolina Issy” to było cegielniane wyrobisko, a rzekę zastępował zakładowy kanał doprowadzający tam zużytą wodę. Wszystko dookoła okazywało się zadaniem wyobraźni, a poetycki zapis był tejże wyobraźni równaniem. Bardzo wcześnie odczuwałem potrzebę tych zapisów. Inspirował mnie świat Becketta. Mój pierwszy wiersz nazywał się „Beckett” i traktował o kondycji akwariowych skalarów. Świat rozumiałem jako zamknięty obszar, obrysowany wielką płytą, za horyzontem natomiast znajdowała się mało interesująca kontynuacja tego wyobrażenia. Jako nastolatek nie odczuwałem pragnienia odległych podróży. Interesowała mnie rzeczywistość pilśniowych meblościanek i fantasmagoria religijna. Tym zająłem się w pierwszej książce.
Beckett chyba nadal jest dla Ciebie ważny. Po latach, które upłynęły od filmu „Wojaczek” Lecha Majewskiego, gdzie zagrałeś główną rolę, pojawiłeś się w „Wydalonym” Adama Sikory. Wspominając o swojej przygodzie z filmem, powiedziałeś o przyspieszonym dojrzewaniu...
Powiązanie dojrzewania i filmu ma konotacje ściśle społeczne. Nagle znalazłem się w świecie pewnej kasty, o której wcześniej tylko czytałem lub którą oglądałem. Nie czułem się tam u siebie. Podejrzewam, że ma to wiele wspólnego z moim defensywnym usposobieniem. Po prostu na tym tle mogłem zdać sobie sprawę z własnych ograniczeń, a to zawsze czegoś uczy.
Jeśli chodzi o późniejszą próbę wejścia do tej samej rzeki, muszę uczciwie powiedzieć, że „wody zmieniły swój bieg”. Nakręciliśmy film festiwalowy, bez najmniejszych szans na dystrybucję. Naszą jedyną motywacją była możliwość pobawienia się prozą Becketta w luźnym nawiązaniu do języka dotychczasowych inscenizacji jego dzieł. Chcieliśmy skoligacić go z taśmą filmową, co jest zadaniem groteskowym – o czym sam Beckett przecież się przekonał pracując przy scenariuszu z własnego tekstu. Ale bawiliśmy się przednie.
Niekiedy słyszy się, że Twoje pierwsze tomy poetyckie były bliżej życia, a teraz przypominają traktaty filozoficzne. Mniej w nich emocji, potoczności, więcej myślowych konstrukcji. Obchodzą Cię takie głosy?
Bardzo. Te niszczące cieszą i uczą, natomiast potwierdzenia i przychylność również są nauką, bo pisanie to proces samokształcenia i wyostrzania uwagi. Jasne, kiedyś łatwiej mi było bez bagażu lektur. Każdy następny tom był rodzajem zmagania się z przybywającym doświadczeniem lekturowym, nad którym w żadnym razie nie należy przeskakiwać w siedmiomilowych butach natchnienia. To zmaganie powinno być widoczne. Każda inna sytuacja jest moralnie podejrzana. Dawać świadectwo to dawać za wygraną tym, którzy napisali coś przed nami i najczęściej zrobili to zmyślniej i lepiej. Stąd moja atencja dla awangardzistów – choć może nie jestem wierny awangardowej omnipotencji i przekonaniu o „nowatorstwie” każdego posunięcia literackiego – dla Peipera, Wirpszy, Bieńkowskiego, ale też dla filozofów, od Parmenidesa na Cioranie kończąc. Na Cioranie zresztą kończy się wszystko. (śmiech)
„Dokąd bądź” to poemat rozpisany na niemal 80 stronach. Spotyka się tu świat dotykany nihilizmem, poddany rozpadowi, który zostaje zestawiony z oczekiwaniem na dziecko, „które robi z nas użytek, karmi, syntezuje ku uciesze”. Jakie były początki tego tekstu? Czy pisanie poematu było dla Ciebie nowym doświadczeniem wiersza, zmierzeniem się z jego formą?
Próbowałem się już z dłuższym wierszem w książce „Zdania z treścią”. Tamten poemat był pisany w miłosnej gorączce i w technologicznym, że tak powiem, delirium zderzania języków filozofii, socjologii i erotyki.
Tym razem podszedłem do tej wymagającej formy inaczej. Starałem się pochylić nad schematem rozpoznawania swojego egzystencjalnego położenia. Takie interwały jak przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zaczęły mieścić mi się w długim zdaniu, gdzie wszystko dzieje się jednocześnie, stąd i roztropny pesymizm, i równie roztropna nadzieja jego przełamywania. Stan, który nazywasz „oczekiwaniem na dziecko”, jest również prognozą wywłaszczenia z własnego ja, opuszczenia bezpiecznego egoizmu i egocentryzmu. Na początku „Dokąd bądź” jest ugór. Walka toczy się właśnie o słowo. A właściwie odpowiednie dla rzeczy zdanie. „Dokąd bądź” to norwidowski z ducha poemat pojęć, wyrażony jednak językiem narracji, również tej o charakterze biograficznym.
Trudno Cię odpytywać o ten tekst, bo to oczywiście nie jest konfesja wchodzącego w dojrzałość mężczyzny, który oczekuje narodzin dziecka, ale też nie bez powodu podzieliłeś ten poemat na dziewięć części.
Czytelnicy poezji współczesnej najpewniej pamiętają finalną kwestię tomu „Schizma” Marcina Świetlickiego. Tamtemu autorowi „pod wulkanem urodziło się DZIECKO!”. Moja książka znalazła się w sytuacji poprzedzającej to zdanie, w sytuacji, gdzie schizma dopiero wisi w powietrzu. Musiałem ich więc napisać dokładnie sto, żeby darować mojemu bohaterowi czas na radykalną zmianę, uporządkować sprawy dotychczasowych rozpaczy i entuzjazmów, zmierzyć się ponownie z monstrualną problematyką słów i rzeczy, ich niewysławialnych często zaplotów. Konfesja w zasadzie mnie nie napędza. Zdecydowanie bardziej – proustowskie tracenie i odnajdowanie czasu. Ku ostatecznej zatracie.
„Patrzę przed siebie jakby z większą pewnością dla tego, co przyjdzie po mnie, czemu przyjdzie oddać mnie na wieczną pamiątkę dni twojej przyszłości” – mówi bohater Twojego poematu. Czy tytułowe „Dokąd bądź” mogłoby tutaj być tym afirmatywnym potwierdzeniem, że nawet w świecie dotkniętym brakiem poczucia sensu ocali nas ten „prywatny raj i trwanie w ramionach, które się zna”?
Cóż, taki jest postulat. (śmiech) Czy ma on coś wspólnego z realnością życia? To się zobaczy. Oczywiście życiowy, tytułowy, ruch w każdym kierunku, gdziekolwiek, ma charakter zdecydowanie ambiwalentny, jak każde wydarzenie życia. Sęk w tym, żeby ta ambiwalencja odpowiednio w języku drżała, żeby czytelnik mógł ją poczuć jak lekką ciarkę lub silny dreszcz, żeby poczuł się jednocześnie w dobrze znanych i obcych ramionach. Afirmatywne potwierdzanie stanu świata – to jednak nigdy nie była „moja broszka”. Pragnę potwierdzać stan możliwie realny. W tym akurat punkcie mógłbym powiedzieć za bohaterem „Dokąd bądź”: orientacja afirmatywna. Jak długo i dokąd mnie zaprowadzi? Odpowiem za poetą: „wolałbym niczego nie twierdzić”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]