Reklama

Ukraina: czego chcieć od Europy?

Ukraina: czego chcieć od Europy?

13.03.2015
Czyta się kilka minut
Co Ukraińcy myślą dziś o swoim kraju i jego przyszłości?Pięcioro autorów z Ukrainy co tydzień odpowiada na pytanie o ich kraj.
Ilustracja Anatolija Biełowa
Ilustracja Anatolija Biełowa
P

Pytania zadaje artystka i publicystka Jewgenija Biełorusiec, a dyskutują: Borys Chersoński (lekarz, poeta i pisarz z Odessy), Roman Dubasewycz (kulturoznawca ze Lwowa, obecnie mieszkający na Zachodzie), Ołena Stepowa (blogerka z Łuhańska, która nadal mieszka w swoim rodzinnym mieście, pozostającym obecnie pod kontrolą rosyjską), Sasza Dworieckaja (działaczka na rzecz praw człowieka z Kijowa, z organizacji „Wostok SOS”, która zajmuje się m.in. ukraińskimi uchodźcami) i Iwan Jakowina (rosyjski dziennikarz mieszkający dziś we Lwowie, prowadzący własny program w niezależnej kijowskiej telewizji Hromadske.tv). 

Głosy z Ukrainy – to część projektu dziennikarskiego „Stereoscope Ukraine” (w internecie: http://n-ost.org/voices_from_ukraine), prowadzonego przez grupę niemieckich dziennikarzy „n-ost”. Teksty są publikowane równocześnie w internecie przez niemiecki dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (na stronie www.faz.net), rosyjski niezależny magazyn internetowy www.colta.ru, angielski portal Transitions Online (tol.org) oraz przez „Tygodnik Powszechny”.

 

 

JEWGIENIJA BIEŁORUSIEC:


Jewgenija Biełorusec / fot. Wiktor Maruszenko

Podział świata na „Zachód” i „Wschód” dla mnie nie istnieje. Nie jest jasne, gdzie zaczynają się i gdzie kończą te domniemane światy.

Tym niemniej, wypadki na Ukrainie wywołały falę publikacji poświęconych „Europie”, „Zachodowi” i wyrzekaniu się „zachodnich wartości”. Słyszeliśmy sprzeczne tezy: „Ukraina to Europa”, „Ukraińcy na Majdanie gotowi byli umrzeć za europejską ideę, „Europa nie doceniła bohaterstwa Majdanu”, no i na koniec: „Rosja to Europa” i „Rosja prowadzi wojnę z Europą na terytorium Ukrainy”.

Obecnie każdego dnia trwa wojna, która ma zmusić Ukrainę oraz wiele innych krajów do uznania rzeczywistości, w której świat może zostać podzielony na strefy wpływów, niczym dzielnica miasta, o którą walczą drobne  ugrupowania mafijne. 

Zmusza się Ukrainę do wzięcia całego ciężaru odpowiedzialności za tę wojnę. Rosja żadnej odpowiedzialności wobec mieszkańców zrujnowanych przez rosyjską armię miast nie ponosi.

Jakie miejsce w tej konfrontacji wyznaczone zostało kwitnącym przeważnie krajom Europy? Jakich działań możemy oczekiwać od tych, którzy mimowolnie stali się uczestnikami tej wojny, i którym Rosja narzuciła konflikt, na którym nie wygrywa żaden z krajów biorących w nim udział?

 

BORYS CHERSOŃSKI:

Borys Chersoński
Borys Chersoński fot. archiwum prywatne

Jeśli o mnie chodzi, to słowa „Zachód” i „Europa” nie wywoływały we mnie najmniejszego zakłopotania. Z dyskusją toczącą się między słowianofilami i „okcydentalistami” jestem zaznajomiony już od ławy szkolnej, podobnie z „Dziennikiem pisarza” Dostojewskiego, tegoż „Idiotą”, gdzie Myszkin udowadnia, że katolik jest gorszy od ateisty, z puszkinowskim „Oszczercom Rosji” oraz z „patriotycznymi wierszami” Tiutczewa.

Nie mówiąc już o naprzykrzającej się do znudzenia sowieckiej propagandzie.

Przy wszystkich różnicach między Imperium Rosyjskim i Związkiem Sowieckim, idea głębokich różnic dzielących rosyjską cywilizację od martwych kamieni Europy pozostawała wielkością stałą. Zarówno dwieście, jak i sto, i pięćdziesiąt lat temu wbijano nam do głów: jesteśmy dziećmi rosyjskiej cywilizacji, wszystko jedno: sowieckiej czy prawosławno-bizantyjskiej.

W ślad za twarzą Czaadajewa [XIX-wieczny filozof, uważany za pierwszego rosyjskiego zwolennika „uzachodnienia” Rosji – red.], moje antysowieckie oblicze zwrócone było na Zachód. Niezależnie od tego, że w swoim czasie przyjąłem prawosławie i rosyjska kultura była mi bliższa od polskiej czy niemieckiej.

Wkrótce po deklaracji niepodległości Ukrainy stało się oczywistym, że znalazła się ona między dwoma polami siłowymi. Tym o kierunku tradycyjnym, wiążącym ją z Rosją oraz tym o orientacji „idealnej” – na Zachód, w stronę Europy.

Dla mnie zawsze było jasne, że Rosja nie będzie zachwycona tą reorientacją Ukrainy. Myślałem jednak, oczywiście, że sprawa ograniczy się do „wojen gazowych”, prób zawrócenia Ukrainy przy wykorzystaniu potężnych instrumentów ekonomicznych. Myliłem się, podobnie jak wielu moich kolegów.

Dzisiaj okazało się, że Ukraina została wciągnięta w realną wojnę, na którą nie była gotowa. Wygląda na to, że powinniśmy walczyć na dwa fronty: przeciwko tzw. „członkom pospolitego ruszenia” [tak Putin nazywa siły (pro)rosyjskie walczące na Ukrainie – red.], pozwalającym sobie w ostatnim czasie na eksplozje i zamachy terrorystyczne w spokojnych ukraińskich miastach, i przeciwko problemom własnym, w rodzaju korupcji i nieudolnej polityki zagranicznej. Pozbawieni wsparcia, przegrywamy tę wojnę – nie należało nawet się w to wplątywać. Większych szans nie mamy.

Ideologia integrowania się z Europą jest niezwykle kusząca. Lecz w jakim stopniu Europa gotowa jest przyjąć nas, zgiętych pod ciężarem niezwykle trudnych problemów? Przyjąć nas razem z wrogością Rosji, która wymachuje pałką atomową i posyła strategiczne lotnictwo dalekiego zasięgu w celu „patrolowania” terytoriów swoich europejskich sąsiadów?

Czego chciałbym od naszych europejskich sojuszników? Wsparcia naszej armii bronią defensywną. Jeszcze twardszych oświadczeń o niedopuszczalności dalszej eskalacji agresji przeciw Ukrainie. Pomocy dla naszej rozpadającej się gospodarki. Wielu rzeczy bym chciał!

 

OŁENA STEPOWA:

Ołena Stepowa
Ołena Stepowa / fot. Wiktor Maruszenko

Dla mnie, jak i dla każdego mieszkańca Donbasu, „Europa” i „Zachód” były czymś strasznym i zakazanym. Jesteśmy zapewne jedynym regionem Ukrainy, który mimo wszystko nadal pozostał w przestrzeni postsowieckiej.

Donbas był bardzo odległy od Europy i tak bliski Rosji, że jego mieszkańcy, którzy nigdy nie opuszczali granic obwodu, mogli wydawać sąd o „Zachodzie” i „Europie” jedynie pośrednio.

Nie chcę mówić o tym, czym jest dla mnie Europa, którą znam tylko dzięki internetowi, artystom, muzeom, pisarzom, wynalazkom i filmom. Opowiem natomiast, czym jest Donbas: to przedsiębiorstwa pracujące na przestarzałym sprzęcie; to korupcja we wszystkich organach władzy; to system edukacji, zbudowany na poniżaniu ucznia i „kupowaniu” ocen; to rosnąca liczba przypadków gruźlicy i narkomanii; to wreszcie wysoki poziom alkoholizmu, katastrofalny stan ekologii, wszechobecny czarny pył, płonące wysypiska śmieci, kiepska jakość wody i niska stopa życiowa.

Aby ludzie nie porównywali swego życia z poziomem europejskim, „Zachód” i „Europa” przedstawiane były jako coś znacznie bardziej przerażającego, niż życie w Rosji. Tak, tak, historie o „gnijącym kapitalizmie” są po dziś dzień żywe w przestrzeni postsowieckiej. „Chcecie żyć jeszcze gorzej? To będziecie, jeżeli zwycięży Zachód” – oto, co słyszeli mieszkańcy Donbasu przez ostatnich 10 lat.

Za pomocą strachu przed głodem, ruiną, wiecami i wojną rosyjscy spece od politycznych technologii kontrolują pokolenia, które wyrosły w Związku Sowieckim. W 2009 r. w Swierdłowsku, naszym przygranicznym mieście, postanowiliśmy zorganizować festiwal muzyki rap. Rap?! No i co w tym strasznego? A jednak nam zabronili! Wydział kultury miasta wydał werdykt, że jest to „zachodnia, obca nam kultura”.

Zorganizowaliśmy ten festiwal, nie bacząc na zakazy. Wtedy zrozumiałam, że Donbas jest bardzo daleki od Europy. To wtedy również zrozumiałam, dlaczego znaczna część Donbasu była przeciwko „pomarańczowemu Majdanowi” i europejskiemu kursowi Ukrainy. Donbas chciał żyć jak Rosja, ponieważ był to dla niego jedyny dostępny wzorzec życia.

Feudalna Rosja nie chce wypuścić feudalnego Donbasu, ponieważ po modernizacji i europeizacji Donbasu Rosjanie mogliby zobaczyć niewskazany dla nich przykład rozwoju. A wówczas wieloletni, tworzony przez rosyjskie mass-media obrazek „gnijącej Europy” okazałby się krzywym zwierciadłem.

Dlatego obecnie, wykorzystując wypracowany przez lata model uzależnienia Donbasu, Rosja prowadzi wojnę przede wszystkim o zachowanie swojej rzekomej potęgi.

Czy Europa powinna nam pomóc? Sądzę, że tak. Chociażby dlatego, że ryzykuje, że zostanie zatruta jadem rosyjskiego szowinizmu. A w jaki sposób powinna nam pomóc? Poprzez wspieranie jak najszybszego przeprowadzenia reform na Ukrainie i przez zdecydowaną międzynarodową izolację okupanta. Światełkiem latarni morskiej dla zniszczonego przez „russkij mir” Donbasu powinna stać się zamożna, kwitnąca, rozwijająca się i zmodernizowana Ukraina.

 

SASZA DWORIECKAJA:

Sasza Dworieckaja
Sasza Dworieckaja / fot. Wiktor Maruszenko

Gdybyśmy postanowili dyskutować o postsowieckiej przeszłości, to z pewnością powiedziałabym, że dla mojego regionu ‒ Krymu ‒ była ona zawsze teraźniejszością. A w związku z okupacją, wydaje się, że na długo jeszcze pozostanie także jego przyszłością.

Ołena Stepowa opowiada o Donbasie jako o jedynym ukraińskim regionie, który pozostał w przestrzeni postsowieckiej, a ja powiem: nie, Donbas nie jest tu bynajmniej jedyny. W tym sensie Krym był rezerwatem, z najliczniejszymi pochodami pierwszomajowymi na Ukrainie, które, podobnie jak w czasach sowieckich odbywały się bez żadnych emancypacyjnych czy socjalnych żądań.

Wszyscy uważali go za „swój” – Białorusini, Rosjanie, Ukraińcy. Uważało się, że Krym należy do wszystkich, że jest, jak był w czasach Związku Sowieckiego, „międzynarodowym uzdrowiskiem”. Lub, mówiąc słowami Pablo Nerudy: „Orderem na planecie Ziemia”.

Dla mnie Krym był zawsze swego rodzaju sowieckim domem, a „Zachód” nie był straszny i obcy. W Moskwie znalazłam się później niż w Wilnie i Warszawie, natomiast najdłuższą w swym życiu podróż odbyłam po Stanach Zjednoczonych, gdzie zobaczyłam zarówno wyluzowane San Francisco, jak też na wpół zrujnowane Detroit. W mojej ulubionej książce Wasilija Aksionowa „Wyspa Krym” opisany został potencjał mojego „europejskiego Krymu”: chciałabym, aby tak właśnie wyglądało jałtańskie nabrzeże i droga do Koktebela. To cel, dla którego chciało się zajmować działalnością społeczną.

Najstraszniejsze jest to, że dopiero kiedy zaczęła się okupacja, pojęłam, że Krym ma wiele do stracenia. Europa zawsze kojarzyła mi się z określonymi regułami gry, których podstawą stały się prawa człowieka. Na Krymie mimo wszystko te międzynarodowe zasady obowiązywały, i raptem – w czasie okupacji – zostały całkowicie zniesione.

Mija dzisiaj [9 marca – red.] równo rok, odkąd wyjechałam z Krymu. W tym dniu rosyjscy okupanci wzięli do niewoli dwóch moich przyjaciół, którzy spędzili u nich w niewoli dwa tygodnie. Szukali także i mnie, obchodząc mieszkania moich uniwersyteckich przyjaciół.

Wtedy, w marcu 2014 roku, niecierpliwie oczekiwałam od „Europy” jakiejś reakcji. Nie nastąpiła. A wydawało nam się, że reakcja Europy powinna być donośna. Obecnie, dla obrony życia ludzi i samego kraju, oczekujemy od Europy wsparcia finansowego i uzbrojenia.

 

IWAN JAKOWINA:

Iwan Jakowina
Iwan Jakowina / fot. Wiktor Maruszenko

Europa, o której marzy i której obawia się wielu Ukraińców to rzecz jasna pojęcie nie geograficzne, lecz cywilizacyjne. Ambiwalencję w stosunku do niej ludzi postsowieckich wyjaśnić nietrudno. Z jednej strony, europejskie swobody i jakość życia są dla wielu pociągające. Z drugiej zaś, ci sami ludzie obawiają się obywatelskiej odpowiedzialności, bez czego nie może być skutecznej opieki zdrowotnej i dobrych dróg.

Jak nastolatek – szukający wolności, lecz nie gotowy, by przejść na pełną samowystarczalność – społeczeństwo miota się pomiędzy zachodnim liberalizmem i sowieckim paternalizmem. W ukraińskim przypadku sytuacja komplikuje się dodatkowo za sprawą nierównomiernej społeczno-politycznej dojrzałości obywateli. Jeżeli sposób myślenia mieszkańców zachodnich regionów kraju trudno jest odróżnić od środkowoeuropejskiego, to na środkowej, a zwłaszcza na wschodniej Ukrainie państwo wciąż traktowane jest jako „rodzic”, którego bezpośrednim obowiązkiem jest karmić i ubierać swoje „dzieci”.

Co więcej, w warunkach oczywistej słabości i ubóstwa własnego państwa Ukraińcy poszukują do roli „rodzica” innych kandydatów. W centrum kraju ludzie niemalże żądają udziału Zachodu w ich losie. Zgodnie z ich niezłomnym przekonaniem, Europa i USA są po prostu zobowiązane im pomagać, zmuszać do „chodzenia do szkoły” i „odrabiania lekcji”, upominając, że w przeciwnym razie grozi im, że mogą „wpaść w złe towarzystwo”. Wielu mieszkańców wschodniej Ukrainy już od dawna liczy na Rosję, oczekując, że to ona pozwoli im pozostawać wiecznie w politycznym „dzieciństwie”.

Być może lepszą strategią Zachodu w tej sytuacji byłaby pomoc dla Ukraińców, którzy gotowi są wziąć odpowiedzialność za własne życie. O wiele bardziej niż broń i kredyty, Ukrainie potrzebne są programy wymian studenckich, staży dla młodych specjalistów i europejskie doświadczenie w rozwoju samorządu lokalnego. Pomoc Zachodu na wielką skalę nie będzie Ukrainie potrzebna, jeżeli ona sama stanie się jego częścią, a wartości europejskie na trwałe zakorzenią się w umysłach jej obywateli.

 

ROMAN DUBASEWYCZ:

Roman Dubasewycz
Roman Dubasewycz / fot. archiwum prywatne

Opowiem o pewnym epizodzie, który wydał mi się ważnym z perspektywy naszej dyskusji. Kilka dni temu, po śniadaniu, razem z moją znajomą postanowiliśmy wyjść na krótki spacer. Pogoda była przepiękna: drugi dzień najprawdziwszej wiosny, pełen słońca i szczebiotu ptaków, a także pierwszych, nieco jeszcze upojonych zimowym snem trzmieli. W niedużym lasku w hamburskiej dzielnicy Volskdorf w powietrzu unosił się narkotyczny zapach nowej życiodajnej wilgoci, przemieszanej z dymem z ognisk z ubiegłorocznych gałęzi – dokładnie taki sam, jak na naszych daczach i w ogródkach. Jednak im piękniejsza stawała się wiosna i przebudzenie świata z zimowego snu, tym trudniej było uwierzyć w to, co wydarzyło się na Ukrainie, gdzie jeszcze tydzień temu masowo ginęli i nadal giną ludzie.

Zostałem wyrwany ze swojej zadumy, kiedy kilka minut później natknęliśmy się z Marią Luizą na przegrodzoną drogę – z wysokim plastikowym płotem, wyposażonym w migające żółtym światłem koguty, dokładnie takie, jakich używa się podczas prac remontowych. „Zobacz, widziałeś kiedykolwiek takie osłony dla żab?” – zapytała mnie z uśmiechem. Wpatrzyłem się w znak z narysowaną żabką. – „Ustawiają je raz do roku, aby płazy mogły spokojnie przedostać się na gody z jednego jeziora do drugiego. I chociaż jest ich całkiem niewiele, a w ciągu całego tygodnia przepełzną zaledwie trzy-cztery, to komitet obywatelski postanowił, że należy je chronić przed wszechobecnymi rowerzystami. Chociaż przewodniczący komitetu nie ma z pewnością nic przeciwko zniknięciu samochodów ze swojej ulicy” – uśmiechała się moja przewodniczka.

Słuchając nadal o tym, jak trudno jest uzyskać zgodę na wycinkę nawet chorych drzew w tym zagajniku, który został ogłoszony „strefą ochrony przyrody”, mimo woli poczułem zawiść i ból wywołany wrażeniem, że życie płazów i drzew w Niemczech warte jest więcej niż obecnie życie ludzkie na Ukrainie i w Rosji. Jednocześnie poczułem ogromną wdzięczność za ten spacer, który odciągnął mnie od ciężkich myśli o Ukrainie, i za tę historię.

Bardzo ważna jest dla nas finansowa i ekonomiczna pomoc Europy. Lecz dla mnie nie mniej ważny okazał się wątek z żabami. Potrzebne są nam takie opowieści. Możliwie jak najwięcej takich historii. Przecież one właśnie pokazują, jak z okrutnego i wycieńczonego wojną kraju Niemcy, a wraz z nimi i cała Europa, przekształcały się w cywilizowany świat, w którym nawet życie żaby okazuje się być przedmiotem społecznej troski.

Tłumaczenie Przemysław Tomanek

Projekt „Stereoscope Ukraine jest wspierany przez: Robert Bosch Stiftung, Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej, Ministerstwo Spraw Zagranicznych RFN, Fundację Renovabis oraz Europäischer Austausch.

Zobacz także:

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]