Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Romans postkolonialny, czyli nie znasz dnia ani godziny, kiedy wydasz swoją córkę za imigranta

Romans postkolonialny, czyli nie znasz dnia ani godziny, kiedy wydasz swoją córkę za imigranta

28.02.2012
Czyta się kilka minut
Belgia to mały kraj z wielką i właściwie legendarną już biurokracją. Połączenie tej biurokracji z problemami imigracyjnymi przypomina węzeł gordyjski. Najgorzej jest, kiedy taki węzeł zaciska się niczym pętla na szyi człowieka.
P

Przed takim problemem stoją bohaterowie komiksu Judith Vanistendael „Dziewczyna i murzyn” – młoda studentka ekonomii Sophie oraz jej chłopak, pochodzący z Togo imigrant imieniem Abou. Komiks nie jest podobno autobiografią, a jedynie został zainspirowany własnymi doświadczeniami. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że „Dziewczyna i murzyn” stanowi odpowiedź Judith na książkę własnego ojca, wziętego flamandzkiego pisarza Geerta Vanistendaela, poświęconą dokładnie temu samemu romansowi, ale opowiedzianemu z punktu widzenia mieszczańskiego papy, to słówko „zainspirowany” brzmi co najmniej osobliwie.

Poza tym rysowniczka wykręciła rodzicowi niezły numer, bo uczyniła go narratorem pierwszej i zdecydowanie lepszej części komiksu. W drugiej te same wydarzenia widzimy z „jej” perspektywy. Ten zabieg pozornej obiektywizacji i podziału na dwóch narratorów wydaje się dość idiotyczny, bo przecież i tak wiemy, że w obydwu przypadkach tak naprawdę mówi do nas Judith. Tym bardziej że przedstawia swojego ojca jako lekko zwariowanego, ale uczciwego i dobrego człowieka, więc nie wiadomo, po co ta cała zabawa. Z drugiej strony czytelnik nie wszystkiego dowiaduje się od razu, a tym samym lektura komiksu jest bardziej wciągająca.

Najciekawsze w tym komiksie jest niewątpliwie spotkanie dwóch światów. Widzimy porządną rodzinę (to piszę akurat bez ironii), która żyje sobie spokojnie, dopóki córka nie oświadcza, że jej nowym chłopakiem jest polityczny uchodźca z Togo. Jak na porządnych ludzi przystało, muszą oni odrzucić uprzedzenia, dowiedzieć się czegoś o byłej francuskiej kolonii i chcąc nie chcąc zaakceptować młodzieńca, który okazuje się sympatycznym, inteligentnym człowiekiem, studentem chemii z wysoką ogładą. Ta ostatnia cecha nie pojawia się znikąd, bo Abou jest togijskim księciem. Rodzice Sophie są wykształconymi, kochającymi córkę ludźmi z szerokimi horyzontami, jednak dopiero w chwili spotkania z Abou dowiadują się, jak naprawdę wygląda los uchodźcy w Belgii. Abou w każdej chwili może zostać wydalony z Europy, co chwilę jest przesłuchiwany, a załatwienie formalności przypomina bieganie po niemal kafkowskich urzędach. Cóż, belgijskie państwo przez lata czerpiące zyski z eksploatowania Afryki nie ma zamiaru pomagać Afrykanom, zatem aby ocalić Abou przed deportacją, jedynym rozwiązaniem jest szybki ślub kochanków.

Belgijka przekonuje nas, że możemy mieć różne przekonania dotyczące imigrantów, ale zweryfikujemy je dopiero wtedy, gdy konkretny uchodźca zapuka do naszych drzwi i przestaje być jednym z bohaterów zbiorowej opowieści o Innym. Ogromną zaletą „Dziewczyny i murzyna” jest to, że historia nie ma poprawnie politycznego podziału zakładającego, że wszyscy biali są źli i mają w nosie Trzeci Świat, a imigranci to ofiary Europejczyków. To inny imigrant, a nie Belg kradnie Abou bagaż z całym dobytkiem, koledzy Abou w ośrodku imigracyjnym kłamią na potęgę, żeby tylko zostać na Starym Kontynencie, a Sophie po powrocie z Afryki wcale nie jest nią oczarowana, co zresztą jej partnera wcale nie dziwi.

Jestem ciekaw, czy surowa warstwa graficzna komiksu oparta na silnym kontrastowaniu czernią, bielą i operowaniu plamami tuszu bierze się z komiksowej tradycji ciągnącej się od Hugo Pratta do wirtuoza tego stylu Edmunda Baudoina, czy raczej wiąże się z fascynacją francuskimi rysownikami afrykańskiego pochodzenia, takimi jak nieżyjący już Aristophane, który z kolei nawiązywał do tradycyjnej sztuki Czarnego Kontynentu i osiągał podobny do Baudoina efekt. Niezależnie od inspiracji, mocny, oparty na czerni styl rysunkowy Vanistendael dobrze pasuje do tematu. Miejmy nadzieję, że po „Dziewczynie i murzynie” pojawi się w Polsce trochę więcej albumów o podobnej problematyce, bo we Francji i Belgii jest ich całkiem sporo. Skoro Polacy czytają już Alaina Mabanckou, to analogiczne komiksy również powinny się u nas przyjąć.

Judith Vanistendael, Dziewczyna i Murzyn, Timof i Cisi Wspólnicy, Warszawa 2012.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]