Pseudonimy są już zajęte

Debiutem literackim był „Terminal”, trochę to wszystko było dziwne, a trochę zwykłe, jak w przypadku większości debiutów.
Czyta się kilka minut
"...recenzenci zwrócą uwagę tylko na momenty..." (Paweł Potoroczyn) / il. Daniel Garcia
"...recenzenci zwrócą uwagę tylko na momenty..." (Paweł Potoroczyn) / il. Daniel Garcia

Nie wiem, czy pamięć jest szczera, w każdym razie zapamiętałem, że nie pisałem tego do druku, ale napisałem do końca i to bardzo szybko, może więc na coś liczyłem. Czytałem przyjaciołom, gdy lał deszcz na kajakach (czy coś takiego) i na tym miało się skończyć. Kazali gdzieś wysłać, próbować. To był początek lat 90., więcej było partii politycznych niż nowych książek, więc jakieś szanse były. Wysłałem maszynopis do kilku wydawnictw, tych powstałych już po upadku komuny. Wysyła się i czeka, to najbardziej zwykła część opowieści o debiutach. Nikt nie odpisał poza jednym adresatem. Adresat oznajmił, że się zastanowi, ale sugeruje, bym przybrał angielski pseudonim i zmienił tytuł. Miałem nawet pomysł – „Dwanaście truskawek na pasażera”, ale wydawało mi się, że wszystkie pseudonimy są już zajęte.

Po paru miesiącach, albo i po roku, gdy już raczej na wiele nie liczyłem, poleciałem z książką do PIW-u; ktoś mi powiedział, że tam czyta Jan Tomkowski, który ma inne oko. Zaniosłem w piątek, w poniedziałek zadzwonili z PIW-u, że biorą. A później już normalny tok, bardzo porządna redakcja, czyli skreślanie, ujarzmianie rozbrykanego źrebaka.

Pojawiło się parę recenzji, łaskawych i mniej łaskawych, ale te najśmieszniejsze napisano we Francji, gdzie książka – opowieść miłosna, która dzieje się w nienazwanym mieście, ale nawet ślepy by się domyślił, że chodzi o Paryż – jakiś czas później wyszła. Pierwszy krytyk stwierdził, że ona, bohaterka, w której kocha się narrator, to alegoria Polski, a cała rzecz opowiada o macdonaldyzacji Polski po 1989 r. Krytyk był ważny, więc rozpoznanie powracało w innych recenzjach, bardzo mnie to bawiło.

Pamiętam jeszcze jakieś drobiazgi – to, na przykład, że któraś recenzentka napisała, iż „powieść jest kompletnie pozbawiona seksu”. Kręcono w tym czasie jakiś filmik dla TV wokół książki, czytano fragment przedstawiający sposób, w jaki bohaterka połyka jogurt, i kamerzysta stwierdził z pełnym uznaniem: „Niezłe rąbanko”.

Z rzeczy zwykłych zapamiętałem tę rytualną kliszę, gdzieś wyczytaną czy powtarzaną wokół, żebym sobie nie myślał: prawdziwą próbą jest powieść druga, wtedy dopiero wszystko się okazuje.

I to jeszcze – pamiętam chwilę, kiedy wyszedłem z PIW-u z egzemplarzem sygnalnym. Na chodniku żebrała Cyganka, dałem jej pięć złotych, by opłacić swą radość. Opowiedziałem o tym mojej przyjaciółce Dorocie. A ona na to srogim głosem: – Ty, uważaj.

Teraz to widzę, szczerze: nie uważałem.


MAREK BIEŃCZYK jest pisarzem, tłumaczem, eseistą i znawcą wina. Laureat Nagrody Literackiej Nike w 2012 r. za zbiór esejów „Książka twarzy”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 35/2014