Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Prawda polskich przeżyć

Prawda polskich przeżyć

04.08.2014
Czyta się kilka minut
Wojna widziana nie z perspektywy wodzów i polityków, lecz zwykłego człowieka: taki jest zamysł serii wydawniczej Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych „Wielka Wojna – codzienność niecodzienności”.
Hrabina Ludwika Ostrowska Fot. Ze zbiorów Archiwum Państwowego w Łodzi
B

Będzie to zbiór literatury dokumentu osobistego, którą tworzą pamiętniki, wspomnienia, listy, dzienniki i autobiografie. Choć prawda zdarzeń ustępuje w nich miejsca prawdzie przeżyć – i na drugi plan przesuwa to, co jest przedmiotem zainteresowań historyków – nie umniejsza tym wartości przekazu. Przeciwnie: uwypukla wartość świadectwa jednostki.
„Przygotowując do druku przechowywane w archiwach państwowych dokumenty życia osobistego, powstałe w okresie I wojny światowej, kierowaliśmy się przekonaniem, że dopełnieniem pieczołowicie rekonstruowanej faktografii historycznej musi być prawda o człowieku wielkiej apokalipsy, o ludzkim losie, o ocalonych przed unicestwieniem świadectwach przeżyć tych, którzy, niezależnie od swojej woli lub w zgodzie z nią, zostali porwani przez wir zdarzeń” – czytamy w przedsłowiu Rady Naukowej serii w składzie: Jerzy Kochanowski, Grzegorz Leszczyński i Grzegorz Mędykowski.
I dalej: „Listy harcerzy do matek, listy żołnierzy do dzieci i żon, listy młodziutkich sanitariuszek do rodzin i przyjaciół mówią o czasach Wielkiej Wojny znacznie więcej, niż eksponowane w muzeach plakaty mobilizacyjne, rozkazy wojenne czy raporty z frontu. Historia zwykle zapomina o losach tych, którzy pozostawali w domach – we dworach, w miastach, w ubogich chałupach wiejskich, o tych, którzy nie kierowali wojnami, lecz opatrywali rannych lub nosili listy i rozkazy. Historia zapomina o matkach żołnierzy i ich żonach, o kobietach przerażonych nagłością zdarzeń, zatroskanych o byt codzienny, zdrowie i życie bliskich, o sprawy wielkie: naród, ojczyznę, wolność”.

Hrabina patrzy na wojnę
Serię otwiera dziennik Ludwiki Ostrowskiej herbu Korab. Miejsce, gdzie leżał zarządzany przez nią dwór w Maluszynie – na południu Królestwa Polskiego, niemal na styku trzech zaborów – wciąż nawiedzały ciągnące wojska. Zapiski dotyczące wojennego wrzenia – odgłosów walk i śladów „spotkań” wrogich wojsk, zbliżającej się lub oddalającej linii frontu – przeplatają się ze zdarzeniami, które dziś można uznać za błahe, jak wizyty sąsiadów czy przygotowania do godnego przyjęcia oficerów, którzy mieli stacjonować we dworze.
Z czasem głód staje się nieunikniony, wszystkiego brakuje. Hrabina notuje, że na święta brakło alkoholu. „Poczęstunku wódką nie było, ani wina dla służących; mój zapas wina kaukaskiego rozdał sztab żołnierzom na gwiazdkę”. Innego dnia szkicuje działania Czerwonego Krzyża: spieszące na ratunek rannym wozy stanęły we dworze i... zniszczyły murawę. „Wypieszczone Jasia trawniki zjeżdżone zupełnie”.
Ale Ostrowska jest też zatroskana sprawami najwyższej wagi. Gnębi ją brak zgody narodowej, swary polityków, którzy toczą własną wojnę, jakby nie było jej dosyć wokół. Niepokoi ją brak prasy (wówczas jedyne źródło informacji). Lęka się o dzieci zostawione w domach przez mężczyzn powołanych do wojska – o nie Ostrowska troszczy się, zabiega o jedzenie, opał, dobry los. Nie jest to łatwe: „Węgla nigdzie po miastach, drzewa mało, a i to nie ma czym z lasu sprowadzić”, bo wojsko skonfiskowało konie. Do tego „zaraza pysków i racic” dziesiątkuje zwierzęta uchronione przed konfiskatą. „Od pięciu dni mamy wojska zgłodniałe, które wykupują cały nasz zapas mąki, zabijają krowy, świnie, drób, spasają całą paszę” – notuje przerażona widmem głodu. I konstatuje: „Musi się to skończyć ogólnym ogłodzeniem całego kraju: po dwóch, a raczej czterech przejściach Niemców, a teraz konsystowania Rosjan”.

Ksiądz odmówił legionistom
Wieczne przemarsze wojsk, wieczna trwoga... A jednak Ostrowska potrafi zdobyć się na dystans. W walczących po obu stronach żołnierzach dostrzega zwykłych ludzi. Obcy i swoi: wszyscy znajdują w jej oczach wiele wyrozumiałości. Stacjonujących we dworze żołnierzy i oficerów przyjmuje gościnnie; stara się, by czuli się tu dobrze. Organizacja oddziałów pruskich wywołuje jej zachwyt. Notuje, że w Wielkanoc po rannej rezurekcji „odbyła się msza święta dla Niemców przez kapelana wojskowego odprawiona. Wielu ich się spowiadało i w ogóle obecna załoga, po części katolicka, bardzo przykładnie się zachowuje i nie dokucza ludności”. Kiedy indziej przygląda się odpoczywającym carskim żołnierzom, którzy stanęli we dworze: „W ślicznym słońcu czterech oficerów bawi się na tarasie ze szczeniakami, których pięcioro wraz z matką wozi za sobą jeden z nich. A tabory przez most jadą i jadą, to w tę, to w drugą stronę...”.
Niektóre zapiski mogą wywołać dziś zdumienie. Notuje, że w Wigilię przyjechali trzej polscy żołnierze, by szukać ochotników do Legionów. „Byli u ks. Proboszcza, prosząc, aby agitował z ambony wstępowanie ochotników, czego wręcz odmówił, jak wszyscy zresztą, o ile wiem, księża w okolicy (...). Po sumie jeden z legionistów przemawiał do ludu, bez powodzenia podobno, rozchodzili się nie słuchając. (...) Oczekiwali nadaremnie w gminie. Nikt nie przyszedł”.
Co ciekawe, również sama Ostrowska nie odnosi się z entuzjazmem do legionistów: „Pisemka przez nich rozdawane czytałam, tchną patriotyzmem i uczuciem religijnym, nawet mistycznym, ale wydaje się sztucznym i, jak mówią, przykrywką do pociągnięcia do innych celów”. Jakie to cele, nie precyzuje, podsumowuje za to swą refleksję: „Smutno pomyśleć, jak wiele młodych w najlepszej wierze poświęca wszystko na większą niedolę kraju”. To chyba najbardziej zaskakujące spostrzeżenie w jej dzienniku. Zdarza się, że w naszej lekturze takich osobistych dokumentów ożywają momenty chwały, ale zdarza się też, że niektóre epizody rzucają nowe światło na narodowe mity.

Za sto lat niewoli
W serii „Wielka Wojna – codzienność niecodzienności” ukażą się też pamiętniki Janiny Gajewskiej, przechowywane w Archiwum Państwowym w Warszawie. Autorka urodziła się w 1886 r. w ziemi łomżyńskiej, a na początku XX w. przeniosła się z rodziną do Warszawy. Zajmowała się księgowością. W 26 zeszytach, prowadzonych od 20 września 1897 r. do 15 sierpnia 1919 r., zawarła przemyślenia dotyczące życia osobistego i sytuacji społeczno-politycznej.
„Nastrój w Warszawie dziś bardzo nieszczególny – notuje 12 października 1914 r. – Uciekł Bank Państwa, uciekła poczta i inne instytucye rządowe. Deszcz pada, niebo beznadziejnie smutne; ulicami przeciągają zmęczone, osowiałe oddziały wojska [carskiego], chlapiąc się po błocie. Wczoraj była duża bitwa pod Piasecznem; podobno Niemcy się cofnęli, ale straty rosyjskie są poważne. Za Grodziskiem także była bitwa. Mnóstwo osób wyjeżdża z Warszawy. Nie wiadomo co będzie jutro”.
Gdy upada carat, nie kryje nadziei. 25 marca 1917 r. pisze: „Pomyśleć jednak, żeśmy doczekali rewolucji w Rosyi, że wszyscy więźniowie polityczni już są uwolnieni, że ogłoszona jest kompletna swoboda wyznania i wypowiadania się, że cesarz, ten pół-bożek z panującej od wieków dynastyi, ten co wszystko »raczył« robić, nie jest już cesarzem i, jak dziś piszą gazety, »przechadzał się samotny po peronie stacyi kolejowej w Pskowie, a nikt z obecnych nie zwracał na niego uwagi«. Pomyśleć, że to wszystko już się stało – to trzeba przyznać, że stała się rzecz kolosalna. I myślę, że jest to zarazem wielka i straszna konsekwencya dziejowa i że nigdy nie wolno jest wątpić w sprawiedliwość zarówno w życiu jednostek, jak w życiu narodów”.
Dalej pisze: „Oto na tej przed chwilą niewzruszonej zda się potędze mścić się zaczyna los za sto lat naszej niewoli, za gnębienie, za Sybir, knuty i katorgi. Struna pękła – i sprawiedliwość zrywa pęta z rąk niewinnie skazanych (...). I już nie będzie Rosyi z cytadelami, z »czynownikami« z jej głupią biurokracyą, z jej terorem i nahajką – wszystko to umarło raz na zawsze. A że nie wiadomo co się stanie z Podolem, Wołyniem, Ukrainą, Białorusią i t.d. – więc taka zmieniona Rosya jest wielkim plusem, wielką wygraną naszej sprawy i gwarancyą lepszego bytu dla Polaków na kresach. Dzięki Bogu i trudno nawet dziś ocenić całą ważność tych zmian”.
„Tymczasem – dodaje, dalej pod tą samą datą – zimno jest okrutne i mróz zagląda do okien zamiast wiosny. Co dzień kilka stopni zimna i góry śniegu na ulicach. Ludzie są już w najwyższym stopniu udręczeni. W biurze nie mają koksu i przestali palić; jest pięć stopni ciepła, siedzimy w paltach i rękawiczkach – zmarznięci na kość. Szef rozmawiał wczoraj ze mną bardzo mile i obiecał podwyższyć mi warunki, choć o tem wcale nie mówiłam. Widocznie chcą mnie tam utrzymać”.

Warszawa wolna...
Kolejną pozycją cyklu wydawniczego będą wspomnienia poznańskiego harcerza i żołnierza w szeregach armii pruskiej Józefa Jęczkowiaka (przechowywane w Archiwum Państwowym w Szczecinie), który latem 1918 r. zdezerterował, przedostał się do Poznania i włączył w pracę podziemnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Na początku listopada 1918 r. został wysłany przez POW do Warszawy, gdzie na osobiste polecenie Piłsudskiego miał podburzyć niemiecki garnizon przeciw własnemu dowództwu, co ułatwiło przejęcie kontroli nad miastem.
„W dniu 11 listopada – wspomina Jęczkowiak – panował w mieście duży ruch i zamieszanie. Prawie cały dzień byłem w biurze na dworcu, gdzie normalnym trybem przybywali podróżni żołnierze. Moje dziesiątki [tj. sekcje POW – red.], porwane ogólnym wirem, działały samodzielnie. Chmielnik zajął z grupą ludzi koszary na ul. Ludnej, Mieloszyński z grupą ludzi i oddziałem milicji zajął koszary na Mokotowie, miejscowi peowiacy, oddziały polskiego Wehrmachtu, luźne grupy ochotnicze Dowborczyków i Legionistów obsadzały różne gmachy, urzędy, instytucje publiczne”. Warszawa była wolna...

Do 2018 r. w serii wydawniczej „Wielka Wojna – codzienność niecodzienności” ukaże się kilkanaście pozycji. Tekst opracowano na podstawie przedsłowia Rady Naukowej serii wydawniczej i materiałów archiwów państwowych w Łodzi, Szczecinie i Warszawie.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]