Pierwszy i Ostatni

Liturgia przez ostatnie dwa tygodnie prowadziła już naszą myśl ku „rzeczom ostatecznym”.
Czyta się kilka minut

Pierwsze czytania mszalne zaczerpnięte były z Apokalipsy, kolejne perykopy ewangeliczne natomiast z mowy eschatologicznej Jezusa zapisanej w wersji św. Łukasza (Łk 21, 5-36).

Przez kolejny miesiąc pozostaniemy w obszarze tej tematyki i wrażliwości, jako że zaczyna się Adwent.

„Jam jest Pierwszy i Ostatni” – tak się przedstawia Chrystus w Janowej Apokalipsie (trzykrotnie: Ap 1, 17; 2, 8 i 22, 13). Polskie tłumaczenie wiernie oddaje tu oryginalny grecki tekst: protos kai eschatos. Wiele do myślenia dał mi jednak łaciński przekład św. Hieronima. Greckie eschatos (ostatni) Hieronim oddaje nie za pomocą łacińskiego ultimus, postremus czy extremus, lecz jako novissimus. Novissimus znaczy – to prawda – tyle co „ostatni”, „końcowy”, a nawet „najgorszy”. Może przecież znaczyć również (jako stopień najwyższy od słowa novus) tyle co „najnowszy”, „najświeższy” – „ostatni” w sensie: dopiero co – przed momentem wydarzony, doświadczony, napotkany.

W takim razie chodzi więc nie tylko o to, że Chrystus jest początkiem i końcem zarówno ludzkich dziejów, jak i osobistej historii każdego z nas; a więc że jest tak u jej źródła (arche), jak i w momencie jej ostatecznego spełnienia (telos – u celu). Chodzi być może również o to, że jego obecności pełnej mocy i miłości doświadczać możemy na bieżąco: w każdej chwili, na świeżo. Jakim był u początków (wtedy, gdy mnie stwarzał) – takim właśnie Go spotkałem przed sekundą; takim Go doświadczyłem w spotkaniu, które jeszcze we mnie tętni nowością – aktualnością. Wiem, kim On jest – nie tylko z lektury i z opowiadania o tym, jakim się objawił Abrahamowi czy Mojżeszowi, Piotrowi i Pawłowi. Wiem z ostatniego, najświeższego wydarzenia wiary w moim życiu.

Słowo novissimus mówi mi więc o tym, że czas ostateczny nie jest wyłącznie czasem przyszłym i oczekiwanym; jest również czasem teraźniejszym: żyję – i ja, i my wszyscy – w czasach ostatecznych!

Wtedy też inaczej rozumiem adwentowe wezwanie do postawy czuwania: nie chodzi o pełne nerwowego napięcia wbicie wzroku w zamazany horyzont nieznanej przyszłości; raczej chodzi o uważność na każdą formę obecności Pana, która – choć zasłonięta znakami – jest przecież rzeczywista i uruchamiająca, dynamiczna i dynamizująca – choć w wierze, a nie w widzeniu „twarzą w Twarz”. Chodzi o wyzyskanie, nieprzegapienie każdego – właśnie dziejącego się – momentu: tej właśnie chwili – tu i teraz – która jest pełna Chrystusa.

On zaś zawsze, w każdym spotkaniu z nami „idzie na całość”! Przynosi z sobą pełnię Objawienia: miłość bez umiaru. Ograniczona, niepełna i w tym sensie ciągle „nieostateczna” jest tylko moja zdolność Jego przyjęcia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 49/2014