Reklama

Między traumą a heroizmem

Między traumą a heroizmem

28.07.2014
Czyta się kilka minut
Dzisiaj także dzieci zastępują dorosłych w wojnie. Podejmują walkę, w której wszyscy są przegrani.
Kadr z filmu „Powstanie Warszawskie” (2014) Fot. Film „Powstanie Warszawskie” / MATERIAŁY PRASOWE DYSTRYBYCJA NEXT FILM
T

TOMASZ STAWISZYŃSKI: 70. rocznicy Powstania Warszawskiego, jak co roku, towarzyszy spór o sens walk. Rzadko jednak pytamy o cenę, którą za udział w Powstaniu musiały zapłacić jednostki. W szczególności – dzieci. Warszawski Pomnik Małego Powstańca przedstawia dziecko w roli zbrojnego obrońcy swojego miasta. Czy nie jest to, poza wszystkim, horrendalne nadużycie – dziecko walczące na wojnie?
ZENON WALDEMAR DUDEK: Dzieci, kobiety i cywile są najbardziej poszkodowanymi ofiarami wojny. W wojnie „klasycznej” walczą wojownicy – wyszkoleni żołnierze. Umawiają się na polu bitwy, atakują strategiczne punkty. W ramach tej etyki cywilów się oszczędza. Współczesna wojna zatarła te granice. Wciągnęła dzieci w okrutną walkę. II wojna światowa – zwłaszcza w Polsce – była szczególnym przypadkiem wojny niesprawiedliwej, jakie nie istnieją w świecie zwierząt, o których myślimy, że są bardziej drapieżne niż ludzie. Dziecko, które staje z bronią obok dorosłego, jest ilustracją chaosu, obłędu wojny skierowanej przeciw niewinnym ofiarom.

Tylko że ten chaos bywa przykrywany grubym płaszczem patriotycznej opowieści. Dziecko przestaje być okrutnie wykorzystaną ofiarą, staje się monumentem: heroicznym bojownikiem o „ojczyznę”.
Pamiętajmy o kontekście. Polacy mają prawo stawiać tym dzieciom pomniki. Do zrozumienia sytuacji granicznej, skrajnej – kiedy wszelka moralność zanika – trudno stosować kryteria pochodzące z czasów normalności i pokoju. Wiemy, że niektóre dzieci rwały się do walki, bo były świadkami okrucieństwa najeźdźców.

Czy miały pojęcie, o co tak naprawdę w tym chodzi?
Jeżeli przyjmiemy kryteria pełnej dojrzałości – nie były świadome przyczyn i skutków. Jednak znam z terapii osoby, które jako dzieci przedwcześnie „wydoroślały”. Jako ośmio-, dziewięciolatki stały się, wskutek trudnych doświadczeń, dojrzalsze od swoich rówieśników, a nawet rodziców. Dojrzalsze – w sensie rozumienia procesów społecznych, brania odpowiedzialności za swoje i cudze życie.

Dzieci, które wychowuje podwórko, już w wieku dwunastu lat radzą sobie w złożonych sytuacjach. Zdarzenia ekstremalne – śmierć bliskiego, zetknięcie z przemocą – potrafią radykalnie przyspieszyć ich dojrzewanie. Cała osobowość nie może być uznana za dojrzałą, ale rozumienie swojej sytuacji bywa u tych dzieci zaskakująco głębokie. Można więc mówić o autonomii takiego dziecka.

Nie przeszkadza Panu Pomnik Małego Powstańca?
Traktuję go jako ekstremalną pamiątkę. Mamy prawo uwieczniać znaczące znamiona z historii. Każdy symbol jest wieloznaczny, ma w sobie ambiwalencję. Można go postrzegać jako okrucieństwo i wypaczenie wrażliwości, ale też jako apel, żeby nigdy więcej nic podobnego się nie zdarzyło. Pomnik symbolizuje fakt, że polskie dziecko „musiało” bić się z okupantem, który napadł na jego ziemię i zniszczył jego dom.

Spory o dzieła sztuki – kiedy brakuje jednolitej hierarchii wartości – są nierozstrzygalne, bo każdy symbol można odczytywać na wiele sposobów. Myślę, że Mały Powstaniec powinien być pokazywany wszystkim wycieczkom niemieckim oraz przyjeżdżającym z krajów, które nie udzieliły nam wsparcia w trakcie wojny. Być może także Rosjanom, którzy w czasie Powstania czekali, aż miasto się wykrwawi. Ten pomnik to apel do świata: patrzcie, tutaj dzieci były mordowane i stawały do walki.

Podejmujące walkę dziecko, jeśli przeżyje, będzie potem człowiekiem zranionym. Heroiczna narracja nie pozwala mu – niekiedy przez całe życie – opowiedzieć o chaosie i cierpieniu.
To zadanie dla szkoły. Jej rolą jest uświadamianie młodym pełnego spektrum doświadczenia, jakie było udziałem bohaterów, o których pisze się książki, śpiewa pieśni i którym stawia się pomniki. Dziecko – ofiara skrajna, ekstremalny wyraz wołania o godność – niesie ważny przekaz.

Także dzisiaj dzieci zastępują dorosłych w wojnie. W wielu konfliktach zwaśnione grupy eksterminują się nawzajem do ostatniej kropli krwi. Kiedy zostają tylko dzieci, siłą rzeczy stają się wojownikami. Podejmują walkę, w której wszyscy są przegrani.
Podobnie było w Powstaniu. Brakowało dorosłych, do walki poszły dzieci. Taka jest logika wojny o biologiczne przetrwanie. Żeby taką spiralę zatrzymać – pisze o tym np. René Girard – potrzebny jest zewnętrzny punkt widzenia, który ujawni mechanizm samonapędzającej się przemocy. Girard widzi takie przesłanie w Ewangeliach. Jednak od sformułowania pokojowego przekazu do jego uwewnętrznienia i działania wiedzie długa droga. A my, jak się wydaje, ciągle jesteśmy na jej początku. Gdy przyjdzie czas wojny, nie będziemy mieli warunków, aby to wszystko przemyśleć, będziemy musieli się albo poddać, albo działać.

Od lat 70. XX w. psychiatria posługuje się pojęciem zespołu stresu pourazowego. Ale czasy II wojny światowej nie znały tego pojęcia. Na przeżycie, które ono opisuje, nie było miejsca w tradycyjnej opowieści o Powstaniu. Z traumą bohaterowie musieli sobie radzić sami.
Dlatego trzeba im dać prawo do opowiedzenia również tej części ich historii. Ich doświadczenie jest zarówno traumatyczne, jak i heroiczne – w znaczeniu zmagania się ze złem totalnym. Carl Gustav Jung mówił o archetypie Cienia – zła absolutnego. Jeśli człowiek mierzy się z okrutnym wymiarem rzeczywistości, jego walka staje się konfrontacją z pewną fundamentalną jakością egzystencjalną. Wygrywa albo człowiek, albo Cień. Także w ekstremalnych cierpieniach moich pacjentów obecne są jakości podobne do doświadczeń wojny: subiektywne poczucie, że mają wrażenie styczności z czymś źródłowo ciemnym, radykalnie złym – w sobie i w świecie.

Wie pan, co jest wspólne przeżyciom opisywanym np. przez Viktora Frankla i przeżyciom uczestników Powstania? Ci, którzy ginęli w obozach koncentracyjnych jako pierwsi – pisze Frankl – to byli ludzie, którzy się wewnętrznie poddali. Przestało interesować ich życie. Popchnięci, nie podnosili się z ziemi. Natomiast ci, którzy wierzyli, że wojna się skończy, mieli plany na życie poobozowe, przeżywali częściej. W przypadku Powstania analogicznym elementem była jakakolwiek aktywna postawa. To się naturalnie nasuwało – wziąć karabin, butelkę albo kamień. I walczyć. Oni po prostu nie mieli innego wyboru. Można tę sytuację oceniać jako beznadziejną. Ale z punktu widzenia upodmiotowienia się ofiary skazanej na śmierć – ich postawa zrywu, niezgody na bierność, zasługuje na uznanie.

Czy ta logika nie jest jednak niebezpieczna? Nie daje nam ona prawa do poczucia kompletnego złamania i rozpaczy, które jest przecież udziałem wielu ofiar przemocy. Jean Améry, ocalały z Holokaustu, pisze w książce „Poza winą i karą”, że został tym doświadczeniem nieodwołalnie złamany. Nie ma już wyjścia, nie ma żadnego zrywu, nie ma żadnego upodmiotowienia – bo podmiotowość została na zawsze zgruchotana. To też jest doświadczenie ofiar. Dlaczego walka do końca albo heroizm miałyby być wariantem „lepszym”, „zasługującym na większy szacunek” albo „dojrzalszym”?
Kiedy przychodzi czas próby, obce jest mi myślenie w kategoriach zbiorowych. Staram się brać wtedy pod uwagę perspektywę jednostki. Améry nie dostrzega w swoim doświadczeniu żadnego sensu, to jest jego osobisty punkt widzenia.
Podobnie osobistym punktem widzenia jest to, co mówi Viktor Frankl – że sens pojawia się w najgłębszych czeluściach bezsensu. Te doświadczenia są równoważne, żadne nie jest lepsze. Jednak w dzisiejszej kulturze automatycznie waloryzujemy Frankla, a o Amérym mówimy, że jest niedojrzały. Tymczasem nie mamy do tego prawa. Nie możemy oceniać Améry’ego czy Paula Celana, którzy nie dostrzegli nic w otchłani, która się przed nimi otworzyła. To także jest prawda o świecie – chociaż nie chcemy jej często brać pod uwagę, zakłamujemy ją różnymi, także terapeutycznymi, sloganami.

Myślę, że dopiero dialog tych doświadczeń – odnajdywania sensu i konfrontacji z absolutną pustką – daje nam szerszy obraz ludzkiej sytuacji. Ten, kto był w sytuacji skrajnego uprzedmiotowienia, nie mógł nic zrobić i to go złamało, nie miał innej możliwości. Nie mamy prawa tego oceniać. Możemy spojrzeć na jego doświadczenie jako własne i się z nim skonfrontować. Nie wiemy, dlaczego innym wypadła odmienna rola. I część spośród tych, którzy walczyli, przeżyła. Mogą cierpieć, mogą się czuć winni, bo przeżyli, ale mogą też mieć poczucie godności, że podjęli walkę. Każdy z tych indywidualnych losów odzwierciedla inny typ ludzkiego doświadczenia.

ZENON WALDEMAR DUDEK jest psychiatrą, psychoterapeutą, redaktorem naczelnym kwartalnika „Albo albo. Problemy psychologii i kultury”, autorem m.in. książek „Podstawy psychologii Junga” i „Psychologia mitów greckich (rozmawia M. Jaszewska)”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]