Marksista, który kochał

Właśnie we śnie ujrzałem redaktora M. Okońskiego. Był przystojny jak zwykle, więc przestraszyłem się nie na żarty.
Czyta się kilka minut

– Nie bądź już ponury i smutny – zahukał jak sowa.

– Tylko jaki mam być? – grzecznie zapytałem.

– Napisz coś optymistycznego, może być nawet z delikatnym zacięciem ideologicznym – hukał dalej rozkazująco.

– Ok – odpowiedziałem, a on huknął coś na pożegnanie i zniknął, na urlop zresztą. Obudziłem się i wiedziałem, że tytuł tego felietonu jest sprawą oczywistą. A teraz szybko przenosimy się do Moskwy, do zaułku Kamergierskiego.

Odchodząca od Twerskiej uliczka jest zepsuta przez nachalne bogactwo. Drogie sklepy, wymuskane restauracje, wypachnieni nuworysze sprawiają, że zaułek robi przykre wrażenie. Nie chce się tam zabawić sekundę dłużej niż potrzeba. A jednak wystarczy przystanąć, przymknąć oczy, poczekać kilka chwil, a Kamergierski zmieni się w to, czym był przed laty. Znów środkiem ulicy będą mknęły dorożki i samochody. Pod ścianami kamienic, skromnie, z parasolami w dłoni, będą przemykali giganci literatury. Konstanty Stanisławski będzie obmyślał kolejne przedstawienie. A piękna artystka będzie biegła samym środkiem, nie zważając na nic, żeby tylko nie spóźnić się na próbę do MChAT-u. Zobaczyłem ją zresztą bardzo wyraźnie. Nie biegła, ale płynęła nad ziemią. W białej sukience w drobne niebieskie kwiaty. Nie było człowieka: starego czy młodego, mężczyzny czy kobiety, spacerującego czy siedzącego na ławce, który nie zwróciłby na nią uwagi.

Filigranowa. Ciemne włosy. Delikatne rysy twarzy. Trochę dziecięce, szczególnie przez ten lekko uniesiony nos, i jednocześnie bardzo kobiece. Kąciki ust uniesione w uśmiechu, rozchylone, chyba namiętne wargi. Dziwna mieszanka.

Usta świadczyły o beztrosce, oczy zaś o smutku, jakby gdzieś w duszy nękało ją nieszczęście. Piękno dawało jej immunitet od tłumu, knajp, turystów i bogaczy. Ona była z tamtego, starego, istniejącego już tylko w marzeniach i na starych fotografiach zaułka.

Wyobraziłem sobie, że pewnie pędzi na próbę „Trzech sióstr”. Bo „Trzy siostry” Antoni Czechow napisał właśnie dla MChAT-u. Tu 31 stycznia 1901 roku zagrano ją po raz pierwszy. W roli Maszy występowała Olga Knipper, ukochana i przyszła żona Czechowa.

Sam autor bawił wówczas w Nicei. Specjalnie wyjechał z miasta, żeby nie dostać depeszy o tym, jak poszła sztuka. Bał się. Słusznie, bo jego dramaty przeważnie miały premiery, które ocierały się o klapę. Było to dziwne, ale dopiero z czasem, z każdym kolejnym przedstawieniem, nabierały blasku. Emocje publiczności od chłodu przechodziły do entuzjazmu. Olga Knipper mówiła potem, że przyczyna tkwiła w aktorach.

Nie wystarczy mistrzowsko odegrać rolę, trzeba jeszcze kochać i czuć Czechowa, przede wszystkim trzeba kochać ludzi, tak jak kochał ich Czechow, i żyć ich życiem – tak opowiadała.

Czechow kochał ludzi, a ludzie przez całe życie go oszukiwali. Kupowali jego felietony i opowiadania za nędzne gorsze, a potem robili na nich majątek. Kiedyś jeden z wydawców posłał mu skrzynkę dość podłego wina. Czechow przyjął podarek ze względów humanitarnych. Potem okazało się, że to wcale nie prezent, ale część zapłaty. Więc miał długi i ciągle żył z zaliczek za przyszłe utwory. A zaliczka jest dla pisarza obrożą, smyczą i kajdankami.

Wybawienie przyszło pod koniec życia. Adolf Marks, bogaty wydawca tygodnika ilustrowanego „Niwa”, kupił hurtem prawa do wszystkiego, co Czechow już napisał, za 75 tysięcy rubli. Kupił też wszystko, co jeszcze Czechow napisze, za osobne honorarium.

Przyjaciele namawiali Antoniego Pawłowicza, żeby nie robił głupstw i nie sprzedawał się Marksowi tak tanio. Ale Czechow i tak podpisał umowę. Spłacił długi, skończył budować dom w Jałcie. Do końca życia nie musiał już myśleć o pieniądzach. Mógł zająć się tym, co lubił robić najbardziej, czyli kochaniem ludzi. Znajomych zaś pytał dowcipnie: „Czy po sprzedaniu swych utworów Marksowi będę się mógł nazywać marksistą?”.

Wracałem wiele razy na Kamergierski, ale nigdy już nie spotkałem pięknej pani w białej sukience w drobne niebieskie kwiaty.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 31/2013