Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Macie swojego Kereta

Macie swojego Kereta

15.10.2012
Czyta się kilka minut
Ukraiński poeta i tłumacz Andrij Bondar (ur. 1974) lepszego debiutu prozatorskiego nie mógł sobie wymarzyć.
Fot. BIURO LITERACKIE
N

Nie dość, że „Historie ważne i nieważne” znalazły się w finale Nagrody Angelus, to po wrocławskiej gali pisarz będzie musiał uczestniczyć w prezentacji tego zbioru, który swoją premierę ma właśnie na... Ukrainie.

Wszystko za sprawą Bohdana Zadury, który teksty Bondara przetłumaczył na polski i wydał we wrocławskim Biurze Literackim. Tak więc o mały włos bylibyśmy świadkami bezprecedensowej sytuacji, kiedy w finale nagrody Europy Środkowo-Wschodniej znalazłaby się książka niewydana w ojczyźnie autora. Zupełnie jakby na Ukrainie działał rozbudowany system cenzury, zaś sam pisarz był co najmniej dysydentem. Tak jednak, odpukać, nie jest, ponieważ autor opowiadania publikował (w prasie), a rodzimy wydawca, żeby wyjść z twarzą, pokazując Polakom, że też o swojego poetę dbać potrafi, wydał „Historie...” pod zmienionym tytułem („Marchewkowy lód”), rozszerzając całość o ponad sto miniaturek (w polskiej wersji jest ich dziewięćdziesiąt).

„Historie ważne i nieważne”, choć podział na istotność tekstów jest jak najbardziej zbędny, to krótkie opowiadania dotyczące spraw Bondarowi najbliższych. Nie ma tu wielkich literackich tematów, nie ma polityki. Pisarz woli snuć opowieści o dzieciństwie czy wspominać starych przyjaciół. Warto jednak podkreślić, że siłą książki nie jest dobór tematów, ale sposób, jak w zaledwie 1800 znakach potrafi o nich Bondar opowiedzieć. Nieważne, czy pisarz jest melancholikiem, czy bezlitosnym ironistą. W obu przypadkach okazuje się bystrym obserwatorem rzeczywistości. I, co ciekawe, nie tylko ukraińskiej. W opowiadaniu „Papież”, starając się udowodnić, że Polacy prawdziwą miłością obdarzyli w dziejach tylko Jana Pawła II, pisze: „Juliusza Słowackiego? Nie, ten esteta za bardzo wyprzedził swój czas. Może Józefa Piłsudskiego? Może kochali, ale może bardziej szanowali i się go bali. Witolda Gombrowicza? Tego też się bali i dotąd się boją – prawdomówca zasrany i na dodatek pedał (...). Josepha Conrada? Uciekinier, poszukiwacz przygód, wątpliwy Polak, bo z Berdyczowa (...) Czesława Miłosza? Jeszcze jeden Litwin, chociaż i Polak. Romana Polańskiego? Żyd, pedofil, esteta i jeszcze raz Żyd...”. Przykładów zresztą jest znacznie więcej.

Andrij Bondar doskonale czuje się również w snuciu baśni; niemal surrealistycznych opowieści, jak rozpoczynający zbiór „Szary gołąb”, w którym tytułowy ptak ożywa po tym, jak matka bohatera przyszywa mu głowę do tułowia za pomocą nitki i igły. Innym razem jest wręcz złośliwym prześmiewcą, jak w opowiadaniu „Mój skinhead” (bohater bijący dotkliwie obcokrajowców okazuje się być lekarzem, który sumiennie udziela pobitym pomocy, gdy ci trafiają do szpitala). Twarzy zresztą ma Bondar wiele, bo i okazuje się być na przykład mentorem, kiedy wyjaśnia, czym różni się bandura od bałałajki. Nie da się natomiast ukryć, że w każdym z tych tekstów bliski jest pisarstwu Etgara Kereta. Oczywiście, jeszcze nie tak odważny, ale za to znacznie bardziej nam zrozumiały.

Nie tylko z powodu kulturowej bliskości czy świetnego przekładu Bohdana Zadury, który podobno cierpi na dziwną przypadłość tłumaczenia na polski wszystkiego, co po ukraińsku przeczyta. Stąd podobno na prośbę jednego poety o napisanie krótkiej recenzji jego debiutanckiego tomu, Zadura odpisał: „Recenzji jeszcze nie napisałem, ale wiersze już przełożyłem”. Myślę, że także kultura polska ma na specyficzny humor Bondara niemały wpływ. Dlaczego? Jeśli ktoś w wieku 27 lat przekłada „Ferdydurke” Gombrowicza, później na przykład „Zrób sobie raj” Szczygła czy „Lubiewo” Witkowskiego, nie może rzeczywistości traktować zbyt poważnie. Skąd więc u pisarza w tych wesołych opowieściach tyle smutku? Co prawda w jego translatorskich dokonaniach są również reportaże Tochmana („Jakbyś kamień jadła”), ale to już chyba specyfika Ukraińców, nawet jeśli, jak pisze Bondar, w jego krwi jest 33 proc. krwi polskiej.

Andrij Bondar, „Historie ważne i nieważne”, tłum. Bohdan Zadura, Biuro Literackie, Wrocław 2011

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]