Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Czytać, żeby się obudzić

Czytać, żeby się obudzić

13.05.2013
Czyta się kilka minut
„Bo przecież chodzi o to, żeby następnego dnia obudzić się innym człowiekiem” – mówi o książkach M., arcyczytelniczka, w której podziwiam fantastyczne spotkania ostrego jak brzytwa krytycyzmu z budzącym się raz po raz dziewczęcym zachwytem.
M

Mówi z na pół kpiarskim uśmiechem, bo takich rzeczy nie mówi się całkiem serio, lecz i nie zanadto ironicznie, bo z takich rzeczy nie żartuje się do końca.
Ależ jak najbardziej, ktoś powie, żartuje się, a nawet szydzi, kpi, lekceważy, poniża. Literatura współczesna zajmuje się głównie poniżaniem samej siebie. Zwłaszcza krytyka konserwatywna celuje w takim podejściu.
Otóż nie zgadzam się z tym ani trochę. Szydercy, jeśli są pisarzami zdolnymi do wzbudzenia choćby krztyny uwagi, to w istocie idealiści, zranieni, jak to oni, dotknięci przez być może wyolbrzymione przeczucie swojej nieprzydatności w zmienionym (ale czy aż tak?) świecie, przez myśl, że literatura, nawet literatura, nie jest lekiem na żadną udrękę, z niewiedzą, po co tu jesteśmy, na czele. Biorąc w skrócie: rzekomo realistyczna, rzekomo hedonistyczna (egoistyczna, estetyczna, nihilistyczna – do wyboru) formuła „tylko literatura” to boleściwy wariant formuły „literatura nade wszystko”. Wyznanie niewiary jest wyznaniem wiary, w innym języku, czasami namolnym i nieciekawie niskim, zgryźliwym, do znudzenia sardonicznym, przewidywalnym, nieczęsto porywającym, podobnie jak wyznania w języku po staremu wzniosłym, lecz mimo to skrywającym bezgraniczne urzeczenie pisaniem. Po odejściu bogów i poetów, by nawiązać do Różewicza, nadszedł czas skrywania tęsknot za czymś większym niż przesycona samą sobą normalność. Szyderstwo, które wielokrotnie karcił Jarosław Marek Rymkiewicz, a także na przykład Adam Zagajewski, jest środkiem konspirowania literatury, a nie oznaką jej śmierci.
Tymczasem śmierć poezji ogłosił pewien publicysta zaangażowanego tygodnika „Uważam Rze” (9 marca 2013). Nekrolog podyktowany przez jego bohaterskie besserwisserstwo konstatuje, że poezja skonała w opuszczeniu, gdyż przed mniej więcej trzydziestu laty utraciła chęć i umiejętność zainteresowania kogokolwiek swoim istnieniem. Kiedy dawne uroki przestały działać, zostały jej sztuczki, fałszywe powaby, zgrywa i autopropaganda środowiska „Gazety Wyborczej”. W rezultacie mamy kilka nazwisk przecenionych i więcej nic. Paradoks „przecenionych trupów” zaliczyć trzeba do poetyki pogrzebnej denuncjacji, oczywiście w wydaniu autora przywołanego tekstu, warto (?) za to przyjrzeć się reszcie specyficznego donosu, zaadresowanego do historii literatury. Na czarnej liście znajdujemy Szymborską, Różewicza, Zagajewskiego, Świetlickiego i Podsiadłę. Każdemu z nich przydana zostaje brzydka właściwość (brak talentu jest wśród nich chyba najmniej ważną), a wściekła prawdomówność nie cofa się przed posądzeniem o arogancję. Arogancja, siostrzyczka chamstwa, choć przaśna, świadczy – jak wiadomo – o szczerości serca i mocnym charakterze.
Zarzuty dotyczą „pensjonarskiej egzaltacji”, „robienia wierszy pod” (coś, kogoś), „chłopięcości”, „buntowniczej pozy”, powielenia cudzego patentu na poezję.
Ich domyślnym wspólnym mianownikiem jest niechęć do tego, co rodzime, rozumiane jako suwerenność wobec wszelkich próżności świata tego, niedojrzałość jako odrzucenie historii i odwrócenie się od wspólnoty na rzecz żenująco jałowych doświadczeń jednostki. W tym ostatnim wyspecjalizowali się „brulionowcy”, wymyśleni na początku lat 90., a jakże, przez Adama Michnika i popierani przez mityczny „salon”, zwłaszcza zaś ci, którzy nie powrócili do chrześcijaństwa: „Marcin Świetlicki czy Jacek Podsiadło pozostają dzisiaj 50-latkami w krótkich spodenkach, którzy ciągle piszą wiersze o wódce i papierosach oraz plotą młodym dziennikarkom androny o paleniu zioła. Na pewno zaś nie są projektami na przyszłych noblistów. Jedyne, co można o nich powiedzieć, to stwierdzenie, że swoim sukcesem zepsuli poezję. Oto bowiem od 20 lat kolejne generacje debiutujących twórców nie zajmują się niczym innym jak podrabianiem poetyki »bruLionu«; krytycy ukuli nawet termin »dykcja postbrulionowa«. Takie wiersze zajmują już tylko samych autorów – czytelnicy o poezji współczesnej zapomnieli”.
Nad tym rozpoznaniem można by wzruszyć ramionami, tak jest dziurawe z jednej strony, a z drugiej napompowane upiorną, głęboko pogańską nienawiścią bliźniego swego, lecz odbija się w nim kawałek rzeczywistości, w której ciągle chodzi o to, żeby jutro obudzić się jeszcze bardziej takim samym człowiekiem (czyli Polakiem) jak wczoraj. Spór między potrzebą spotkania „innego” i „takiego samego” w tym, co się czyta – i w sobie – pozostaje bowiem sporem fundamentalnym, tworzącym i niszczącym nie tylko literaturę. Nie muszę zapewniać, że wolę niedojrzałość (niegotowość) Świetlickiego i Podsiadły niż śmiercionośną bezkompromisowość świeżo objawionego zoila.
Małgorzacie, a także Agacie, zawdzięczam, że nie przeoczyłem książki, po której człowiek ma szansę obudzić się kimś innym. „Ślady” Ludwika Heringa ukazały się dwa lata temu, po dziesiątkach lat, kiedy to pamiętali o niej nieliczni. Ledwo trzy krótkie opowiadania lokują się obok najważniejszej prozy na temat okupacji, powstania, Zagłady, przypominają geniusz Borowskiego, a w szerszym planie, z powodu sposobu widzenia i opisu – Zygmunta Haupta. Oko narratora jest tu punktem wyjścia. W czasie teraźniejszym obserwujemy ludzką ciżbę, która stara się wydostać (wypełznąć, przeciec) poza granice obszaru, na którym dzieje się powszechne, bezimienne unicestwienie (zdychanie, zapadanie w ciemność, poza zasięg wzroku). Pedanteria rozgałęzionego zdania kontrastuje z obrazem umierającej masy, rozmazanym niczym krwotoczna plama. Stylistyczna dyscyplina i ekspresja, jakby wyrwana składni, weryzm i, jednak, dochodzące do głosu współodczuwanie. Bo oko jest tu narządem wewnętrznym, podlegającym jak wszystko procesowi zguby. „Zieleniak” kondensuje przeżycia i emocje, niemożliwe do wypowiedzenia, mrozi rozpacz i dla odmiany wybucha trwogą. Opowiadanie tytułowe, o dzieciach, „kotach”, wyruszających na polską stronę w poszukiwaniu jedzenia, to już czysta trauma, a „Meta” – bardziej narracyjna – paraliżuje. Ale rzecz nie polega „jedynie” na przybijaniu czytelnika do muru, który nie ustąpi, lecz na sposobie, w jaki to się odbywa. „Ślady” zmieniają coś w naszej wiedzy o okupacji i Zagładzie, sprawiając, że to, co jakoś, prawda, nauczyliśmy się znosić, na powrót staje się nie do zniesienia.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]