Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zakochany jeniec

Zakochany jeniec

09.12.2012
Czyta się kilka minut
Emmanuel Carrère, Limonow | Prawdziwa historia awanturnika i poety Eduarda Sawienki, nazywanego Limonowem, stałaby się u nas materiałem na biografię albo reportaż. We Francji zrobiono z niej powieść.
W

W tegorocznym finale nagrody Nike fikcję reprezentował jedynie zbiór opowiadań Magdaleny Tulli „Włoskie szpilki”. W wakacyjnym numerze miesięcznika „Znak” zorganizowano debatę „Polska przeprasza za powieść”; zasadnicze pytanie zadane uczestnikom brzmiało: „Dlaczego nie mamy polskiego Pamuka?”. Wszystko to budzi nieodparte poczucie beznadziei. Po lekturze „Limonowa” francuskiego pisarza Emmanuela Carrère’a owo poczucie wzrasta.

Nie chodzi wcale o liczbę francuskich powieści, które w ostatnich latach zdobywają rozgłos nie tylko nad Sekwaną, by wymienić chociażby kontrowersyjne „Windows on the world” Frédérica Beigbedera, jeszcze bardziej kontrowersyjne „Łaskawe” Jonathana Littella czy każde kolejne dzieło Michela Houellebecqa. Wydany właśnie „Limonow” Carrère’a też rozchodzi się jak najlepiej, a prawa do tłumaczeń sprzedano do kilkunastu krajów. Nie mam jednak zamiaru porównywać tutaj rodzimej literatury do literatury francuskiej, zestawienie takie byłoby trochę niepoważne. Problem tkwi gdzie indziej. Autentyczna historia awanturnika i poety Eduarda Sawienki, nazywanego Limonowem (potoczne w rosyjskim określenie granatu ręcznego), stałaby się u nas materiałem na biografię albo reportaż. We Francji zrobiono z niej powieść.

A życie miał Limonow, co tu dużo mówić, imponująco bogate. Urodzony w środku wojny (rok 1943) i wychowany na charkowskiej ulicy syn enkawudzisty marzył tylko o jednym – być poetą jak Josif Brodski, być kimś, kogo pokochaliby niepokorni w ZSRR. Plan był więc prosty: stać się znanym, ale niezależnym pisarzem. Zaskarbić sobie szacunek. Trzymać się z dala od aparatczyków. Być trochę dandysem, trochę chuliganem. Gardzić zaszczytami, splendorami, nagrodami. Żyć w zgodzie z sobą i przyjaciółmi, mieć swoje zasady, nawet jeśli określa je okrutny kodeks ulicy.

Przepis na sukces? Nie do końca, przypomina od pierwszych stron Emmanuel Carrère. Limonow zapomniał o jednym: w parze z ciekawym życiorysem musi iść jeszcze parę innych rzeczy. W pierwszej kolejności talent. Autor nie twierdzi, że Limonowowi go brakowało (co kilkadziesiąt stron znajdujemy w książce krótkie wzmianki na temat jakości poszczególnych jego utworów z jasnym zaznaczeniem, które z nich są najlepsze). Ale głodnemu pochwał i sukcesów Eduardowi nie wystarczyły pochlebne recenzje przyjaciół-literatów i kochanek. On chciał się mierzyć z największymi. Chciał być jak Brodski; nie, chciał być Brodskim! Imponowała mu niezłomna postawa przyszłego noblisty. Więc gdy tylko Brodski został wyrzucony poza granice Kraju Rad za „pasożytnictwo”, Limonow postanowił pójść w jego ślady.

Problem w tym, pisze Carrère, że Eduarda nikt nie chciał wyganiać. Co więcej – o ile Sołżenicyn czy Brodski chcieli zostać w kraju i pisać do końca życia po rosyjsku, a do wyjazdu ich zmuszono, Limonow jedyną szansę widział w ucieczce na mityczny Zachód, o którym czytał tylko w nielegalnie przemyconej prasie.

Po wyjeździe z ZSRR życiorys Limonowa upodabnia się najpierw trochę do amerykańskiej historii Jerzego Kosińskiego. Dalej podziwiał Brodskiego, choć coraz bardziej był wobec niego nieufny. Nie imponowało mu życie akademickiego poety, jak postrzegał autora „Uranii”, wolał sławę i salony. W pierwszych latach obracał się wśród najciekawszych postaci powojennej Ameryki, od Andy’ego Warhola poczynając. Stał się pupilkiem bogatych Rosjan – emigrantów. Wszyscy zachwycali się pięknym chłopcem i jego równie urodziwą żoną Jeleną.

Niestety amerykański sen nie trwa wiecznie i podobnie jak w przypadku Kosińskiego, zaczął się okres upadku. Eduarda opuściła ukochana, pomieszkiwał w najgorszych spelunach, bywał kochankiem czarnoskórych złodziejaszków. W pisaniu widział jedyny ratunek przed najgorszym aspektem tego upadku – zapomnieniem.

Limonow w oczach Carrère’a to człowiek dążący do jednego – do tego, by być kimś, najlepiej największym z żyjących. Autor nie ma wątpliwości: Sawienko to rosyjski Barry Lyndon albo postać z Dostojewskiego. Jest w tym coś więcej: Limonow za wszelką cenę nie chciał być swoim ojcem – tchórzliwym enkawudzistą, który na oczy nie widział wojny. Stąd zapewne decyzja o porzuceniu życia w Paryżu (od lat 80. był już obywatelem tego kraju) i powrocie do Rosji, a potem – wyprawa na wojnę do byłej Jugosławii, gdzie walczył ramię w ramię z serbskimi zbrodniarzami ostrzeliwującymi Sarajewo.

Ale i tu historia się nie kończy. Ironia losu sprawiła, że w nowej Rosji ten nieznośny bękart Sojuszu, który w 1974 roku uciekł na Zachód, zastąpił Sołżenicyna i Brodskiego w roli narodowego wieszcza. Wystarczył powiew kapitalizmu, by Rosjanie poczuli zmianę, która pozwoli im zapomnieć o nudnym staruchu od „Archipelagu GUŁag” – książki czytanej dekadę wcześniej z wypiekami na twarzy. Wystarczyła pogoń za pieniądzem, stanięcie twarzą w twarz z nowym porządkiem i związanymi z nim problemami, by sprowadzić Brodskiego do roli poety akademickiego. Teraz to Limonow ze swoimi kontrowersyjnymi powieściami stał się nowym idolem rosyjskich czytelników – głośnym pisarzem wydawanym za Zachodzie, niepokornym narodowym rewolucjonistą.

Ale „Limonow” to równocześnie opowieść o wiecznie samotnym chłopcu, zamkniętym w pustych mieszkaniach, płaczącym za starymi miłościami, pijącym na umór i masturbującym się w nieskończoność w smrodzie niepranej pościeli. Te fragmenty wypadają zresztą w powieści najlepiej, podobnie jak inne, w których Carrère opowiadając o Eduardzie, mówi też o sobie. Zestawianie ze sobą dwóch całkiem różnych życiorysów kusi go niemal przez całą książkę.

Pisze, że gdy przyjechał do Moskwy jako chłopiec (matka Carrère’a, Hélène Carrère d’Encausse, jest wybitną znawczynią historii Rosji i ZSRR), Limonow już był gwiazdą tamtejszej bohemy. Patrząc na swoje nieznośnie nudne życie dziecka z inteligenckiej francuskiej rodziny, mógł mu tylko zazdrościć, podobnie jak jego przyjaciele, wychowani w ciepłych mieszczańskich domach. Ktoś taki jak Limonow imponował im, kupował ich serca. I tutaj zaczyna się paradoks: Carrère zauważa, że sam zaczyna myśleć trochę jak Eduard, chce stać się tym, kto mu imponuje, chce być postacią-legendą, pornografem i dandysem. Po chwili jednak wraca do historii swojego bohatera spisywanej w paryskim mieszkaniu...

Ten wątek jest znacznie ciekawszy niż suche i znane na ogół fakty dotyczące historii ZSRR, konfliktów w rozpadającej się Jugosławii czy w odradzającej się Rosji – a one wypełniają niestety znaczną część powieści. Właśnie powieści, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze. Skąd to przekonanie o sile fikcji, które w Polsce nie wiadomo kiedy minęło? Przecież gołym okiem widać, że Carrère nie zamierza wymyślać na nowo życia Limonowa. Co więcej, fakty są tutaj jak wycięte wprost z gazet (śmierć Politkowskiej, walka polityczna między Gorbaczowem a Jelcynem, sylwetka Karadžicia...).

Może to zwykła uczciwość? Albo raczej próba wyjścia naprzeciw potencjalnym krytykom, którzy chcieliby oskarżyć pisarza o kłamstwo? Ale przecież powieści takie oskarżenia nie dotyczą! Powieść daje nie tylko swobodę interpretowania faktów z życia bohatera, ale zwyczajnie likwiduje hamulce tak przecież ograniczające reportażystów (przynajmniej tych francuskich), jak Jean Rolin czy Jean Hatzfeld, skądinąd przyjaciele Carrère’a, pojawiający się w „Limonowie” jako znawcy bałkańskiej wojny.

Jednym z okrutnych aspektów ZSRR była – pisze Carrère – niemożność bycia uczciwym, chyba że zostało się męczennikiem. Czy Limonow chciał nim zostać? Tego nie wiemy, ale na pewno chciał grać zbliżoną rolę i nieźle mu się to udawało. Udaje się zresztą do teraz, bo jego historia trwa dalej.

Emmanuel Carrère, Limonow przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon, Kraków 2012, Wydawnictwo Literackie.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]