Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wojna w skali mikro

Wojna w skali mikro

02.07.2012
Czyta się kilka minut
Meller pokazuje, jak tragiczna, ale też jak idiotyczna jest wojna.
W

W ciągu miesiąca Dżamal stracił dziesięcioletniego syna, dwóch kuzynów, no i samochód. Jeszcze parę dni wcześniej ten przemiły facet około sześćdziesiątki zabrał nas na piknik na plażę Al Tuba niedaleko frontu Dafni. Miejsce to stało się dla nas surrealistyczną odskocznią od dramatu miasta. Skakaliśmy na falach, robiliśmy sobie stroje ufoludków ze znalezionych na piachu gadżetów, biegaliśmy po plaży, na której walały się łuski po nabojach, a parę kilometrów dalej słychać było eksplozje rakiet typu Grad. Tymi nowoczesnymi katiuszami armia Kaddafiego próbowała przełamać front i znowu zaatakować Misratę.

– Andreż, czy widać, że nie mam stanika, bo za chwilę mamy przecież iść do meczetu? – pytała wtedy dwudziestoczteroletnia Ruth, przebierając się w suche ubranie.

– Nie, Ruth. Zupełnie nie – skłamałem, patrząc na mokre ślady piersi odciśnięte na T-shircie. – A czy widać, że nie mam majtek? – spytałem, a Ruth zmarszczyła czoło”.

To fragment rozdziału „Misrata Parano”, mojego ulubionego kawałka książki Andrzeja Mellera „Zenga zenga”. Andrzej jako dziennikarz, piszący dla „Tygodnika Powszechnego”, spędził na wojnie w Libii kilka miesięcy. Podoba mi się ten akurat rozdział dlatego, że na przykładzie pracy korespondenta pokazuje, jak idiotyczna jest wojna. Nagle kilkoro młodych ludzi znajduje się w zupełnie absurdalnej sytuacji. Niby pracują, ich zadaniem jest relacjonowanie do najróżniejszych mediów z całego świata koszmaru, który codziennie toczy się na ich oczach. Ciągle słyszą odgłosy toczących się walk (część z nich, korzystając z uprzejmości powstańców libijskich, nawet zapuszcza się na linię frontu). Na ich oczach umierają ludzie, tak inni niż oni sami, ale w tych ekstremalnych warunkach nagle im bliscy. A z drugiej strony wciąż są paczką zachodniaków mieszkających we wspólnym hotelu. Wolni od rodzin, wolni od zobowiązań z tamtego świata; trzymają się ich głupie żarty, tak jakby byli na wakacjach, tylko o wiele bardziej egzotycznych niż te w Indiach czy na Bali.

Meller znakomicie pokazuje tę dwuznaczność. Nie stroni w książce od opisywania scen tragicznych, umierających ludzi, relacji gwałconych kobiet. Nie ukrywa jednak tej drugiej strony wojny, o której mało pisze się w oficjalnych korespondencjach. Ból, śmierć i ludzkie dramaty mieszają się u niego z zabawą i żartem.

Inny, równie śmieszny, ale jednocześnie dojmująco smutny rozdział jego książki opowiada o losach personelu medycznego szpitala w Nalut, w Górach Zachodnich, blisko granicy z Tunezją. Jest tam bułgarski doktor o ksywie „Pizdulej”, są też dwie pielęgniarki z Naddniestrza: Raisa i Tamara. „W ojczyźnie, żeby mieć pracę (za pięćdziesiąt dolarów miesięcznie), najpierw musiały dać łapówkę dyrektorowi szpitala – wyjaśnia Meller. – A tu, w Libii Kaddafiego, zarabiały miesięcznie osiemset dolarów. Tu również, mając pięćdziesiąt lat, kupiły sobie pierwsze samochody i inne dobra”. Gdy wybuchła wojna, Kaddafi przestał płacić pracownikom szpitala, jego rząd miał ważniejsze rzeczy na głowie. Oni nie wyjechali, licząc na to, że jak powstańcy wreszcie przejmą władzę, wypłacą im zaległe pensje. Zajmowali się głównie opatrywaniem rannych cywilów, na których spadały rakiety siedzących w wąwozie za miastem kadafistów. Żeby zabić traumę wojennych przeżyć, wieczorami pili alkohol z rozkradzionych składów celnych.

Minął prawie rok od zabicia Kaddafiego i oficjalnego zakończenia wojny w Libii. Większość dziennikarzy wyjechała z kraju, a dyskusje o przyszłym ustroju i zwalczających się frakcjach w nowym rządzie mniej emocjonują media niż relacje z frontu. Świat przygląda się już innym wojnom i innym śmierciom. Jednak dzięki zebranym przez Mellera kilku prostym historiom – powstańców, libijskich cywilów, zagranicznych pielęgniarek i dziennikarzy – mamy świadectwo, czym była ta wojna w skali mikro.

Andrzej Meller, „Zenga zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki”, Wydawnictwo The Facto, Warszawa 2012.

LUDWIKA WŁODEK jest podróżniczką, dziennikarką „Gazety Wyborczej”, prawnuczką Jarosława Iwaszkiewicza i autorką książki „Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów”. Rozmowę z nią opublikowaliśmy w „TP” nr 26.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]