Klasyka igłą rzeźbiona

Kiedy Pierre Cardin zaproponował Józefowi Turbasie posadę głównego krojczego w Paryżu, odmówił. Może warto było zostać w Krakowie, by zobaczyć uszyty przez siebie frak w Muzeum Collegium Maius. Tuż obok pamiątek po Mikołaju Koperniku.

08.10.2013

Czyta się kilka minut

Jerzy Turbasa w pracowni krawieckiej przy ulicy Gertrudy w Krakowie / Fot. Grażyna Makara
Jerzy Turbasa w pracowni krawieckiej przy ulicy Gertrudy w Krakowie / Fot. Grażyna Makara

Aby zrozumieć, czym był Kraków jeszcze kilkanaście lat temu, trzeba zejść z ulicy Grodzkiej, utopionej w ­otchłani tandety i komercyjno-turystycznego kiczu, wyjść tuż poza ścisłe centrum – wprost na ulicę św. Gertrudy, zawdzięczającą nazwę patronce pobliskiego (dziś już nieistniejącego) „kościoła złoczyńców”, przy którym znajdował się cmentarz skazańców ściętych katowskim mieczem (powieszonym nie przysługiwało prawo do godnego pochówku).

Rząd bogatszych i biedniejszych kamienic, których okna wychodzą wprost na Planty, mniej lub bardziej zadbane oficyny, czasem – witraż z zakładu Żeleńskiego (brata „Boya”) na klatce schodowej. Listonosz plotkujący z właścicielką małego sklepiku przy przystanku tramwajowym. Starsza pani wynosząca karmę dla podwórkowych kotów. Zażywny jegomość („Dziennik Polski” pod pachą, zapewne codziennie od sześćdziesięciu lat, jego ojciec musiał przed wojną kupować „IKC-a”) mocujący się z kluczami do bramy. Żadnych turystów (nie licząc kilkorga starszych Niemców przed hotelem Monopol). Cisza, domowość, stateczność, poczucie ciągłości – słowem kwintesencja starego mieszczaństwa. Choć jeszcze (zapewne niedługo) nie skansen.

PO SĄSIEDZKU

Ludzie, którzy tu mieszkają, zdążyli już wybaczyć Krzysztofowi Pendereckiemu, że ich niegdysiejszemu sąsiadowi zdarzało się trzepać dywan o nieodpowiedniej porze. Zastanawiają się, czy fakt, że „pod dziewiętnastką” przez dwadzieścia cztery lata mieszkał Wojciech Has, zaś „pod osiemnastką” przez trzy i pół roku Roman Polański, jest tylko i wyłącznie kwestią przypadku (to chyba niemożliwe, skoro w 1897 r. „pod szóstką”, w hotelu Kleina, odbyła się jedna z pierwszych polskich projekcji filmowych, zaś do niedawna pod secesyjną „piątką” działało założone w 1912 r. kino „Wanda”). Pamiętają też wydarzenie tragiczne: jednego z sąsiadów, przystojnego mężczyznę o pociągłej twarzy i dokładnie przystrzyżonym wąsie, w kwietniu 1945 r. znaleziono martwego na Plantach, kilkadziesiąt metrów od mieszkania. Narcyz Wiatr „Zawojna”, komendant Batalionów Chłopskich na Śląsk i Małopolskę, został tu zamordowany przez komunistyczne służby bezpieczeństwa.

W tym samym czasie sąsiad „spod czternastki”, Józef Turbasa, siedział w poaustriackim więzieniu św. Michała (dziś mieści się w tym budynku Muzeum Archeologiczne) – żołnierz Armii Krajowej o pseudonimie „Brzoza”, a w dodatku świetny strzelec (przyszły Król Kurkowy), nie mógł spodobać się władzy ludowej.

Nie lubił opowiadać o tym, co wtedy przeżył. Po więzieniu pozostał jednak trwały ślad: mówiąc, od czasu do czasu, zacinał się nerwowo. Postanowił jednak nie poddawać się i zająć czymś, co nie do końca mieściło się w logice nowego ustroju: tradycyjnym rzemiosłem.

Pierwszy zakład krawiecki otworzył w domu. Pod wielkim stołem, na którym leżały wykroje, bawił się mały Jurek, nie wiedząc jeszcze zapewne, że kiedyś, już jako absolwent wydziału architektury Politechniki Krakowskiej, przejmie po ojcu pracownię, markę – i wielkie nożyce krawieckie, które są dziś symbolem rodzinnego zobowiązania. Klienci rekrutowali się początkowo spośród sąsiadów: w 1959 r. świeżo upieczony absolwent krakowskiej Akademii Muzycznej, Krzysztof Penderecki, odbierał pierwsze laury za swoje kompozycje we fraku od Turbasy, sąsiada z tej samej ulicy.

Wieść o talencie krawca szybko się rozchodziła. Bo też, trawestując francuskie powiedzenie, miał „sześć palców u ręki”. Co prawda nie rysował najlepiej, co przydaje się w tym zawodzie, ale widział to, co uchodziło uwadze innych.

Był rzeźbiarzem, architektem i psychologiem w jednym: przecież każdy z nas jest w pewnym sensie bryłą, tym trudniejszą do ogarnięcia, że nie tylko ruchliwą, ale także czującą i myślącą – o czym każdy krawiec pamiętać powinien. Obdarzony niezwykłą wyobraźnią przestrzenną, wyczuciem formy, tekstury i koloru, nie tyle szył, co ubierał. Wiedząc, że oko można oszukać, że każdą niedoskonałość ludzkiej anatomii można ukryć albo wykorzystać do swoich celów. Był świadomy, że dress code ma znaczenie społeczne: określa nie tylko pozycję, ale także charakter, styl życia, ba, nawet poglądy polityczne.

Nie interesowały go jednak ulotne modowe nowinki, ale to, co w klasycznym krawiectwie najtrwalsze: szyk, elegancja, stosowność, jakość. Artystą, który nie zapominał, że jest przede wszystkim rzemieślnikiem. Statuty cechowe przez stulecia karały za brak profesjonalizmu (krawcy z Biecza ustalili w 1590 r., że „każdy, kto nie umie kroju, musi się odkupić przez ofiarowanie czterech czerwieńców złotych”).

ZA ROK, MOŻE DWA

O tym, że stary mistrz miał rację, świadczy całkiem niedawna historia Arkadiusa. Przypomnijmy: w 1999 r. londyński debiut wywodzącego się z maleńkiego Parczewa projektanta mody okazał się światowym sukcesem. Jego niezwykle inteligentnie pomyślane kreacje (przypomnijmy serię inspirowaną chrześcijańską religijnością, pokaz „wiejski”, gdzie modelkom spod bielizny wystawała słoma, wreszcie: kostiumy do warszawskiej inscenizacji „Don Giovanniego” w reżyserii Mariusza Trelińskiego) były tematem numer jeden w wysokonakładowych mediach, znakiem rozpoznawczym gwiazd, obiektem marzeń awangardowej młodzieży z rodzimej „wyższej klasy średniej”. Cóż z tego? Butik, który Arkadius otworzył w Warszawie, doprowadził go do bankructwa. Nie, nie chodziło o to, że jego ubrania były zbyt „niegrzeczne”. Problem polegał na tym, że bardzo niestarannie je uszyto...

Dla Józefa Turbasy rzemieślnicza skrupulatność nie oznaczała zgody na wszystko, co dyktuje klient. Najwyraźniej był bardzo trudnym „zleceniobiorcą”. Nie godził się na każdego, kto chciał u niego coś zamówić. Czasem mówił: „Proszę przyjść za rok, może dwa, jak na razie mam wszystkie terminy zajęte”. Nie wiadomo: chciał po prostu pozbyć się klienta czy też liczył, że ten w końcu dojrzeje do garnituru, smokingu, fraka?

Z jakichś powodów, ku zgrozie syna, Józef Turbasa nie chciał np. szyć dla członków zespołu Skaldowie. W jego garniturach chodzili natomiast Stanisław Lem i Czesław Miłosz, smokingi zamawiali Lucjan Kydryński i Andrzej Wajda. Wybitnemu polskiemu jazzmanowi radził przed laty: „Panie Stańko, pan powinien skomponować sobie szafę” (słowo „skomponować” ma tutaj szczególne znaczenie). Pomny tej rady, muzyk przyjeżdża do Krakowa – teraz już do syna swojego krawieckiego mentora. Najwyraźniej zadowolony, skoro na swojej stronie internetowej pokazuje fotografie, na których ubrany jest w kraciaste, nieco zwariowane, ale niezmiennie szykowne marynarki, które natychmiast przywołują na myśl rytmy i barwy jego jazzowych utworów. Oczywiście od Turbasy.

Wisława Szymborska zaś w felietonie zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej” (później tekst ten znalazł się w książce „Lektury nadobowiązkowe”) pisała: „Naturalnie smoking musi być szyty na miarę. Najlepiej u takiego mistrza, jak zamieszkały w Krakowie pan Józef Turbasa”. Tekst był recenzją książki, którą w 2002 r. opublikował syn i następca mistrza, Jerzy Turbasa. Noblistka doceniła inteligencję, erudycję i błyskotliwy humor „ABC męskiej elegancji”, choć uczciwie przyznawała, że sama woli mężczyzn w typie Alberta Einsteina („porozciągany sweter”), Woody’ego Allena („mocno wymiętoszony luz”) czy naszego rodzimego Jacka Kuronia („jego oczy błagały o litość, gdy ubra no go w marynarkę”). Chyba byłaby zdumiona, gdyby zobaczyła Macieja Szumowskiego, dziennikarza znanego ze swojej opozycyjnej abnegacji, ubranego w prążkowany garnitur od Józefa Turbasy – miał taki „na stanie”.

Ciekawe też, jak Szymborska oceniłaby dopełnienie tamtej książki, podręcznik ubioru dla kobiet Jerzego Turbasy, z którego dowiemy się nie tylko, co, gdzie, kiedy i dlaczego należy ubrać, ale np. skąd się wzięły damskie spodnie albo jakim szokiem okazały się na angielskim dworze jedwabne pończochy ofiarowane królowej Elżbiecie II.

WISŁA ZAMIAST SEKWANY

Choć mogło się zdarzyć, że szanowanej firmy krawieckiej zabrakłoby nad Wisłą. Kiedy Andrzej Wajda po śmierci Federica Felliniego w 1993 r. miał w Akademii Francuskiej zająć jego miejsce, udał się oczywiście do mistrza Turbasy z prośbą o uszycie odpowiedniego fraka. Sprawa nie była prosta, bo protokół wymagał, by strój wiernie odzwierciedlał projekt, który na przełomie XVIII i XIX wieku wykonał wielki francuski malarz Jacques-Louis David. Chyba się udało, skoro po paryskiej uroczystości do polskiego reżysera podszedł „kolega” z sekcji artystycznej Akademii, Pierre Cardin: „Pan musi mieć doskonałego i potwornie drogiego krawca, wszystkie te haftowane palmy to ręczna robota!”.

Francuski projektant był tym bardziej zachwycony, gdy okazało się, że znał nazwisko autora, któremu przed wielu laty, pocztą pantoflową, dowiedziawszy się o talencie zza żelaznej kurtyny, proponował pracę. Natomiast Andrzej Wajda ofiarował frak Muzeum Collegium Maius, gdzie znalazł miejsce obok pamiątek po Mikołaju Koperniku.

Nawet wtedy, gdy Cardin proponował mu nader odpowiedzialną posadę głównego krojczego, Józef Turbasa nie zdecydował się na emigrację. W PRL-u wyjazd oznaczałby zapewne rozstanie z rodziną, przynajmniej na jakiś czas, a to nie mieściło mu się w głowie – lepiej było znosić złośliwości i niedogodności, na jakie narażony był wtedy każdy prywatny przedsiębiorca (nie tylko ze strony władzy, niechętni bywali także zwykli zazdrośnicy). Czasami przybierało to zresztą tragikomiczne formy. Jak wtedy, gdy żona wkładała piękne, karakułowe futro i buty na zgrabnym obcasie tylko po to, by przespacerować się po mieszkaniu. Wyjście w tym stroju na ulicę byłoby zbyt ostentacyjne, podobnie jak zaparkowanie nowego samochodu tuż pod domem...

Jednocześnie przyznać trzeba, że peerelowscy dygnitarze uczyli się doceniać dobre krawiectwo. Przyjeżdżali więc do Krakowa i ustawiali się w kolejce do pracowni przy ulicy św. Gertrudy. I kto by pomyślał, że dobrze skrojony frak może być źródłem małego skandalu dyplomatycznego?

A tak się właśnie stało, gdy Turbasa uszył dwa bardzo podobne garnitury, w dodatku z tego samego (oczywiście angielskiego) materiału – jeden dla ministra spraw zagranicznych, drugi dla któregoś z ambasadorów. Pech chciał, że panowie spotkali się na oficjalnym przyjęciu, gdzieś w Ameryce. Podobieństwo stroju obydwu Polaków wywołało śmiech wśród zachodnich polityków. „Cóż to, czy u was, tak jak w Chinach, wszyscy muszą już chodzić w takich samych mundurkach?”. Zdeprymowani prominenci ściągnęli marynarki, by pokazać metkę krakowskiej pracowni: „Mamy tego samego krawca, i to prywatnego!”.

Wiele lat później, już w wolnej Polsce, Józef Turbasa uratował przed towarzyskim nietaktem Aleksandra Kwaśniewskiego. Kiedy w 1999 r. prezydenccy doradcy od protokołu przekonywali, że na ślubie następcy belgijskiego tronu księcia Filipa z hrabianką Matyldą d’Udekem d’Acoz (spokrewnioną zresztą blisko z Komorowskimi) powinien pojawić się w czarnym fraku, krakowianin z zaciekłością Rejtana dowodził, że jedynym odpowiednim kolorem jest marengo. Polityk odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że nie tylko on, ale niemal wszyscy weselni goście pojawili się na uroczystościach w ciemnych szarościach – napoleońskim marengo...

Z OKIEN „FENIKSA”

Zresztą, nie wiadomo, czy wyjazd z Krakowa dobrze posłużyłby Józefowi Turbasie. To „miasto na niepogodę”, mentalnie istniejące niejako poza PRL-em, przeżywało w latach 1945-89 jeden z najlepszych okresów w swojej historii. Przypomnijmy tylko kilka ważnych podówczas miejsc. „Przekrój” z Marianem Eile, ale także z Barbarą Hoff, która w przaśnych latach 50. wymyśliła, jak uczynić z tenisówek buty eleganckie, wycinając ich środkową część, farbując resztę na czarno i obszywając tasiemką w tym samym kolorze (co było niemal polityczną prowokacją), oraz z Janem Kamyczkiem, czyli Janiną Ipohorską, nauczycielką savoir-vivre’u i autorką wspaniałych bon motów („Jaka to oszczędność czasu: zakochać się od pierwszego wejrzenia”).

Dalej „Helikon”, klub jazzowy, ozdobiony freskami Wiesława Dymnego, w którym rozpoczynali swą muzyczną drogę Komeda i Stańko, Makowicz i Kurylewicz, Karolak i Matuszkiewicz (dziś nie ma po tym miejscu najmniejszego śladu, podobnie zresztą jak po „Przekrojowej” kawiarni „Fafik”). Wydawnictwo Literackie, Krzysztofory, Piwnica pod Baranami... O Znaku i „Tygodniku Powszechnym” nawet nie wspominając.

Miasto w stanie artystyczno-intelektualnej erupcji było domem krawca-artysty-mieszczanina (w ówczesnym Krakowie te trzy słowa nie stały w sprzeczności). Miał stały stolik w „Feniksie”. Tuż przy oknie, z którego widać było linię A–B, tę część Rynku, która miała status krakowskiego corso. Tu zasiadał ze swoimi mistrzami, Kazimierzem Burdą, Franciszkiem Kaflem i Józefem Góralem, krawcami, którzy mogli poszczycić się tym, że ich krakowskie zakłady miały filie jeszcze w CK Wiedniu, oraz z Józefem Aksakiem, członkiem prestiżowej Monachijskiej Akademii Krawieckiej. Bawili się w szczególną grę: podpatrywali przechodniów i oceniając krój płaszcza, zgadywali, u którego z nich spacerujący pod oknami szył ubrania... Każdy na wylot znał styl pozostałych.

Józef Turbasa znajdował przyjaciół także wśród klientów.

Z Maciejem Słomczyńskim zamykał się na długie godziny przy kawie. Nikt nie wie, o czym rozmawiali – może o Szekspirze, może o klasycznym kryminale. Profesorowi Antoniemu Dziatkowiakowi zwierzał się z rozczarowania nowoczesną telewizją. Korzystał też z rady wybitnego krakowskiego kardiochirurga: zamiast przejmować się upadkiem dziennikarstwa, chodził na spacery po Plantach, rozmyślając, jak przywrócić świetność zakładom tkackim w Bielsku-Białej. Pamiętał, że przed wojną hodowano tam merynosy na wełnę, z doświadczenia wiedział też, że w naszym klimacie doskonale sprawdzają się materiały rodem z Wielkiej Brytanii. Wpadł więc na pomysł, by, tak jak kiedyś do Łodzi, sprowadzić do Bielska emerytowanych brytyjskich fachowców, którzy przywróciliby nam sztukę produkcji doskonałych tkanin. Nie udało się. Józef Turbasa zmarł 1 sierpnia 2010 r.

DWIE PIECZĄTKI

Niemal codziennie, jadąc tramwajem linii „8”, mijam jasne i szerokie okna witryny przy św. Gertrudy 15. To tu, na parterze niedaleko mieszkania właścicieli, mieści się od dłuższego czasu obecna siedziba firmy. Warto wejść do środka – by znaleźć się w przestrzeni poza miejscem i czasem, poza zleceniem i zapłatą. Ascetycznej, choć wypełnionej mnóstwem tkanin i sprzętów, znaczeń i podtekstów. Kontemplacyjnej, bo wyznaczonej rytmem ciszy i porządku. Spokojnej, bo stopniowo kumulującej w sobie dni, miesiące, lata.

Nic dziwnego, że krakowska pracownia stała się planem filmowym dla wielu obrazów. Z jednej strony dla „Istnienia”, dokumentu Marcina Koszałki, który poświęcony został ars moriendi, sztuce umierania czy też przedśmiertnym „przygotowaniom” krakowskiego aktora Jerzego Nowaka. Z drugiej zaś dla opowieści o Janie Tyranowskim, krawcu i mistyku, który w dużym stopniu ukształtował duchowość Karola Wojtyły (w reżyserii Magdaleny Siemion).

Konsekwentna trwałość. Józef Turbasa doskonale to rozumiał. Dlatego, kiedy w 1950 r. ulicy św. Gertrudy odebrano tradycyjną nazwę (jej patronem został Ludwik Waryński), nie pofatygował się, by zmienić adres na firmowej pieczątce. Po czterdziestu latach okazało się, że miał rację.

Długo nie trzeba też będzie zmieniać oficjalnej nazwy firmy: „Artystyczna Pracownia Krawiecka J. Turbasa”. Wnuk założyciela firmy (architekt, podobnie jak ojciec) ma na imię Jakub.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka, historyk i krytyk sztuki. Autorka książki „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek” (2005).

Artykuł pochodzi z numeru TP 41/2013