Reklama

Żyję? Żyję! To po co o tym gadać?

Żyję? Żyję! To po co o tym gadać?

24.04.2006
Czyta się kilka minut
Wołodymyr Ljamec: - Z elektrowni wywiozło mnie pogotowie. Byłem półprzytomny. Nigdy nie dowiedziałem się, ile promieniowania wchłonęło przez te trzy dni moje ciało. Dziś Czarnobyl powoli odbiera mi życie.
Na zdjęciach: miasto Prypeć oraz okolice elektrowni w Czarnobylu; mieszkańcy miasta i pobliskich wsi zostali przymusowo wysiedleni w 1986 r.
W

Wasyl Denisenko pracował w 1986 r. jako strażak w Kijowie. W nocy 26 kwietnia 1986 r. dyżurował. Telefon z Czarnobyla zadzwonił po godzinie pierwszej. Męski głos w słuchawce wzywał chaotycznie pomocy. Prosił, żeby strażacy dotarli do elektrowni jądrowej jak najszybciej.

- Śpieszcie się, jest straszny pożar, w środku są jeszcze ludzie. Mogą spłonąć żywcem - usłyszał Denisenko.

Nie wiedział, co się stało. Nikt nie powiedział mu, że wybuchł reaktor, przemilczano też niebezpieczeństwo związane z radioaktywnym promieniowaniem. Myślał, że kolejny raz jedzie gasić pożar, jakich gasił w życiu już setki. Ubrał najzwyklejsze brezentowe ubranie i wyruszył w drogę - strażackim autem - wraz z trzema kolegami.

O tragedii nie mieli też pojęcia mieszkańcy Czarnobyla i okolic. Większość w nocy zwyczajnie spała. Tylko niektórych zastanowiło światło i dym, które dostrzegli z balkonów.

- Moja zmiana tego dnia rozpoczynała się o ósmej rano. Był piękny, słoneczny dzień. O szóstej byłem już na nogach i po śniadaniu. Poszedłem na autobus, specjalnie wcześniej, bo mieliśmy zwyczaj plotkować na przystanku - opowiada Anatolij Koljadin, który przed tragedią czuwał nad sprawnością urządzeń czwartego, feralnego reaktora: - Na przystanku panowała prawdziwa wrzawa. Ludzie się przekrzykiwali. Usłyszałem, jeszcze z oddali, że w elektrowni był jakiś wybuch. Nikt jednak nie znał szczegółów. Pojechaliśmy do pracy.

Szybciutko sprzątamy

W Prypeci, miasteczku graniczącym z Czarnobylem, mieszkała Ludmiła Zakrzewska, młoda pracownica elektrowni. W sobotę 26 kwietnia miała wolne, postanowiła pójść na targ. Miejscowy bazar był atrakcją. Zjeżdżali się handlarze nie tylko z okolicznych wiosek, ale nawet z samej stolicy. W wypakowanych samochodach przywozili towar, którego brakowało w sklepach. Jedzenie, ubrania, buty. Wyprawa na targ była niczym święto. Zakrzewska wyszła z domu we wspaniałym nastroju. Zbliżał się przecież Pierwszy Maja. Chciała kupić do jedzenia coś lepszego. Szybko jednak dobry nastrój zastąpił niepokój.

- Na ulicach roiło się od milicjantów. Chodniki polewano jakąś gęstą, białą pianą. Trochę mnie to zdziwiło, ale kiedy pytałam, dlaczego to robią, odpowiadano, że to rutynowe oczyszczanie miasta. Na targu było pusto. Ni żywego ducha. Prypeć była już wtedy odcięta od świata - wspomina Zakrzewska. - Poszłam zrobić zakupy do sklepu. Stojąc w ogonku usłyszałam, że w elektrowni był jakiś straszny wybuch i że są ofiary.

Zakrzewska nie wierzyła. O niczym nie mówiło się oficjalnie, więc to nie mogła być prawda. Nie chciała wierzyć. I nie chodziło tylko o niebezpieczeństwo, lecz także o ideały. Przecież jej, radzieckiego człowieka, władza nie mogła tak po prostu narazić. Pomyślała, że to jakieś sensacyjne plotki.

Informacja o tragedii dotarła do Kijowa jeszcze później. Na przełomie kwietnia i maja wszyscy zaczęli nagle mówić o wybuchu, plotki się mnożyły. Władza nabrała wody w usta. Należało milczeć, ponieważ Pierwszego Maja radzieccy ludzie mieli wyjść na ulice Kijowa w pochodzie. I wyszli. Chreszczatykiem ciągnął tłum świętujący dzień pracy. W taki sposób Związek Radziecki chciał pokazać światu, że wszystko jest dobrze, nie ma powodu do zmartwień. Podobno partyjne władze w Kijowie zwróciły się do Moskwy z prośbą o odwołanie imprezy, ale Kreml odmówił. W tym samym czasie w szpitalach umierały pierwsze ofiary Czarnobyla.

Igor Maliszewski, dziennikarz i scenarzysta mieszkający w stolicy, miał znajomego w ministerstwie energetyki. Wykręcił jego numer i zapytał wprost: "Boria, powiedz proszę, czy tam, w Czarnobylu, coś się stało?".

Boria trochę wcześniej wypił, więc odpowiedział, bełkocząc: - "No pierdolnęło nam, ale już szybciutko sprzątamy".

Poświata

Denisenko wraz z trzyosobową załogą byli pierwszymi strażakami ze stolicy, którzy dotarli do elektrowni. Zaczynało świtać, była czwarta rano. Nie było już dużego płomienia. Mocny ogień, który objął reaktor zaraz po eksplozji, zagasili miejscowi strażacy. Kilku z nich umrze za parę dni na chorobę popromienną. Paru stało jeszcze na dachu reaktora i polewało go wodą, bo ten wciąż jednak się tlił. Dym gryzł w oczy. Denisenko obserwował unoszący się nad reaktorem słup dziwnego, kolorowego światła. Czym jaśniej się robiło, tym bledsze stawało się światło, ale nocami widoczne jeszcze będzie ono przez szereg dni. Nie było wątpliwości: promieniowanie jest bardzo wysokie.

Przez kilka godzin słychać było sygnały karetek pogotowia. Wywoziły poparzonych i zatrutych radioaktywnym promieniowaniem strażaków i pracowników elektrowni. Wkrótce trafią oni, przetransportowani w helikopterach, do szpitala w Moskwie. W pierwszych dniach maja sześciu z nich umrze.

Kierowca autobusu, w którym jechał Anatolij Kol-jadin, po przybyciu do elektrowni zrobił jeszcze nadprogramową rundkę wokół zburzonego czwartego bloku, zatrzymał się i wysadził pasażerów obok stert gruzu. Milczał.

- Widok reaktora zrazu odebrał nam mowę. Zdjęcia, które poznał świat, zrobiono już później, gdy teren sprzątano, a reaktor zasypywano piaskiem - wspomina Koljadin. - Tego pierwszego widoku nie umiem opisać, ale też nie potrafię go zapomnieć. Czasem jeszcze przychodzi do mnie we śnie. Gruz ze zburzonej ściany walał się wszędzie, część bloku, którego wybuch nie zniszczył, była przechylona, jakby się miała zawalić. Wszędzie rozerwane przewody, z reaktora wypływała skażona już promieniowaniem woda, którą wcześniej gaszono pożar. Stąpaliśmy po radioaktywnym, czarnym graficie. Wiedzieliśmy, jak jest niebezpiecznie. Gdy już odzyskaliśmy mowę, staliśmy tak jeszcze chwilę i każdy na głos zastanawiał się, co się stało.

Ważny był efekt

Blok drugi elektrowni mimo tragedii nie przerwał pracy i wytwarzał energię.

- Do pracy dojechałem wpół do ósmej. Dopiero na miejscu dowiedziałem się, co się stało tamtej nocy. Że straszny wybuch, pożar, że ludzie są w szpitalu. Pobiegłem pod czwarty blok. Jeszcze się dymił, dogaszali pożar. Widać było, jak promieniuje strumieniem niebieskiego światła - wspomina Wołodymyr Ljamec.

W bloku drugim, gdzie pracował, wyłączono wentylację. Było duszno. Ciepło, w głowie zaczynało pulsować. Czerwone lampki, informujące o poziomie promieniowania przekraczającym normę, paliły się. W takich warunkach można było wytrzymać zaledwie parę godzin. Robiło się słabo.

- Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało, i w to, co ukazało się moim oczom. Stąpałem po zburzonym reaktorze i nie docierało do mnie, że tego żelbetonowego kolosa mógł zmieść wybuch. Jaką on musiał mieć siłę! Gdybym nie widział tego na własne oczy, tylko słyszał z opowieści, w życiu nie dałbym wiary - opowiada Denisenko.

Wiedział o czwartym reaktorze więcej niż inni strażacy. Pracował nad jego projektem. To właśnie m.in. jego podpis zatwierdził oddanie czwartego bloku do eksploatacji: - Odpowiadałem za przeciwpożarowe bezpieczeństwo reaktora. Mogę dziś powiedzieć szczerze, w tej kwestii spełniał on wymogi nie w 100, lecz w 95 proc.

- I podpisał Pan zgodę na oddanie go do użytku? - pytamy.

- Podpisałem. Jak nie ja, to zrobiłby to kto inny. Żyliśmy w wielkim Związku Radzieckim, budowało się wtedy szybko i dużo. Ważny był potężny socjalistyczny efekt. I inni podpisywali, choć wiedzieli, że reaktor ma niedociągnięcia.

Zapach promieniowania

Koljadin i jego przyjaciele ze zmiany usłyszeli polecenie: mają zostać na miejscu tragedii i usuwać skutki awarii. Nie otrzymali żadnej odzieży ochronnej. Wyjęli z metalowych szafek, stojących rzędem na korytarzu, białe bawełniane kostiumy - te, w których pracowali codziennie - i ubrali się w nie. Wydano im tylko mocowane na gumce maseczki zakrywające twarz (tzw. namordniki). I jeszcze usłyszeli instrukcję: kiedy ubranie się ubrudzi, należy natychmiast poprosić o nowe i przebrać się.

Polewali reaktor wodą, usuwali gruz. Potem okazało się, że wody jest już tyle, że trzeba ją szybko wypompowywać. Następnym etapem było już sypanie piasku.

- Szliśmy korytarzem stworzonym z częściowo zburzonych ścian reaktora, wystawały pourywane przewody, kable. Mnóstwo gruzu. Ciemno, ledwie paliło się awaryjne światło, pokazując nam drogę. Chlupała woda. A my przygarbieni, schyleni, przepychaliśmy się do przodu. Starałem się latami wypchnąć z pamięci te wspomnienia, żeby zamiast nich zostały tylko czarne dziury, ale nie udało mi się - opowiada Koljadin.

W powietrzu czuć było zapach ozonu. Mocny, świeży, jak po burzy. Likwidatorzy wiedzieli: tak pachnie promieniowanie. Wspominali, jak podczas pracy w elektrowni tylko na chwilę wchodzili do pomieszczenia, z którego steruje się pracą reaktora. Tam właśnie pachniało ozonem. Dlatego zamykane było szczelnie na pancerne drzwi, takie same jak w łodziach podwodnych.

Koljadin usuwał skutki tragedii przez pierwsze trzy dni. Po kilku godzinach spędzonych w sąsiedztwie czwartego reaktora zaczynała go boleć głowa. Przy każdym pochyleniu czuł, jak w skroniach pulsuje olbrzymie ciśnienie. Robiło się słabo.

- Najgorsze były noce. Wracałem do domu, ciągnęło mnie na wymioty. Aż w końcu zaczynałem strasznie wymiotować. Organizm był wycieńczony, zupełnie odwodniony. Dzieci się bały, płakały. Żona chwytała za słuchawkę i już dzwoniła po karetkę - wspomina Koljadin. - Wyjmowałem jej słuchawkę z ręki. I na drugi dzień szedłem do pracy, niestety o wiele już słabszy.

Wołodymyr Ljamec dwa dni przepracował na drugim bloku, koordynując jego funkcjonowanie, w trzeci dzień usuwał skutki tragedii. Na miejscu zemdlał, ale nie stracił świadomości. Wszystko, co działo się dookoła, dochodziło do niego, ale głosy były jakieś dziwne, kolory rozmazane.

Ljamec: - To było paskudne uczucie. Niemoc. Chciało się wymiotować. Głowa odpadała z tętniącego bólu.

- Pewnego razu na reaktorze usiadła wrona. Siedziała, siedziała i nic. Jak wytrzymywała to promieniowanie, nie mam pojęcia - mówi strażak Denisenko.

We wspomnieniach wielu likwidatorów powtarza się ta sama opowieść. O młodych chłopcach, wojskowych, których wysyłano na dach reaktora, by łopatami strącali kawałki radioaktywnego paliwa.

Koljadin: ­- Ich oficer ukrywał się za betonową ścianą. Oni wbiegali na reaktor, wykonywali zadanie i w drodze powrotnej dostawali od pułkownika papier z pochwałą i banknot. Jak oni musieli zostać napromieniowani, wie tylko jeden Pan Bóg. Nigdy się nie dowiemy, ilu z nich przeżyło.

- Ustalono, że w bezpośrednim sąsiedztwie reaktora można było być jakieś dwie minuty - to kilka machnięć łopatą. Tyle że samo wyjście na dach po drabinie trwało wielokrotnie dłużej - mówi Denisenko.

Dobre pieniądze, które wypłacano likwidatorom za pracę w skażonym terenie, w całym Związku Radzieckim nosiły miano smiertnych dieneg.

Nikt nie wie, jakie dawki odebrali likwidatorzy awarii w pierwszych dniach po wybuchu. Poziom promieniowania zależał od miejsca przebywania i nawet kilkanaście metrów robiło ogromną różnicę. Ponadto dysponowano miernikami mającymi już nawet kilkadziesiąt lat.

Do Kijowa Ljamec dotarł z Czarnobyla w karetce pogotowia. Położono go w szpitalu. Analizy krwi, kroplówka, natychmiastowa decyzja lekarzy o transfuzji krwi. Do Czarnobyla, jak i swojego domu w Prypeci, nie wrócił już nigdy.

Legitymacja partyjna

Ludmiła Zakrzewska wróciła z zakupów. Jej sąsiedzi, również jak ona inżynierowie energetyki, siedzieli przed domem na schodach. Powiedzieli krótko: - Luda, to prawda, co mówią ludzie. Wybuchł reaktor. Tam już likwidują skutki tragedii.

W dniu tragedii życie w Prypeci toczyło się swoim normalnym rytmem. Świeciło piękne, wiosenne słońce, ludzie wyszli na spacery, maluchy bawiły się w piaskownicach. Tego dnia w Prypeci zawarto siedem ślubów.

Niepokój budziła liczba wozów opancerzonych, ale mundurowi mieli rozkaz milczeć. Dla niepoznaki nie dano im nawet odzieży ochronnej.

Wieczorem po dwudziestej po domach roznoszono tabletki jodu. Ludzi dziwiło, że pukają tak późno, nawet po północy, wszyscy zaczęli już podejrzewać, że coś jednak musiało się stać. Że ot tak by nie chodzili.

Zakrzewska całą noc przesiedziała na schodach.

I myślała "jak mnie, radzieckiego człowieka, moje państwo może tak oszukiwać, narażać na śmiertelne niebezpieczeństwo moje maleńkie dzieci?".

Zakrzewska: - Byliśmy ludźmi tamtych czasów. Wierzyliśmy w dobro partii, w wiodącą rolę komunizmu. Wychował mnie komsomoł.

W Prypeci nie działały telefony, telegrafy, stanęła komunikacja. Miasto było odizolowane od świata. Zakrzewska była w domu sama z dwoma synami (jeden miał dwa lata, drugi cztery). Mąż wyjechał do Czernihowa pomagać matce w pracach polowych. Czuła strach, ale też złość. Uczona na lekcjach propagandy, że żyje w państwie, które zawsze się o nią zatroszczy, zawsze pomoże, nagle została zupełnie sama. Czekała, jak inni, że może jeszcze ktoś do nich przyjdzie z wiarygodną informacją, z pomocą. Nie doczekała się.

- Mieliśmy szczęście, że nasz dom stał na samej granicy Prypeci. Po katastrofie nie docierał tu ukraiński transport, ale przejeżdżały tędy autobusy jadące na Białoruś - wspomina Zakrzewska. - Ubrałam swoje ulubione czerwone palto, ugotowałam jajka na twardo, zabrałam dokumenty, wzięłam dzieci swoje i sąsiadów i wsiadłam do tego autobusu.

Już na Białorusi Zakrzewska nadała mężowi telegram, zaadresowany do Czernihowa. Wiedziała, że jeśli napisze prawdę, że wybuchł reaktor, żeby mąż za nic w świecie nie wracał do Prypeci, telegram nigdzie nie dojdzie. Napisała więc lakonicznie: "Czekaj na nas u mamy. Pod żadnym pozorem nie wracaj do domu". I ruszyła dalej w drogę.

W domu teściowej Zakrzewska natychmiast wykąpała dzieci i sama wyszorowała się w wannie, jakby chciała zmyć z siebie promieniowanie. Poprosiła rodzinę o nowe ubrania. Stare rzeczy wyrzuciła do śmieci. Zostawiła tylko ukochane czerwone palto. Nigdy już, jak tysiące rodzin, do Prypeci nie wróciła. Wrócił za to jej mąż. Do domu wszedł tylko po swoją legitymację partyjną. Była dla niego taka cenna. Wierzył w komunizm. Ludmiła, ze łzami w oczach, błagała go, żeby dobrowolnie nie zgłaszał się jako likwidator, krzyczała: "nie jedź tam, na co ty się narażasz, przecież to śmierć". On odpowiedział krótko i spokojnie: "Kto, jeśli nie ja". I wyszedł z domu. Pojechał do Czarnobyla. Zakrzewska do dziś nie wie, co dokładnie mąż robił jako likwidator. Nigdy nie pytała. Mówi, że gdyby wiedziała, bałaby się jeszcze bardziej.

Zakrzewscy zostali bez dachu nad głową. Ludmiła zabrała dzieci i wyjechała do brata, na Syberię. Czekała, aż ten koszmar się skończy i będzie mogła wrócić na Ukrainę, choć nie wiedziała jeszcze gdzie. Czasem tylko słyszała w radio, że mówią o Czarnobylu.

W Kijowie szybko wybuchła panika. Ludzie nie wiedzieli jeszcze, co się stało, ale bali się najgorszego: radioaktywnego wybuchu. Chcieli uciekać jak najdalej od Czarnobyla, Kijów leżał przecież tak blisko miejsca awarii. Igor Maliszewski też nie chciał, żeby jego żona i córki zostały w stolicy. Poszedł na dworzec sprawdzić, dokąd jeszcze można kupić bilety. Było tylko kilka wolnych miejsc na pociąg do Gruzji.

- Taki szał na dworcu widziałem tylko dwa razy w życiu, wtedy i w dzieciństwie podczas wojny w 1941 r. Ludzie się tratowali przed kasami. Kolejny problem był z wyciągnięciem pieniędzy z banku.

Maliszewski ustawił się w ogonku spanikowanych ludzi. Każdy wyciągał oszczędności w obawie, że przepadną. Poprosił o wypłatę pieniędzy na bilet. Gotówki w banku już nie było. Znajoma kasjerka poradziła mu, żeby przyszedł po południu, ale do głównego oddziału banku przy ul. Chreszczatyk. Zdobył pieniądze, kupił bilety. Najgorsze miejsca w całym pociągu. Wagon platzkarta (jeden duży przedział, ciasno obok siebie ok. 70 łóżek), łóżka boczne.

Larysa Maliszewska, żona scenarzysty, do dziś, wspominając chwilę pożegnania, nie może pow-strzymać łez: - Stałam w oknie pociągu z dziewczynkami. A on po drugiej stronie, na peronie. Miał zupełnie zmienioną twarz. Śmiertelnie bał się, że to rozstanie już na zawsze, że stanie się coś strasznego i nigdy już nas nie zobaczy. Miałam wrażenie, że coś przede mną ukrywa.

Maliszewski: - To prawda, wiedziałem więcej. Miałem wpływowych znajomych, którzy powiedzieli mi, że lada chwila może nastąpić radioaktywny wybuch. Oni już dawno wywieźli swoich bliskich. Więc i ja żegnałem się z Larysą, bojąc się, że na zawsze.

Białe plamy

Kilkuzdaniowa informacja o tragedii w Czarnobylu pojawiła się w numerze "Sowieckiej Ukrainy" z datą 29 kwietnia. Notatka wydrukowana z boku jest ledwie zauważalna przy obszernym tekście na temat ukraińsko-mongolskiej przyjaźni. Tego samego dnia na czołówce "The New York Times" opublikował obszerną analizę katastrofy, która miała miejsce na oddalonej o tysiące kilometrów Ukrainie.

Na Ukrainie o Czarnobylu po prostu nie można było mówić oficjalnie. Tego, co miało miejsce, nie nazywano katastrofą, tragedią, tylko awarią. Nie podawano żadnych danych. O promieniowaniu - jeśli w ogóle wspominano - to tylko używając określenia "jest w normie". Nie podawano cyfr. Nic więc dziwnego, że do kin, w których wyświetlano pierwszy film o Czarnobylu, ludzie pchali się drzwiami i oknami. Wierzyli, że na ekranie zobaczą prawdę.

- Ja się do tego nie pchałem, miałem inną robotę. Ale zająłem się filmem, bo poprosił mnie o to Wołodia Szewczenko, mój najlepszy przyjaciel. Kręcił film o Czarnobylu, potrzebował scenarzysty - wspomina Maliszewski, który przyjechał na miejsce tragedii jesienią, gdy niebezpieczeństwo było już mniejsze. Lato tego roku było słoneczne. Pogoda dopisywała nawet we wrześniu. Więc pracowało się przyjemnie. Tylko zrazu po wjeździe na teren zony Maliszewskiego zaczynała boleć głowa.

- Promieniowanie to wróg niewidoczny. Ja jednak chciałem go w jakiś sposób widzom pokazać. Zauważyłem, że taśma filmowa niszczy się od działania promieni. Na dużym ekranie widać, że miejscami jest cała w białe plamy. Wystarczyło tylko dodać komentarz. "Oto promieniowanie, nie widać go, nie ma smaku, ale taki zostawia ślad". Dla dodatkowego efektu włączyliśmy licznik Geigera, który pracował tam bardzo głośno - opowiada Maliszewski.

Wołodia chciał dać ludziom informację. Jeżdżenie do przeklętej zony dawało mu adrenalinę. Chciał zrobić dobry dokument. Pracował dniem i nocą. Na pamięć znał wszystkie korytarze czwartego bloku. Docierał z kamerą, gdzie tylko można było.

- Wołodia zawsze mówił: "stary, cierpieć trzeba", kiedy się z nim nie zgadzałem, na przykład co do tego, że noc służy do spania, a nie do ślęczenia w studio montażowym. Lubił swoją pracę. Nie wiedział, że odbierze mu ona życie - wspomina kolegę Maliszewski.

Dopiero po śmierci Wołodii Maliszewski znalazł pomiędzy kartkami jego pamiętnika zaświadczenie. W jego organizmie wykryto śmiertelną dawkę promieni.

Podczas montowania filmu Wołodia czuł się z każdym dniem gorzej. Mógł pracować, gdy temperatura ciała nie przekraczała 38 stopni. Ale słupek w termometrze coraz rzadziej schodził poniżej tego poziomu. Wołodia nawet w szpitalu nie odrywał się od pracy. Na nocnej szafce kładł dokumenty związane z filmem. Jakby wyrok, który sam wydał na siebie, leżał w pisemnej formie tuż koło jego głowy. Jesienią film był skończony. Jednak władze powiedziały: "Nigdy tego nie pokażecie".

Chodziło o to, że na taśmie nie jest utrwalony sarkofag - konstrukcja, która miała pokryć zburzoną część reaktora (planowano zakończyć jego budowę w grudniu). Władza chciała, by film kończył się właśnie zdjęciami sarkofagu - dowodu na sprawność i umiejętność ZSRR w radzeniu sobie z tragediami.

Obraz cenzura wciąż kaleczyła, kazała np. słowa "katastrofa" zamieniać na "awaria".

- Sam już nie zliczę, ile razy przyszło nam go pokazywać przed premierą. Cenzura wojenna, cenzura zwykła, ludzie odpowiadający za informację w ministerstwie energetyki, główna cenzura ZSRR. Każdy coś usuwał. Miało być poprawnie. Wołodia umierał, a oni kaleczyli ten film, jego ukochane dziecko - opowiada Maliszewski. Lista cenzorskich ingerencji wyniosła 154 poprawki.

W filmie jest mowa o osiedlach, opustoszałych po ewakuacji, i komentarz: "tego lata w Kijowie, Homlu (Białoruś) i Mińsku nie było słychać śmiechu dzieci". Cenzor zadał Maliszewskiemu krótkie pytanie: - A wy gdzie słyszeli, że w Homlu jest jakiekolwiek promieniowanie? Usunąć to!

Maliszewski: - Więc usunąłem, jak wiele innych rzeczy. Serce bolało, tym bardziej że robiłem to własnymi rękami. Ale mieliśmy do wyboru: nie pokazać filmu wcale lub pokazać pocięty. Woleliśmy to drugie. Tym bardziej że Wołodia z każdym dniem miał się gorzej. Chcieliśmy, żeby doczekał premiery. I udało się, zmarł dwa dni po. Kiedy na premierze przyszło mi rozmawiać z widzami, ci patrzyli na mnie, jakby mieli przed sobą największego wroga. Że to niby ja skrywałem całą tę informację, a oni żyli w Kijowie podtruwani promieniowaniem i pozbawieni prawdy. Koszula na plecach robiła mi się coraz bardziej mokra. Przemknęła mi przez głowę myśl: "ładną my mamy w kraju głastnost' i pierestrojkę". Przecież nawet sam Gorbaczow do strefy nigdy nie dotarł, tylko wysłał delegację. A i z Wołodią obeszli się po jego śmierci niesmacznie. Kiedy zrozpaczona żona szukała prawdy o jego śmierci i wskazywała na pracę w Czarnobylu, odpowiedzieli jej "my mamy, towarzyszko, dowody, że on do onkologa chodził jeszcze wcześniej". Na pamiątkę nie została nawet kamera Wołodii. Była tak napromieniowana, że kazano ją zakopać. Za to nagrody, jakie potem dostał film, władze chętnie zatrzymały.

Byliśmy elitą

Lata 70. poprzedniego stulecia: do Czarnobyla i okolicznych miasteczek zjeżdżają pracować młodzi ludzie, dopiero zaczynający dorosłe życie. Budująca się elektrownia atomowa potrzebowała specjalistów. Ściągali więc z całego Związku Radzieckiego. Z dalekiej Syberii, Krasnojarska, Tomska, Białorusi, absolwenci Politechniki z pięknie położonej Odessy. W samej Prypeci w chwili wybuchu mieszkało 56 tys. ludzi.

Koljadin: - Przyjechaliśmy z żoną z dwoma walizkami. W nich spakowaliśmy całe swoje życie, licząc, że tu zbudujemy nowe. Urodziły nam się dzieci, dostaliśmy mieszkanie.

Latem wieczorami na ulicach Prypeci było gwarno. Ludzie żyli razem, spotykali się przed domami, blokami, rozmawiali. Umawiali się na imprezy. To było bardzo młode miasto. Było dużo maleńkich dzieci.

- Kochaliśmy tę pracę. Fascynowała mnie elektrownia. Byłem starszym inżynierem zarządzającym turbiną, ale chciałem się cały czas kształcić. Przed wybuchem przeżyłem najpiękniejsze lata życia. Urodziło mi się dwóch synków. A w lasach, jakie tam były wspaniałe grzyby, jakie ryby w rzece! Tamten dobry czas już nigdy nie wrócił - wspomina Ljamec.

Miasta wokół elektrowni rosły jak grzyby po deszczu. Praca w elektrowni była prestiżowa. Dostawali ją tylko najlepsi.

- Otrzymywałem 320 rubli. Jak na Ukrainę to były naprawdę dobre pieniądze. Żona pracowała w szkole muzycznej. Kochała to, dzieci w tych rejonach miały talent. Kupowaliśmy sobie meble, urządzaliśmy się, jak to młode małżeństwo - mówi Koljadin.

- Byłam taka szczęśliwa, kiedy jako inżyniera energetyki zatrudniono mnie w elektrowni. Mój mąż, z takim samym wykształceniem, pracował przy budowie kolejnych bloków. Nie czuliśmy żadnych niebezpieczeństw. Przyjechaliśmy tam spędzić najpiękniejsze lata. Aż przyszedł 26 kwietnia. Jak mówią u nas: "póki piorun nie trzaśnie, człowiek się nie przeżegna" - wspomina Zakrzewska.

Mieszkańcy Prypeci i innych miasteczek zbudowanych w sąsiedztwie elektrowni opuszczali swoje domy w przekonaniu, że za trzy dni do nich wrócą. Zostawiali w nich całe swoje życie. Zabierali tylko dokumenty, prowiant na drogę. Wierzyli radiowym komunikatom, że poziom promieniowania nie przekracza dopuszczalnej normy. Nie wiedzieli, że żegnają się na zawsze. Strefę - 30 km od miejsca tragedii - otoczył kolczasty drut. Do zakazanej, skażonej ziemi wraca się tylko wspominając młodość. Najpiękniejszy czas.

Zakrzewska: - W Kijowie dano nam mieszkanie. Nie cieszyliśmy się, wprowadzaliśmy się z trudem. Przecież ktoś wcześniej na to mieszkanie czekał. Mieliśmy swoje szczęście budować na cudzym nieszczęściu...

Dzieci przesiedlone z okolic elektrowni miały prawo do dodatkowych posiłków w szkole. Syn Zakrzewskiej odmawiał. Nie chciał być inny od reszty. Czarnobylec, gorszy, zakażony. Wielu mieszkańców Kijowa - zwłaszcza tych, którzy latami czekali na mieszkanie - niechętnie odnosiło się do przesiedleńców.

- Bo bywało i tak, że ludzie bali się, że i my jesteśmy zakażeni. Że promieniujemy, że tym się można zarazić. Musiałam dzieciom tłumaczyć, że nie są gorsze od innych - tłumaczy Zakrzewska. - Nam tylko raz mierzyli w nowym mieszkaniu poziom promieniowania. Wszystko było czyste. Licznik wykazał radioaktywność zbliżając się do mojego ukochanego czerwonego palta, w którym uciekałam z Prypeci. Pocięłam go nożyczkami na kawałki, zapakowałam do plastikowego worka, zawiązałam i wyrzuciłam do śmieci. To była ostatnia rzecz, jaką mieliśmy w domu stamtąd...

W Kijowie wybudowano kilka osiedli dla przesiedleńców z Czarnobyla i jego okolic. Ludzie znów stali się sąsiadami.

- Ma to swoje dobre strony. Jesteśmy razem, nie dyskryminują nas. Ale pod oknami zbyt często przechodzi karawan i gra żałobna orkiestra - mówi Koljadin.

Cichy zabójca

Wołodymir Ljamec nosi wpięty w klapę marynarki znaczek zasłużonego pracownika energetyki. Dostał go już po czarnobylskiej tragedii.

- To moja największa duma. Całe życie przepracowałem w tym fachu. Żaden wybuch nie zmieni moich poglądów. Energia atomowa jest wspaniała i potrzebna ludziom do życia - pan Wołodymyr nie stracił w wiary w atom.

- W 1986 r. dawali mi III grupę inwalidzką, ale odmówiłem podpisania papierów z komisji. Gdzie by mnie wzięli do pracy z takim orzeczeniem? - mówi Ljamec. - A tak znalazłem pracę jako inżynier. Projektowałem reaktory. Wybudowali je potem w Zaporożu, w Chmielnickim. Wspaniałe są, takie mocne.

Panu Wołodomyrowi lekarze postawili 25 diagnoz. Tylko na kilka dni pozwala mu się opuścić szpital i oderwać od plątaniny kroplówek. Ciągłe transfuzje krwi podtrzymują go przy życiu.

O Czarnobylu mówią najchętniej ci, którzy nie brali bezpośrednio udziału w likwidacji tragedii - ogólna liczba osób pracująca nad likwidacją skutków awarii idzie w tysiące. Wielu nigdy nie widziało Czarnobyla, ale żarliwie walczy o przywileje. A ludzie, którzy przeżyli to radioaktywne piekło, wolą milczeć o swoich kłopotach zdrowotnych. Jak Denisenko. On także prosto z Czarnobyla trafił do szpitala.

- Po co o tym gadać. Żyję? Żyję! Nie będę się o swoje prawa upominać. Wiem, co usłyszę w kolejnym urzędzie, szpitalu: my tam pana nie posyłaliśmy ­- opowiada Denisenko. - Niech wam wystarczy, że jestem inwalidą II grupy.

Denisenko przyjaźnił się z legendarnym strażakiem Leonidem Tielatnikowem, który jako szef zakładowej straży pożarnej pierwszy brał udział w gaszeniu czarnobylskiego pożaru. Wspomina go jako dobrego, skromnego człowieka. Nie szukał poklasku, nie chciał być bohaterem. Kiedy prezydent Kuczma przyznawał mu kolejne odznaczenie, odmawiał przyjęcia, jeśli wraz z nim nie odznaczano jego załogi. Denisenko wspomina Tielatnikowa, ponieważ ten już nie żyje. Zmarł w ubiegłym roku: - Do końca nie chciał wierzyć, że to rak szczęki. Narzekał tylko, że ma słabe zęby. Że ciągle musi chodzić do dentysty, że nikt nie może mu pomóc. Jeździł na operacje nawet do Niemiec. Pod koniec życia pił tylko przecierane soki. Może na chwilę przed śmiercią doszło do niego, że zabija go Czarnobyl.

Ludmiła Zakrzewska razem z mężem marzyła, że będą mieć córeczkę. Mają dwóch synów, kolejna miała być dziewczynka. Nie zdecydowali się jednak na dziecko. Bali się, że urodzi się chore. Nie chcieli skazać go na nieszczęście.

Zakrzewska: - Dzieci z Czarnobyla obowiązują okresowe badania w specjalnej przychodni. To był za każdym razem dla mnie koszmar. Do którego gabinetu nie zajrzysz, tam szlochające matki i straszne diagnozy. I moi synowie mieli złe wyniki badań. Drżałam za każdym razem, kiedy pobierano im krew. Bałam się, że usłyszę najgorsze.

Koljadin: - Po tragedii dbałem o rodzinę, jak mogłem. Brałem połowę pensji, szedłem do restauracji i kupowałem, po mocno zawyżonej cenie, słój kawioru. Musieli się odżywiać. Sam też jadłem. Było mi coraz gorzej.

Koljadinowi po tragedii zaczęła schodzić skóra z nóg, jedna warstwa po drugiej. Nie mógł chodzić, każdy ruch nóg paraliżował przeraźliwy ból.

- Mam dni lepsze i gorsze. Jestem inwalidą. Nie kupiłem sobie swojej II grupy, nie dostałem dzięki znajomościom. Oczywiście, że boję się śmierci. Boję się, że moja córka urodzi mi chore wnuki, ale po co myśleć o tym wszystkim. Takie myśli często wypowiadane jeszcze się zmaterializują - opowiada Koljadin.

Przyjaciel Maliszewskiego, Wołodia, umarł przekonany, że przyczyną jego choroby są papierosy.

- Gdy lekarze rozcięli ciało Wołodii, to tylko popatrzyli do środka i wszystko z powrotem zaszyli. Została tylko wielka czerwona pręga od chirurgicznego cięcia - wspomina Maliszewski.

Maliszewski odwiedził chorego przyjaciela w szpitalu. To były ostatnie dni Wołodii. Ledwie wydobywał z siebie głos. Pod poduszką trzymał kadry z filmu kręconego w Czarnobylu. Uniósł szpitalną koszulę do góry, pokazał Maliszewskiemu bliznę i zapytał: "A ty cały czas palisz?". Kiedy w odpowiedzi usłyszał tylko zdawkowe "tak", dodał: "Rzucaj to świństwo, bo skończysz jak ja". Wołodia zmarł na raka płuc.

Czarnobyl był cichym zabójcą. Ludzie nie umierali pod elektrownią, tylko w szpitalach.

Nic strasznego

Wielkim problemem likwidatorów i osób przesiedlonych był brak moralnego wsparcia, poczucie oszukania, zostawienia samym sobie. Bo kto w Związku Radzieckim słyszał np. o pomocy psychologa?

- Dawali nam ulgi na przejazdy komunikacją miejską, mogliśmy kupować bez kolejki, załatwiali sanatorium. Tu państwo pomogło. Ale do terapeutów nie wysyłało. Ludzie wracali do normalnej rzeczywistości, jednak o tym wszystkim, co przeżyli i widzieli, nie mogli zapomnieć. Sięgali po wódkę. Kiedy umierali, już jako alkoholicy, nikt nie szukał przyczyn w Czarnobylu. Mówiło się: "schlał się i zdechł". Takich ofiar tragedii w elektrowni ostatnie raporty minimalizujące straty nie uwzględniają.

Zakrzewska: - Nas z Prypeci wysiedlono 57 tysięcy. Są imienne listy wysiedleńców. Dlaczego nikt nie sprawdzi, ilu z nas żyje?

Strach, który poznało się w Czarnobylu, pozostaje już na całe zawsze. Ludzie opuścili swoje domy i mieszkania, zostawili w nich część życia. Swoją młodość. Ze skażonej ziemi odeszło życie. Na miejscu pięknego iglastego lasu wyrósł ryży las. Dla niektórych tęsknota za utraconym jest tak silna, że mimo zakazów powracają do swoich domów. Nie chcą być obcy, chcą być u siebie. Zakrzewska polubiła Kijów, tak jak lubiła Czarnobyl. Razem z innymi wysiedlonymi matkami założyła fundację "Dzieci Czarnobyla". Nie pomogło państwo. O fundusze walczyły same za granicą.

- Każde uratowane dziecko to nasz sukces. Bo do nas przychodzą dzieci, którym ukraińscy lekarze już nie mogą pomóc, ze względu na skromne fundusze naszego resortu zdrowia. Wysyłamy ich na operacje do Niemiec, Włoch.

Ljamec: - Wiem, że umieram, ale nie żałuję, że te trzy dni po katastrofie byłem w elektrowni, że pomagałem usuwać skutki tragedii. To był mój zawodowy obowiązek. Dziś młodzi ludzie podkuliliby ogony i uciekli, wykrzykując: "to nie moja sprawa". A wtedy my wiedzieliśmy, że to jest nasza sprawa. Że trzeba zostać. Nie było wśród nas nikogo, kto chciałby uciekać.

Strażak Denisenko nie lubi kontaktów z dziennikarzami. "Po co wy tu przychodzicie, czego szukacie?".

- Chciałbym, żeby tematem zajął się jakiś porządny pismak, ale ukraiński. Dałbym mu wtedy całą teczkę mojej korespondencji z różnymi urzędami, w której proszę o pomoc dla likwidatorów. Wszyscy mi odmawiają. Odpowiedni paragraf zawsze się znajdzie, żeby napisać, że pomóc się nie da, i jest to w dodatku zgodne z prawem - mówi Denisenko.

Choć pełen goryczy, wciąż pracuje w straży. Nie wyjeżdża już gasić pożarów. Prowadzi szkolenia. To dla niego "piękny zawód". Marzył o nim jeszcze jako dziecko i Czarnobyl nie przekonał go, że wierzyć nie należało.

Koljadin, który dziś prowadzi gazetę zajmującą się tematyką Czarnobyla, jest człowiekiem wierzącym, nigdy nie był komunistą. Mówi, że zna trochę historię i wie, co wyprawiała partia komunistyczna. Ale o Czarnobylu mówi, jakby czytał wykład z podręcznika ideologii: - Dokonaliśmy wielkiego, kolektywnego czynu bohaterskiego.

Niestety po chwili Koljadin dodaje z rozżaleniem: - Tylko teraz wszyscy czekają, aż zdechniemy i skończy się temat. Minęło już 20 lat, ludzie mają dość Czarnobyla. Historię próbuje się wybielać, że niby nie stało się nic strasznego. Że ludzie chorowaliby i tak, bez wybuchu reaktora.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]