Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zanim powstała Dolinka Katyńska

Zanim powstała Dolinka Katyńska

22.09.2007
Czyta się kilka minut
Zanim jeszcze na warszawskich Powązkach powstała tzw. Dolinka Katyńska - miejsce, gdzie w ostatnich latach istnienia PRL otwarcie już, choć nadal wbrew władzom, czczono pamięć zamordowanych - warszawiacy podejmowali liczne próby upamiętnienia zbrodni. Nawet te najskromniejsze, wywoływały gwałtowne reakcje władz.
"

"Siła, z jaką chciano za komunizmu wymazać różne sprawy z pamięci - pisze historyk Marcin Kula w książce "Między przeszłością a przyszłością. O pamięci, zapominaniu i przewidywaniu" (wyd. 2004) - dobitnie świadczyła o tym, jak dobrze je w gruncie rzeczy pamiętano". Do takich spraw należało kłamstwo katyńskie. Kłamstwo, bo władze sowieckie próbowały przerzucić na Niemców winę za mord. Po odkryciu w 1943 r. śladów zbrodni, podjęte przez rząd w Londynie starania dotarcia do prawdy stały się dla Sowietów pretekstem do zerwania stosunków dyplomatycznych i dyskredytowania legalnych władz Polski. W ZSRR odbyły się nawet sfingowane procesy, podczas których za Katyń skazano kilkudziesięciu Niemców (wobec kilku orzeczono i wykonano wyroki śmierci). Na wniosek strony sowieckiej sprawa Katynia poruszona została także w czasie Procesu Norymberskiego, ale w świetle przedstawionych dowodów nie udało się podtrzymać oskarżenia.

W powojennej Polsce podległe komunistom środki przekazu powtarzały sowiecką tezę. Opozycjonista Jan Lityński powiedział kiedyś, że kłamstwo katyńskie stało się jednym z filarów legitymizujących nową władzę. Stąd traktowane było jak dogmat, na straży którego stała cenzura, wsparta działaniami propagandowymi struktur partii i administracji oraz możliwościami zastraszenia i represji resortów siłowych, przede wszystkim UB, a później SB.

Odwagi i determinacji wymagały nawet takie działania, jak odnotowane w aktach UB wystosowanie w 1950 r. przez grupę kobiet prośby do prezydenta Bieruta o wstawiennictwo i spowodowanie wypuszczenia ich mężów z ZSRR. Nie wiedziały, dlaczego nie wracają, ani nawet, czy żyją. Z czasem sprawa Katynia objęta została całkowitym zapisem cenzorskim. Ustanawiając zmowę milczenia, starano się ją wymazać z pamięci społecznej. Wystarczyło jednak uparte trwanie nielicznych nawet świadków historii, by proces indoktrynacji okazał się zjawiskiem płytkim.

Początki

Niektórzy początków symbolicznego upamiętnienia ofiar Katynia na Cmentarzu Powązkowskim doszukują się w poczynaniach Melchiora Wańkowicza po jego powrocie z emigracji. Miał wtedy, odwiedzając pomnik AK ("Gloria Victis") i groby powstańców z 1944 r., zapalić w pobliżu znicz w intencji polskich oficerów tam zamordowanych. Mówiono również, że taka była intencja władz kościelnych, aby wokół pomnika pozostawić wolną przestrzeń. Dziś raczej decyzję taką skłonni byśmy interpretować inaczej: by ludzie mieli gdzie się spotykać, gromadzić i manifestować wierność ideałom tych, co tu spoczęli. Tak czy inaczej: wyłoniło się miejsce - jedno z pierwszych w kraju - wykorzystywane dla uczczenia ofiar Katynia.

Po wojnie pamięć o tej zbrodni i pamięć Powstania Warszawskiego splatały się. Było to efektem presji propagandy, wrzucającej oba tragiczne wydarzenia do wspólnego worka, poddanego napiętnowaniu. Ton nadawały teksty działaczy partyjnych, jak ten Zenona Kliszki zamieszczony pod pseudonimem w "Odrodzeniu" wkrótce po kapitulacji Powstania, w październiku 1944 r.: "Już pierwsze dni powstania zdemaskowały właściwe zamierzenia reakcyjnych inicjatorów. Dowództwo AK nastawiło się na krótkotrwałość akcji powstańczej, ponieważ chodziło o opanowanie Warszawy po opuszczeniu jej przez Niemców, a przed wkroczeniem Armii Czerwonej i Wojska Polskiego. Gdyby ten manewr się udał, reakcja polska zyskałaby atut, którym wygrałby Mikołajczyk w rozmowach moskiewskich. Ale takie założenia gry politycznej są założeniami zupełnych bankrutów politycznych, którzy nic nie mając do stracenia, szafują życiem setek tysięcy ludzi".

Dalej, odpierając zarzuty pozostawienia Warszawy bez pomocy oraz wezwania do bojkotu PKWN, Kliszko stwierdził: "Zbieżność reakcyjnej propagandy z propagandą goebbelsowską była zadziwiająca. Jak wiemy, ta współpraca ideologiczna hitlerowców z reakcją polską miała swoje tradycje... Najjaskrawiej wystąpiła w sprawie katyńskiej".

Społeczeństwo odpowiadało ulotkami, pisanymi najczęściej pod wpływem emocji, poczucia bezsiły i wynikającej z tego złości, zapowiadającymi odpłatę "za mord katyński i zburzoną Warszawę".

Drewniany krzyż

Po 1956 r. ludzie w Polsce nabrali większej odwagi. Aż doszło do wydarzeń z 1959 r.

2 listopada w godzinach rannych robotnicy pracujący na Cmentarzu Powązkowskim zauważyli symboliczny grób, wykonany na trawniku obok pomnika "Gloria Victis": w ziemię wetknięty był niewielki drewniany krzyż, na którym zawieszono tabliczkę z napisem: "Symboliczny grób 12 000 oficerów polskich zamordowanych w Katyniu. Byli Polakami, zginęli na ziemi obcej z rąk okrutnego wroga. Należy im się pamięć i cześć".

Grób wzbudzał duże zainteresowanie, ludzie składali kwiaty, palili znicze. Dlatego zlikwidowano go dopiero wieczorem, po zaalarmowaniu i ściągnięciu na cmentarz patrolu wojskowego z Komendy Garnizonu oraz MO. Najpierw zdjęto tabliczkę, a dopiero późnym wieczorem, prawdopodobnie gdy nie było już świadków, zlikwidowano symboliczny grób i, jak to określili w meldunku funkcjonariusze, "uporządkowano" teren. W międzyczasie milicjanci aresztowali przypadkowego mężczyznę: głośno komentował wydarzenie i mówił, że sprawcą mordu w Katyniu był Stalin.

Następnego dnia tajny meldunek opisujący wydarzenie przesłany został w trzy miejsca: do wicedyrektora Gabinetu Ministra Spraw Wewnętrznych, do dyrektora Departamentu III (do walki z przeciwnikami ustroju) MSW i do pierwszego sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR. Natychmiast też SB rozpoczęła śledztwo. Tabliczkę z napisem skierowano do laboratorium kryminalistyki w celu sprawdzenia, czy nie ma odcisków linii papilarnych. Zwrócono się do Wydziału "W" (zajmującego się kontrolą listów), by przechwycił wszystkie listy zawierające wzmianki o Katyniu. Uruchomiono też agenturę.

Zebrany materiał nie dał esbekom odpowiedzi, kto był autorem symbolicznej mogiły. Informacja konfidenta o pseudonimie "333" potwierdziła jedynie, że wydarzenie rozeszło się szerokim echem w środowisku byłych akowców oraz (jak określono w dokumencie) byłych oficerów sanacyjnych.

O wadze, jaką SB przykładała do śledztwa, może świadczyć, że wcześniej, 4 grudnia, opracowany został tzw. "Plan przedsięwzięć operacyjnych do sprawy agenturalno-śledczej", której nadano kryptonim "Powązki", a dopiero dzień później dopełniono wszystkich formalności i wniesiono o założenie wspomnianej sprawy. Plan przewidywał m.in. współpracę z innym zespołem SB, który prowadził sprawę przeciw nieznanym organizatorom Mszy za poległych w Katyniu, a także dokonanie analizy dotychczas zebranych materiałów Biura "W" pod kątem ukazujących się od 1956 r. zawiadomień o uroczystościach upamiętniających ofiary Katynia.

Śledztwo w całym kraju

W tych dniach SB przechwyciła list, napisany przez wnuczkę imieniem Jagoda do jej babci Bronisławy Bobrowskiej z Krakowa. Funkcjonariuszy zainteresował następujący fragment: "We Wszystkich Świętych byliśmy oczywiście na Powązkach i na Cmentarzu Wojskowym. Co roku więcej świateł na grobach z [19] 20 roku. A na klombie obok pomnika AK kartka przez kogoś położona: symboliczny grób 12 000 oficerów polskich zamordowanych w Katyniu - w koło tłum osób i świateł moc".

O wadze znaleziska może świadczyć sposób powiadomienia o nim przełożonych: "Ściśle tajne. Zastępca Naczelnika Wydziału III Komendy MO Służby Bezpieczeństwa m. st. Warszawy. Do rąk własnych. W sekretariacie nie otwierać!". Natychmiast uruchomiono pracowników SB w Krakowie. Po sprawdzeniu okazało się jednak, że wnuczka Jagoda nie była autorką symbolicznego grobu na Powązkach.

Inny ślad prowadził do środowisk kombatanckich byłych powstańców. Konfident o pseudonimie "Szczery" doniósł w końcu listopada: "W związku z otrzymanym zadaniem, dotyczącym [sprawy] złożenia wieńca za poległych w Katyniu na Powązkach, według moich przypuszczeń, posądziłem o współudział zgrup [owanie] BAONU KILIŃSKI, wiadomo mi o tym, że zgrupowanie wymienione było bardzo aktywne w exscesach [pisownia oryginalna - red.] przeciwko Związkowi Radzieckiemu, tak w latach okupacji jak i po wyzwoleniu. Byłem u kolegi »Płoza« [-] Stanisław Otocki sierżant instr [uktor] Baonu Kiliński oraz aktywny żołnierz w powstaniu warszawskim. W rozmowie z nim dowiedziałem się, że na Wszystkich Świętych Bat [alion] Kilińskiego aktywny był na Powązkach oraz składał kwiaty i wieńce".

Ostatnia informacja, jaką udało się SB uzyskać, pochodziła od wywiadowcy Kazimierza P. Prowadzący sprawę funkcjonariusz zapisał: "W rozmowie tej ustaliłem, że ob. P [...] przebywając na cmentarzu wojskowym na Powązkach w dn. 1 listopada 1959 około godz. 11.30 zauważył, idąc boczną aleją obok kwatery głównej AK, jak nieznana niewiasta była nachylona nad klombem kwiatów obok kwatery AK i coś robiła... Przebywał jeszcze przez pewien okres czasu w rejonie symbolicznego grobu i widział przez cały czas grupujących się ludzi, lecz każdy czytał tylko tablicę i nie komentował powyższego faktu".

Jak wynika z ostatniego dokumentu, osoby odwiedzające Powązki przez dwa dni (1 i 2 listopada 1959 r.) mogły oglądać symboliczną mogiłę pomordowanych w Katyniu. Mimo skromności, musiała robić na nich duże wrażenie.

Rok 1960

Rok później sytuacja się powtórzyła. 30 października 1960 r. w tej samej części cmentarza znaleziono 12 ulotek. Napisane ręcznie; zawierały prostą treść: "Modlitwa za poległych w Katyniu" oraz "Za poległych w Katyniu". Inna, umieszczona nieopodal na pomniku pułkownika Legionów, brzmiała: "Polacy, w dniu Święta Zmarłych nie mamy prawa zapomnieć 12 000 oficerów polskich zamordowanych w Katyniu". Część ulotek zebrał osobiście obecny akurat na Powązkach gen. Stefan Orliński [przedwojenny oficer, po 1945 r w Ludowym Wojsku Polskim; w latach 1959-63 komendant garnizonu Warszawy - red.] i przekazał do Komendy Garnizonu. Pozostałe dyskretnie usunęli esbecy.

Pojawienie się ulotek skojarzono oczywiście z symbolicznym grobem sprzed roku i cmentarz objęto obserwacją. 1 listopada jeden z wywiadowców zauważył, że napisy na tekturce wykonywała starsza kobieta. Kilka innych kontaktowało się z nią, a starszy mężczyzna robił zdjęcia. Esbecy wylegitymowali go i odebrali kliszę z aparatu. Wtedy kobiety zorientowały się, że są śledzone. Nie chcąc się zdradzić, esbecy dopiero poza cmentarzem skorzystali z pomocy napotkanych funkcjonariuszy mundurowych i wylegitymowali dwie z nich. Pierwszą była Izabella Sarnecka. Okazała się jedną z tych kobiet, które kilka lat wcześniej wystosowały prośbę do Bieruta o wyjaśnienie losów ich mężów, wziętych do niewoli przez Armię Czerwoną w 1939 r. Drugą była Ludwika Dymecka, mieszkanka Łodzi. To ona była autorką ulotek.

Dymecka została zatrzymana. Zachowało się złożone przez nią pisemne oświadczenie: "Z Łodzi wyjechałam w Dniu Wszystkich Świętych o godz. 8.45 do Warszawy na Powązki Cywilne [na grób] do siostry Anny Tyszkowskiej i na Powązki [cmentarz] Wojskowy na grób gen. Wilka [Aleksander Krzyżanowski, ps. "Wilk", komendant Okręgu Wileńskiego AK, zmarł w więzieniu mokotowskim w 1951 r. - red.], jako były członek AK i bliska znajoma. Oprócz tych grobów złożyłam wiązankę kwiatów i zapaliłam świecę za poległych w Katyniu. Przy wiązance położyłam kartkę Modlitwa za poległych w Katyniu. Im więcej modlitwy, tem lepiej. Bóg modlitwy ludzi wysłucha i lepiej im będzie na tamtym świecie niż tym. W ubiegłym roku położyłam krzyż na klombie i zapaliłam świece i na tekturce napisałam to samo: Modlitwa za poległych w Katyniu, ciesząc się, że mogę położyć kwiaty i modlić się tak jak przy grobie męża, który był w Kozielsku i nie wrócił... Tabliczkę w celofanie widziałam, lecz nie wiem, kto ją tam położył".

"Zaginął na Wschodzie"

Po przesłuchaniu prowadzący śledztwo esbek sporządził notatkę. Można z niej poznać dramatyczne losy Dymeckiej: nauczycielka, w 1934 r. wyszła za Wojciecha Dymeckiego, oficera WP, i odtąd była na jego utrzymaniu (długo chorowała na płuca). Po wybuchu wojny Dymecki zaginął na Wschodzie. W 1941 r. żona z córką przeniosły się z Brześcia do Wilna, do rodziny męża. Tam utrzymywała się z pracy fizycznej; trafiła do AK. W 1945 r. w ramach repatriacji wyjechała do Łodzi.

Dodajmy to, czego esbek nie odnotował: rocznik oficerski 1939 wymienia kpt. Wojciecha Wojsława Dymeckiego, dowódcę plutonu łączności 4. Batalionu Pancernego w Brześciu nad Bugiem (R. Rybka, K. Stepan, "Rocznik oficerski 1939. Stan na dzień 23 marca 1939", wyd. 2006). Lista katyńska wymienia go natomiast jako oficera 84. pułku piechoty.

Życiorys jak wiele innych, pisanych przez wdowy samotnie utrzymujące i wychowujące dzieci, targane sprzecznymi informacjami o losach mężów.

Tym razem SB nie zdecydowała się na skierowanie sprawy do prokuratora. Uznano, że jej ból i działanie są "objawem choroby psychicznej". 15 listopada 1960 r. wydano postanowienie o zakończeniu sprawy i przekazaniu dokumentów do archiwum. Teczka miała być zachowana przez 10 lat. Jednak już w grudniu 1965 roku zapadła decyzja, by ją zachować. Powód wyjaśniał wpis na okładce: "Na skutek powtarzających się faktów organizowania symbolicznego grobu".

W tym czasie regularnie już - albo w rocznicę zbrodni, albo 1 sierpnia lub też 17 września bądź 1 listopada - w okolicy pomnika "Gloria Victis" na Powązkach pojawiały się dowody, że są Polacy, którzy pamiętają o zabitych przez Sowietów. 1 sierpnia 1979 r. ponownie pojawił się drewniany krzyż, szybko zdjęty przez SB.

31 lipca 1981 r., w czasie 16 miesięcy pierwszej "Solidarności", postawiono na tym miejscu (w tajemnicy przed władzami) prawdziwy pomnik, mierzący blisko 4 metry i ważący 8 ton. Miał dwa napisy: "Katyń" i "1940". Kilka godzin później, nocą, pomnik zniknął: wywieziony i rozebrany przez SB.

Ale ugruntowała się sława Dolinki Katyńskiej na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, jako miejsca pamięci o poległych na Wschodzie.

Jacek Zygmunt Sawicki (ur. w 1957 r.) jest historykiem i filmowcem-dokumentalistą. Pracownik IPN, autor lub redaktor publikacji o AK, Powstaniu Warszawskim i PRL, m.in. "»Obroża« w konspiracji i Powstaniu Warszawskim. Dzieje Armii Krajowej na przedpolu Warszawy" (wyd. 1990 i 2002), "Aresztowane powstanie" (2004), "Powstanie Warszawskie. Antologia tekstów nieobecnych" (2004), "Bitwa o prawdę" (o pamięci o Powstaniu Warszawskim w czasach PRL; wyd. 2005).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]