Reklama

Widziane z drugiej strony

Widziane z drugiej strony

27.05.2019
Czyta się kilka minut
Z jakimi nadziejami i oczekiwaniami obóz rządzący w PRL podjął rozmowy z Solidarnością? I co z tego na koniec wyszło?
Wojciech Jaruzelski wkrótce po tym, jak Zgromadzenie Narodowe wybrało go na prezydenta PRL. Warszawa, sala sejmowa, 19 lipca 1989 r. CHRIS NIEDENTHAL / GETTY IMAGES
J

Jesienią 1989 r. w „Tygodniku Solidarność” ukazał się głośny artykuł Jadwigi Staniszkis, sugerujący, że za zmianami w Polsce i innych krajach bloku sowieckiego stoi antykryzysowe centrum powołane przez KGB.

Od tego też czasu datuje się trwający po dziś dzień i raczej niemożliwy do ostatecznego rozstrzygnięcia spór: w jakim stopniu to, co wydarzyło się w Polsce w roku 1989, pomiędzy lutym (początek obrad Okrągłego Stołu w Polsce) a wrześniem (powstanie rządu Tadeusza Mazowieckiego), było procesem spontanicznym, a w jakim zostało wyreżyserowane przez ludzi z komunistycznego obozu władzy.

Memoriały i sondowania

Dokumenty, ujawniane stopniowo po upadku rządów komunistycznych, dostarczyły szeregu argumentów zwolennikom tezy, że przełom ustrojowy, jakiego byliśmy świadkami w 1989 r., został wcześniej – przynajmniej do pewnego stopnia – nie tylko przemyślany, ale i zwerbalizowany w formie pisemnej. Oto kilka przykładów.

Wiosną 1988 r. – już po wygaśnięciu słabej wiosennej fali strajków (w czym decydującą rolę odegrała brutalna pacyfikacja protestu w Hucie im. Lenina), które to strajki zostały uznane za dowód słabości opozycji i siły ekipy Jaruzelskiego – jej eksponowany reprezentant Stanisław Ciosek zaczął formułować daleko idące propozycje reform politycznych. 3 czerwca 1988 r., w rozmowie z dyrektorem Biura Prasowego Episkopatu ks. Alojzym Orszulikiem, w następujący sposób charakteryzował zamierzenia władz: „Jest rozważana idea powołania Senatu lub izby wyższej parlamentu. W Sejmie koalicja rządząca zachowałaby 60-65 proc. miejsc. Natomiast w Senacie byłoby odwrotnie. Senat miałby prawo wnioskowania, aby kontrowersyjne decyzje Sejmu ponownie poddać pod głosowanie, przy czym powinny one wtedy uzyskać większość 2/3 głosów. (...) Ciosek powiedział, że sytuacja wymaga rozważenia możliwości powołania rządu koalicyjnego z udziałem opozycji. Obecny skład rządu nie rokuje wyprowadzenia kraju z kryzysu”.

Sześć tygodni później – podczas spotkania 21 lipca 1988 r. – Ciosek zaproponował z kolei Andrzejowi Stelmachowskiemu, doradcy Wałęsy związanemu z Episkopatem, „powstanie partii chrześcijańskiej, która mogłaby otrzymać nawet 40 proc. mandatów” oraz „rzucił w rozmowie ­projekt powołania Wałęsy na przewodniczącego Senatu”.

Ten sam Ciosek, wraz z Jerzym Urbanem i wiceministrem spraw wewnętrznych Władysławem Pożogą, pisał w memoriale dla gen. Jaruzelskiego na początku sierpnia 1988 r., tuż przed drugą w tym roku falą strajków: „proponujemy powierzyć fotel premiera bezpartyjnemu przedstawicielowi umiarkowanej opozycji (...). Nasuwający się kandydat: Witold Trzeciakowski. Proponujemy powołać dwóch tylko wicepremierów, obu z PZPR (...). Sądzimy, że w tym rządzie cztery teki można powierzyć umiarkowanej opozycji: pracy i polityki społecznej, budownictwa, rynku wewnętrznego i zdrowia”.

A zatem na rok przed powstaniem rządu Mazowieckiego ludzie z najbliższego otoczenia Jaruzelskiego kreślili scenariusze pozornie zbliżone do rzeczywistego biegu późniejszych wydarzeń. Zresztą nie tylko oni, bowiem 22 sierpnia 1988 r. Jacek Kuroń przedstawił płk. Janowi Lesiakowi z Departamentu III MSW trzyetapowy projekt reform politycznych. Rozpocząć je miała zgoda ekipy Jaruzelskiego na legalizację Solidarności – w zamian za wygaszenie przez Wałęsę drugiej fali strajków – po czym miały nastąpić rozmowy między przedstawicielami władzy i opozycji w sprawie „autentycznej reformy ekonomicznej”, prowadzące z kolei do „powstania rządu fachowców”.

Generał szuka rozwiązania

Czy jednak powyższe cytaty rzeczywiście dowodzą, że latem 1988 r. scenariusz transformacji był już gotowy, a role, jakie mieli w nim do odegrania poszczególni aktorzy, rozdzielone przez tajemniczego reżysera? I kto właściwie miałby być owym reżyserem: sowiecki przywódca Michaił Gorbaczow, KGB, a może Jaruzelski, w którego ręku skupiona była aż do czerwca 1989 r. większość realnej władzy w Polsce?

Problem w tym, że Gorbaczow i uznające (przynajmniej częściowo) jego zwierzchnictwo KGB w tym czasie nie panowali już do końca nad sytuacją w samym Związku Sowieckim, gdzie po trzech latach pierestrojki i głasnosti zaczęły się ujawniać – zwłaszcza na Kaukazie i w krajach bałtyckich – silne ruchy niepodległościowe.

Nie znaczy to, że Moskwa nie była w stanie wpływać na to, co dzieje się nad Wisłą. Ale dokumenty z prywatnego archiwum Gorbaczowa wskazują, że Kreml był zainteresowany głównie zmianą zasad wymiany handlowej z PRL (przejście na rozliczenia w dolarach) oraz reformami gospodarczymi, a w sferze politycznej utrzymaniem spokoju społecznego. W tej perspektywie większy problem stanowili dla Gorbaczowa komunistyczni dogmatycy, kwestionujący sens pierestrojki, a rządzący wówczas Czechosłowacją czy NRD, niż ekipa Jaruzelskiego. Szczególnie od momentu, gdy ostatecznie zdecydowała się ona na rozpoczęcie rekomendowanych przez Kreml reform.

Jaruzelski – jak wynika z jego licznych wypowiedzi – od lata 1988 r. miotał się między wyrażeniem zgody na rozmowy Okrągłego Stołu a gorączkowymi poszukiwaniami innego rozwiązania, które powstrzymać mogło pogarszanie się nastrojów społecznych, potwierdzane przez kolejne sondaże (i strajki).

Pokusa chińskiej drogi

Wśród tych rozwiązań najważniejsze stało się utworzenie rządu Mieczysława Rakowskiego, który jesienią 1988 r. otrzymał od Jaruzelskiego zielone światło dla – pierwszych w dziejach PRL – radykalnych reform gospodarczych.

„Jednym słowem, towarzysze, powtórzmy za naszym chińskim przyjacielem: kot biały czy czarny, ważne, żeby łowił myszy. Chodzi o to, żebyśmy mogli te myszy łowić, i żeby sprawy szły do przodu bez naruszenia podstawowych zasad, które nie mogą zostać zniweczone” – mówił Jaruzelski wiosną 1988 r. członkom kierownictwa PZPR.

Problem tkwił w tym, że w przeciwieństwie do Deng Xiaopinga, na którego powoływał się Jaruzelski, jego pole manewru było znacznie skromniejsze. O ile bowiem chiński przywódca mógł sobie pozwolić – co pokazała masakra na placu Tiananmen, dokonana 4 czerwca 1989 r. [patrz tekst w tym dodatku – red.] – na połączenie liberalnych reform gospodarczych z utrzymaniem polityki terroru na dużą skalę, o tyle Jaruzelski nie był już do tego zdolny. I to zarówno z uwagi na negatywny odbiór tego rodzaju działań przez Gorbaczowa i Zachód, o którego względy generał intensywnie zabiegał od czasu zwolnienia większości więźniów politycznych w 1986 r., jak też ze względu na fatalny stan aparatu państwowego, ze służbami specjalnymi na czele.

Wprawdzie wiosną 1988 r. szef MSW gen. Czesław Kiszczak wydał polecenie rozpoczęcia przygotowań do wprowadzenia stanu wyjątkowego, ale już jesienią prace te – prowadzone w ścisłej tajemnicy nawet w ramach samego MSW – zostały zahamowane. Nie wydaje się, by jedyną przyczyną tej decyzji były rozmowy przygotowawcze do Okrągłego Stołu, toczone ze zmiennym szczęściem od września 1988 r. do stycznia 1989 r. Równie ważny był bowiem stan nastrojów w bezpiece, milicji i wojsku, w których mało kto garnął się do powtarzania operacji z 13 grudnia 1981 r.

Propozycja Kwaśniewskiego

Jaruzelski nie był reżyserem żywiołowego procesu, który przed laty nazwałem przewrotnie „reglamentowaną rewolucją”, ale do połowy 1989 r. pozostawał w nim głównym aktorem. A jego podwładni kreślili rozmaite projekty polityczne, z których część doczekała się realizacji.

„Okrągły stół jest ideą władzy (...) widzę różnicę między »okrągłym stołem« tutaj, na Krakowskim Przedmieściu, dyskusją, która tu się toczy, a okrągłym stołem, który stał w sali BHP w Stoczni Gdańskiej w roku 1980. To są zupełnie inne jakości polityczne” – mówił w lutym 1989 r. na posiedzeniu Biura Politycznego PZPR Aleksander Kwaśniewski, trafnie zwracając uwagę, że w rozpoczynającym się wtedy negocjacyjnym maratonie to władze PRL pozostają silniejszą stroną.

Jednak to właśnie Kwaśniewski kilkanaście dni później zaproponował coś, co doprowadziło do zmiany układu sił i pozbawiło Jaruzelskiego głównej roli.

Z punktu widzenia władz PRL najważniejszym celem Okrągłego Stołu było uzyskanie akceptacji liderów Solidarności i hierarchii kościelnej (a za ich pośrednictwem większości społeczeństwa) dla przesunięcia rzeczywistego centrum dyspozycji politycznej z Komitetu Centralnego PZPR do urzędu prezydenta, którym zostać miał Jaruzelski. Aby przełamać impas, wywołany sprzeciwem strony solidarnościowej wobec nadmiernej rozbudowy kompetencji prezydenta, Kwaśniewski wystąpił z propozycją, by wybory do mającego powstać Senatu były całkowicie wolne.

Taki układ, przewidujący wolne wybory do Senatu w zamian za silną prezydenturę dla Jaruzelskiego, stanowił istotę okrągłostołowego kontraktu – choć formalnie w żadnym dokumencie nie zapisano, że to generał zostanie prezydentem PRL. Dla układających się stron było jednak oczywiste, że tak się stanie. Podobnie jak oczywistym wydawało się, że przez kilka następnych lat Polską będzie rządziła ekipa Jaruzelskiego.

Optymizm obozu władzy

Wychodząc z inicjatywą wolnych wyborów do Senatu, Kwaśniewski zakładał, że obóz rządzący może w nich zdobyć połowę mandatów. Tak typował rezultat wyborów w prywatnym zakładzie, który zawarł w połowie marca z Urbanem i Rakowskim; zresztą oni dwaj byli jeszcze większymi optymistami. Jednak wszystkich ich przebił Jaruzelski, oceniając na zaledwie pięć dni przed wyborami, że każdy wynik, w którym kandydaci PZPR i jej sojuszników zdobędą poniżej 40 proc. mandatów senatorskich, będzie „bardzo zły”.

Niemal do dnia wyborów generał zdawał się wierzyć, że krótka kampania wyborcza, której miała towarzyszyć neutralizacja Kościoła (w tym celu pośpiesznie uchwalono w maju korzystną dla duchowieństwa ustawę), uniemożliwi opozycji odbudowę struktur i skuteczną kampanię w większości mniejszych województw.

Umacniały go w tym niektóre wyniki badań opinii publicznej. Wedle danych, które analizowano 23 maja na posiedzeniu Biura Politycznego, niezdecydowanych miało być aż 45 proc. wyborców, przy 40 proc. zorientowanych prosolidarnościowo i 15 proc. prorządowo. „Najbardziej ze wszystkich grup środowiskowych waha się wieś. 53 proc. wyborców na wsi nie wie, jak postąpić. »Solidarność« ma tam najmniejszy »zwarty elektorat« (tylko 35 proc.)” – oceniał zespół analityków z Sekretariatu KC PZPR.

Szok 4 czerwca

Dopiero w zestawieniu z tego rodzaju ocenami i analizami widać wyraźnie, jak szokujące musiały być dla obozu władzy rezultaty głosowania z 4 czerwca. Sukces Solidarności, spotęgowany w przypadku Senatu przez przyjętą na wniosek kierownictwa PZPR większościową ordynację wyborczą, a także upadek listy krajowej do Sejmu, wywołały w aparacie władzy trzęsienie ziemi.

Jego konsekwencją była też myśl o nowym podziale władzy („Nasz prezydent, wasz premier”), którą w kilka dni po 4 czerwca członek Biura Politycznego prof. Janusz Reykowski przedstawił Adamowi Michnikowi. Ten ostatni był wówczas jednym z nielicznych liderów Solidarności rozumiejących, że skala wyborczego zwycięstwa pozwala opozycji na realny udział we władzy. Choć nawet on nie wierzył w możliwość przejęcia jej w całości.

Dobrze ilustruje to jedyna publiczna wypowiedź Michnika na temat rozmów, jakie w połowie lipca 1989 r. przeprowadził w Moskwie, w Komitecie Centralnym Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, dokąd udał się, aby poznać stosunek Kremla do oferty, jaką publicznie ogłosił w słynnym artykule „Wasz prezydent, nasz premier”.

W dziesięć lat później, podczas konferencji na temat Okrągłego Stołu w Ann Arbor, tak mówił na temat reakcji Rosjan: „Oni byli sobą zajęci, mówili »Róbcie, co chcecie«, a skoro tak, no to ja wróciłem z Moskwy i powiedziałem »chłopaki, skok na kasę trzeba robić«, ale nawet wtedy Jaruzelski był bezpiecznikiem. Pamiętajmy, przecież cały ten aparat, bezpieczniacki, wojskowy, partyjny, administracyjny, przecież oni by dostali szału. Im się nagle ziemia pod nogami zaczęła palić. Jaruzelski był tu bezpiecznikiem, dla nich gwarantem, żeby siedzieli cicho, najwyżej zmienią posady, ale nikt [im] nie urwie głowy”.

„Wybraliśmy mniejsze zło”

Skutków wstrząsu z 4 czerwca nie był już w stanie odwrócić ostatni sukces ekipy Jaruzelskiego, czyli wybór jej lidera na prezydenta PRL. Okoliczności, w jakich to nastąpiło – wybór jednym tylko głosem, przy pośrednim wsparciu grupy parlamentarzystów z Solidarności – skutecznie zniwelowały olbrzymie konstytucyjne uprawnienia, przypisane przy Okrągłym Stole temu nowemu urzędowi, i sprawiły, że w sierpniu 1989 r. Jaruzelski znalazł się w defensywie.

Oczywiście, do końca starał się zachowywać pozory – nawet wtedy, gdy Wałęsa doprowadził do powstania koalicji Solidarności z ZSL i SD, co w praktyce pozbawiało PZPR legitymacji do dalszego sprawowania władzy.

Wedle relacji Józefa Czyrka, przekazanej w końcu sierpnia zaniepokojonym towarzyszom z NRD, Jaruzelski miał zgodzić się na powstanie rządu Mazowieckiego pod trzema warunkami: 1) zachowania „socjalistycznego porządku społecznego w Polsce”; 2) utrzymania „przyjaźni i sojuszu z ZSRR” oraz członkostwa PRL w Układzie Warszawskim; 3) „rząd musi się składać proporcjonalnie ze wszystkich reprezentowanych w Sejmie sił”, czyli również z PZPR, dysponującej 38 proc. mandatów poselskich.

Komentując samą decyzję o powierzeniu działaczowi Solidarności misji tworzenia rządu, Czyrek ocenił, że zaważyła na tym katastrofalna sytuacja gospodarcza: „Gdybyśmy byli w stanie szybko poprawić położenie gospodarcze, utrzymalibyśmy kierownictwo rządu przy użyciu wszelkich środków”. Dodał, że w istniejącym stanie nastrojów społecznych dalszy opór w tej sprawie doprowadziłby do sytuacji, w której „PZPR zostałaby ostatecznie wyparta jako władza państwowa, co umożliwiłoby samodzielne rządy opozycji. Wybraliśmy mniejsze zło”.

Złudzenie Jaruzelskiego

Wprawdzie Jaruzelski skutecznie obronił liczne aktywa starego reżimu – w wojsku, służbach specjalnych czy w dyplomacji – ale bardziej wynikało to ze strachu jego obozu (niedawnej władzy), że strona do niedawna opozycyjna wchodzi w – zwolnioną 4 czerwca – rolę głównego aktora, niż z realnych możliwości powstrzymania procesu demokratyzacji. Szczególnie od momentu, gdy jesienią 1989 r. runęły reżimy komunistyczne w NRD i Czechosłowacji.

Naturalnie takie wydarzenia jak fakt, że pierwszym zagranicznym gościem przyjętym przez premiera Mazowieckiego był szef KGB, zawsze będą stanowiły pożywkę dla najbardziej fantastycznych scenariuszy. Ale na gruncie znanych dziś dokumentów można stwierdzić, że Jaruzelski mylił się, gdy na początku listopada 1989 r. zapewniał nowego przywódcę NRD Egona Krenza: „Wprawdzie oddaliśmy przedsiębiorstwo, ale zapewniliśmy sobie ­kontrolny pakiet akcji”.

W rzeczywistości był już tylko mniejszościowym udziałowcem, który wykorzystał fakt, że nowi kierownicy przedsiębiorstwa woleli nie sprawdzać, ile kto faktycznie ma akcji. ©

Prof. ANTONI DUDEK (ur. 1966) jest historykiem i politologiem, w latach 2010-16 był członkiem Rady IPN. Autor kilkunastu książek, m.in. „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988–1990”, „Pierwsze lata III Rzeczypospolitej 1989–2001”, „Instytut. Osobna historia IPN”, „Historia polityczna Polski 1989–2015”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]