Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wydanie specjalne "Polska Żydowska"

Kontrowersje stają się tradycją

Kontrowersje stają się tradycją

12.09.2016
Czyta się kilka minut
Najważniejszym wydarzeniem 73. Festiwalu Filmowego w Wenecji okazała się premiera serialu telewizyjnego. Ale to nie koniec kontrowersji.
Kadr z serialu "Młody papież". Fot: NO CREDIT/EAST NEWS
M

Mowa oczywiście o „Młodym papieżu” Paola Sorrentina. Projekt został uznany za sukces, gdyż włoskiemu zdobywcy Oscara udało się ocalić niezależność w nowych dla siebie okolicznościach. O coś podobnego walczy także tytułowy młody papież – amerykański duchowny Lenny Belardo. Czy charyzmatyczny bohater odniesie sukces? Za wcześnie, by o tym mówić. Aby podsycić oczekiwania przed telewizyjną premierą, na Lido zaprezentowano wyłącznie dwa z dziesięciu planowanych odcinków serii. Póki co, Sorrentina chwalono za błyskotliwe przedstawienie świata, w którym potrzeba sacrum miesza się z przyziemnością personalnych konfliktów i frakcyjnych walk. Gorzko ironiczny „Młody papież” między wierszami przemyca także pytanie o miejsce metafizyki we współczesnym, coraz bardziej komercjalizującym się świecie. Charakterystyczna dla wizji Sorrentina tęsknota za duchowością towarzyszyła twórcom tak wielu filmów, że – w opinii wielu obserwatorów – urosła aż do rangi motywu przewodniego festiwalu. Niestety, w przeciwieństwie do Włocha, większość reżyserów prowadziła swe metafizyczne poszukiwania po omacku.

Czas fałszywych proroków

Jednakowo duże rozczarowanie przyniosły oba filmy, między które jury pod przewodnictwem Sama Mendesa podzieliło nagrodę za reżyserię. W  „Raju” doświadczony Andriej Konczałowski popełnił grzech pychy i ustawił się w roli Boga arbitralnie decydującego o zbawieniu bądź potępieniu bohaterów. Film zrealizowany w hołdzie Rosjance wspierającej francuski Ruch Oporu, mimo szlachetnych intencji, ma w sobie coś fałszywego. Choć Olga pozornie zostaje zmuszona do podejmowania skomplikowanych wyborów moralnych, reżyserowi nie udaje się oddać grozy jej położenia. Ekranowa wizja II wojny światowej i Holokaustu wydaje się podejrzanie estetyczna i nadmiernie wystylizowana. W dobie naturalistycznego „Syna Szawła” piękno czarno-białych kadrów dyskwalifikuje wręcz wizję Konczałowskiego jako poważną medytację o różnicy pomiędzy grzechem a świętością. Chwilami można odnieść wrażenie, że – mimo deklarowanych przez reżysera ambicji – „Raj” to właściwie nic więcej niż staroświecki melodramat o kobiecie zakochującej się w swym oprawcy.

Innego rodzaju efekciarstwo ciąży filmowi „Un region salvaje” Amata Escalante. Meksykański twórca tylko na pierwszy rzut oka pozostał wierny drapieżnemu realizmowi, który tak dobrze sprawdził się w, znanym z polskich ekranów, „Heli”. Tym razem reżyser nie poprzestaje już tylko na krytyce kultu machismo i tolerancji wobec przemocy, lecz oskarża ich o znacznie dalej posunięte aksjologiczne zagubienie. Choć akcję „Un region…” osadza w – uznawanym za najbardziej religijny region Meksyku – stanie Guanajuato wskazuje, że duchowe wartości już dawno przestały odgrywać w życiu bohaterów istotną rolę. W takim świecie lokalnymi autorytetami okazują się podejrzani mistycy zezwalający wybrańcom na seksualne kontakty z przybyłym z kosmosu stworem. Pojawiający się w „Un region…” wątek nierozerwalnego związku cielesności z duchowością wybrzmiałby nawet ciekawie, gdyby nie to, że Escalante zdecydowanie za bardzo zapatrzył się w „Opętanie” Żuławskiego. Choć Meksykanin zamierzył swój film jako hołd dla horroru polskiego mistrza, w rzeczywistości stworzył wyłącznie gorszą i bardziej pretensjonalną kopię tamtego dzieła.

Zbyt natrętna chęć dorównania mistrzom stanowiła także główny problem „Ślepego Chrystusa” Christophera Murraya, który – choć urastał do rangi jednego z faworytów – ostatecznie wyjechał z Lido bez nagrody. Debiutujący reżyser rodem z Chile jeszcze przed festiwalem został namaszczony przez dyrektora imprezy, Alberta Barberę, na następcę samego Piera Paola Pasoliniego. Film Murraya, choć ambitny, nie dał rady sprostać rozbudzonym w ten sposób oczekiwaniom. Historia samozwańczego proroka burzącego spokój chilijskiej prowincji eksploatuje niemal wszystkie klisze decydujące o obliczu współczesnego kina artystycznego. Zgodnie z obowiązującymi modami, „Ślepy Chrystus” wpisuje lokalny folklor w estetykę paradokumentu, a profesjonalnemu odtwórcy głównej roli każe funkcjonować w otoczeniu naturszczyków. Film Murraya, mogący podobać się jako perfekcyjne ćwiczenie stylistyczne, wzbudza podejrzenie jako dzieło zupełnie pozbawione debiutanckiej świeżości.

Wiara w fikcję

O ile w Wenecji zawiedli reżyserzy opowiadający o tradycyjnie pojętej religii, o tyle artystycznymi triumfatorami okazali się twórcy, którzy zademonstrowali wyznanie wiary w fikcję. Kimś takim okazał się choćby Francois Ozon w świetnym „Frantzu”. Najnowszy film francuskiego mistrza stanowi przewrotny remake „Broken Lullaby” – zapomnianego dzieła Ernsta Lubitscha z 1932 roku. Oryginał był poczciwą opowiastką o przyzwoitych ludziach zmuszonych do walki przeciwko sobie na froncie I wojny światowej. Ozon, swoim zwyczajem, skomplikował tę prostą intrygę i zaskoczył widza wieloma zwrotami akcji. Zabiegi Francuza nie mają jednak nic wspólnego z pustym popisem reżyserskiej zręczności. Twórca „Basenu” nieustannie miesza na ekranie prawdę i kłamstwo po to, by wykazać paradoksalną wyższość tego drugiego. Podczas gdy autentyzm sprawia bohaterom ból, iluzja przynosi im pokrzepienie. Na własnej skórze przekonuje się o tym młoda Anna, która przeżywa szok, gdy orientuje się, że jej zabity w czasie wojny narzeczony wcale nie był takim ideałem za jakiego uchodził. Przytłoczona tą świadomością kobieta decyduje się nie wyjawiać prawdy rodzicom ukochanego i, w trosce o ich dobre samopoczucie, podtrzymuje fałszywe narracje o przeszłości mężczyzny. Wytwarzanie, obecnej choćby w podrabianych przez Annę listach, fikcji stanowi zatem ze strony bohaterki najczystszy akt miłosierdzia.

Zagranie błyskawicznie dojrzewającej emocjonalnie postaci musiało być arcytrudnym zadaniem aktorskim. Przyznanie – wcielającej się w Annę – pięknej Pauli Beer nagrody dla najbardziej obiecującej aktorki wydaje się jurorskim strzałem w dziesiątkę. Jednocześnie jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że „Frantz” zasługiwał w Wenecji na znacznie bardziej prestiżowe laury. Wyłącznie nagrodą aktorską (dla odgrywającego główną rolę Oscara Martineza) wyróżniono także drugą rewelację festiwalu – argentyńskiego „Honorowego obywatela”. Film duetu Gastón Duprat - Mariano Cohn to brawurowa komedia o pisarzu postanawiającym odwiedzić po latach rodzinne miasteczko. Argentyńscy twórcy po mistrzowsku pokazują, wzbierającą u dawnych przyjaciół bohatera, zawiść pod adresem człowieka sukcesu. Obecność goryczy wyzierającej spod powierzchni pozornie poczciwego świata zbliża „Honorowego obywatela” do wczesnych komedii Milosa Formana. Jednocześnie, argentyński film zachowuje jednak przekorny optymizm, którego źródło stanowi nieposkromiona wyobraźnia bohatera. Daniel Mantovani ze spokojem znosi kolejne upokorzenia tylko ze względu na świadomość, że już wkrótce będzie mógł uczynić z nich materiał na bestsellerową książkę. W ten sposób fikcja może stać się narzędziem skutecznej zemsty na otaczającej rzeczywistości.

Kontrowersyjne rozstrzygnięcia

Szkoda, że jury nie poszło za sugestią wielu krytyków i nie zdecydowało się na przyznanie „Honorowemu obywatelowi” Złotego Lwa. Podobnie jak znakomity „Toni Erdmann” w Cannes, film Duprata i Cohna okazał się zapewne ofiarą krzywdzącego stereotypu wskazującego, że lekkość tonu i komediowy rys nie licują z atmosferą poważnych festiwali. Zamiast „Honorowego obywatela” jury nagrodziło zatem niemal czterogodzinny filipiński „The Woman Who Left”. Wybór ten z pewnością zapewni monumentalnemu filmowi Lava Diaza ogólnoświatową promocję, na którą nie miałby szans bez nagrody. Nie zmienia to faktu, że zapatrzony w Andrieja Tarkowskiego Filipińczyk został okrzyknięty mistrzem kina trochę przedwcześnie. Złotego Lwa przyznano przecież Diazowi raptem kilka miesięcy po nagrodzie na Berlinale jaką uhonorowano jego poprzednie dzieło – „Kołysankę dla bolesnej tajemnicy”. Tymczasem ekscytowanie się urzekającymi wizualnie, choć manierycznymi i męczącymi, filmami Diaza łatwo uznać za oznakę festiwalowego snobizmu. Filipińczyk będzie miał jednak okazję, by zamknąć usta krytykom za sprawą następnych filmów. Kontrowersje wokół werdyktu powoli stają się za to nową tradycją weneckiego festiwalu. Warto będzie wrócić na Lido za rok choćby po to, by przekonać się jaką niespodziankę jurorzy zaserwują nam tym razem.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]