Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Tworzą mnie zmarli

Tworzą mnie zmarli

12.06.2017
Czyta się kilka minut
Powieści Hustvedt to maszyny, dzięki którym myśli wprawiane są w ruch. Kluczową rolę w tym pisarstwie odgrywają pytania o istotę i źródła naszej tożsamości.
Fot. NURPHOTO / EAST NEWS
L

Leo Hertzberg, nowojorski historyk sztuki, główny bohater i narrator „Co kochałem” Siri Hustvedt, w jednym z ostatnich akapitów powieści w ten oto sposób przyznaje się do porażki: „Ślad, który pozostawiamy, jest niekiedy oznaczony kamykami, takimi jakie Jaś zostawił za sobą na początku. Innym razem ścieżka powrotna znikła, bo zleciały się ptaki i o wschodzie słońca wyjadły okruszki. Opowieść unosi się nad pustymi miejscami, wypełniając je łącznikami w rodzaju »i« czy »a wtedy«. Stawiałem je na tych stronicach, żeby pozostać na ścieżce, która, jak dobrze wiem, urywa się, niknąc w płytkich zagłębieniach i w kilku głębokich dziurach”.
Na czym polega porażka Hertzberga? Otóż próbował on, podobnie jak pozostali bohaterowie i narratorzy prozy Hustvedt, opowiedzieć swoje życie, aby lepiej zrozumieć, kim sam jest. Ktoś może powiedzieć, że cała literatura podejmuje to wyzwanie. To oczywiście prawda, ale rzadko która pisarka powraca do tego wątku równie obsesyjnie. I z równie piorunującym efektem.
Proza Hustvedt od samego początku konsekwentnie stawia te same pytania dotyczące istoty naszej tożsamości. Jakie są źródła tego, kim jesteśmy? Czy istnieje podział na życie wewnętrzne i zewnętrzne? Jeśli tak, to gdzie on przebiega? I najważniejsze – czy istnieje coś takiego, jak niezaprzeczalne i obiektywnie istniejące „ja”? Już samo wyliczenie tych pytań wyraźnie pokazuje, że Hustvedt swoje powieści traktuje niczym maszyny, które wprawiają myśli w ruch. Każda jej książka to misternie zaplanowana scena, na której mogą zaistnieć kolejne warianty tych samych postaci wyposażonych w podobne zestawy intelektualnych i emocjonalnych atrybutów. Zmienia się jednak kontekst i ustawienie. Hustvedt, niczym demiurg, wprawia w ruch swoje postaci-aktorów, zderzając je ze sobą w coraz to nowych i nieoczekiwanych konfiguracjach. Dzięki temu wyłaniają się nieobecne (lub niedostępne) wcześniej sensy.
Dla Hustvedt poznanie może odbywać się wyłącznie poprzez budowanie relacji, w których poszczególne elementy oświetlają się wzajemnie. Tutaj każdy, choćby najbardziej wnikliwy portret psychologiczny jest zafałszowany przez swoją statyczność. Nie oznacza to, że iluminacja w jakiejkolwiek formie jest możliwa do osiągnięcia. Dopóki jednak trwa ruch, wkoło skrzy się od najrozmaitszych sensów.
Kim są zatem bohaterowie tych powieściowych dramatów? Hustvedt nie ukrywa, że w jej twórczości roi się od wątków autobiograficznych, dlatego tak często możemy tu spotkać artystów, kuratorów, marszandów czy krytyków sztuki, których czasem zastępują pisarze, profesorowie i wydawcy. A że scena zazwyczaj rozstawiana jest w Nowym Jorku, to nie może zabraknąć psychoanalityków i innych specjalistów od ludzkiej duszy. Taki dobór postaci często prowokuje do odczytywania prozy Hustvedt jako literatury środowiskowej, skupionej na krytyce mechanizmów rządzących światem amerykańskiej sztuki. Z tego samego powodu pojawiają się też czasem zarzuty o przeintelektualizowanie czy też nadreprezentację zagadnień z pogranicza teorii kultury i filozofii. Z pewnością proza ta należy do wymagających, a zasiedlające każdą z powieści postaci z lubością oddają się rozpisanym na wiele stronic dyskusjom czy wręcz wywodom o kondycji sztuki. Nie są to jednak puste ozdobniki ani erudycyjne popisy, lecz raczej przykłady konsekwentnego zacierania podziału na filozofię i literaturę, który autorka uważa za niepotrzebny, a wręcz szkodliwy.
W poszukiwaniu autora
„Świat w płomieniach”, najnowsza powieść autorki, w której problem tożsamości wybrzmiewa chyba najmocniej, opowiada o ostatnich latach życia Harriet Burden (przez przyjaciół zwanej Harrym). Artystka przez lata ocierała się o świat wielkiej sztuki, jednak ostatecznie nigdy nie została do niego wpuszczona. Jej prace określane były jako „interesujące”, „mówiące coś ciekawego” czy „dotykające ważnych tematów”. Czyli spotykały się z uprzejmym niezainteresowaniem, najgorszą z możliwych reakcji. Co więcej, każdy, nawet najdrobniejszy jej sukces powodował złośliwe komentarze na temat wpływu i protekcji jej męża – wpływowego krytyka sztuki, bez którego rzekomo nie byłaby w stanie osiągnąć nawet tego (brzmi znajomo, prawda?). Harriet postanawia więc zaryzykować artystyczny eksperyment zakrojony na olbrzymią skalę. Wynajduje trzech artystów – samych mężczyzn – i wykorzystując ich nazwiska niczym maski, wystawia własne projekty. „Wszelkie poczynania intelektualne i artystyczne, nawet o charakterze żartu, ironii i parodii, wypadają lepiej w umyśle tłumu, gdy ów tłum wie, że gdzieś za tym wielkim dziełem lub wielką mistyfikacją kryje się fiut z jajami” – czytamy we wstępie do powieści, rzekomo napisanym przez jej redaktora, który przytacza zasłyszany gdzieś cytat, najprawdopodobniej pochodzący od samej Harriet.
Jako czytelnicy już na samym początku zostajemy wrzuceni w bardzo złożoną strukturę zapośredniczeń i cytatów. Hustvedt nie opowiada historii Harriet w sposób linearny, co więcej, samej artystce głos oddaje rzadko i niechętnie. „Świat w płomieniach” to powieść polifoniczna, na którą składają się opowieści kilkunastu osób wplątanych w projekt wielkiej mistyfikacji. Od samego początku nic nie jest tu proste ani oczywiste, gdyż opowiadane historie okazują się często wzajemnie sprzeczne, a interpretacja wydarzeń różni się w zależności od relacji, jakie dana postać utrzymywała z Harriet.
Pomysł początkowo wydawał się prosty: trzech młodych artystów o zupełnie różnych osobowościach (ale i dorobkach artystycznych) ma wystawić prace Harriet jako swoje własne, aby po jakimś czasie zdemaskować cały koncept. Wszystko idzie zgodnie z planem – każda z wystaw okazuje się olbrzymim sukcesem. Dwóch artystów przyznaje się do „oszustwa”, co odbija się głośnym skandalem w całym świecie sztuki. To jednak dopiero początek afery, gdyż Rune – ostatni z artystów, najbardziej doświadczony i o najmocniejszej pozycji z całej trójki – odmawia przyznania się do udziału w projekcie i rości sobie prawo do autorstwa dzieła Harriet. Wybucha olbrzymi spór: bliscy obojga artystów zabierają głos, opowiadając się po jednej lub drugiej stronie, podobnie kuratorzy i krytycy zaangażowani w przedsięwzięcie. Jako czytelnicy nie mamy jednak dostępu do tego, co wydarzyło się naprawdę. Niczym członkowie ławy przysięgłych możemy jedynie wysłuchać sprzecznych relacji i na podstawie naszego najlepszego osądu wydać wyrok.
Tylko czego on w istocie dotyczy? Hustvedt z premedytacją wciąga nas w coraz bardziej skomplikowaną grę. Z każdą kolejną stroną poznajemy więcej szczegółów, ale nie sprawia to, że lepiej rozumiemy, co wydarzyło się między Harriet a Rune’em. Wręcz przeciwnie – obie narracje oddalają się coraz bardziej od siebie, grzebiąc tym samym marzenie o poznaniu prawdy. Autorka nie tylko niczego nie rozjaśnia, ale nieustannie podpuszcza nas, powtarzając wciąż to samo pytanie: „a komu wierzysz teraz?”.
Mistyfikacja Harriet początkowo wydawała się wymierzona w seksistowskie i mizoginistyczne mechanizmy rządzące światem sztuki – prosta prowokacja obnażająca obłudę krytyków, kuratorów i właścicieli galerii, którzy, kryjąc się za pozorami obiektywnych sądów estetycznych, w mniej lub bardziej świadomy sposób przypisują męskiej sztuce większą wartość i głębsze znaczenia. Tak też zdaje się rozumować tajemniczy I.V. Hess – postać kluczowa dla kształtu powieści, gdyż to on jest fikcyjnym redaktorem powieści (to oczywiście jedna z wielu masek samej Hustvedt), odpowiedzialnym za jej kształt, a przez to za ostateczną wymowę. Pragnie poznać prawdę – i choć jego sympatie leżą zdecydowanie po stronie Harriet, to jednak prześlepia najważniejszy cel jej projektu. Wierzy głęboko, że toczony przez artystkę spór o autorstwo da się ostatecznie rozstrzygnąć. Harriet pozostawiła po sobie dziennik podzielony na kilkanaście zeszytów; każdy z nich oznaczony jest inną literą alfabetu. Niestety, zostały one rozproszone i nie wszystkie udało się odnaleźć. W postscriptum do swojego redakcyjnego wstępu Hess pisze: „Jeśli kiedyś książka ta doczeka się wznowienia i jeśli odnaleziony zostanie zeszyt »I« (który istnieje, jestem o tym przekonany), możliwe, że będę musiał wrócić do mojej przedmowy i odpowiednio ją przeredagować”. Jak widać, Hess zakłada, że dla Harriet kluczowe było zdemaskowanie fałszu i dojście do prawdy, dlatego gotów jest przeredagowywać swoje tezy za każdym razem, gdy pojawi się nowy fragment układanki.
Pomysł użycia męskich awatarów był jednak obliczony na coś więcej niż wyłącznie krytykę dyskryminacji płciowej. Już sam fakt, że wszyscy odruchowo założyli, że chodzi w nim wyłącznie o kwestie genderowe, pokazuje, jak przemyślną i najeżoną pułapkami grę prowadzi Hustvedt. Misterny spektakl, który rozgrywa się przed naszymi oczami, opowiada przede wszystkim o samym procesie percepcji, o jej uwarunkowaniach, ograniczeniach i niedoskonałościach. Oczywiście na najbardziej podstawowym poziomie mamy tu do czynienia z różnicą postrzegania tego samego dzieła w zależności od płci jego autora. Ale to tylko jedna warstwa. Hustvedt pokazuje, co się dzieje z artystką, gdy zakłada ona męską maskę. Jak zmienia się jej podejście do sztuki, wrażliwość i postrzeganie świata.
Pierwszy z artystów, którego Harriet namawia do swojego projektu, jest młodym i naiwnym chłopaczkiem. Drugi to bardzo sympatyczny czarnoskóry gej. Z kolei tożsamość Rune’a jest najtrudniejsza do zdefiniowania, gdyż podobnie jak Harriet doskonale umie kreować swoją publiczną personę. Dlatego też każde dzieło, mimo że miało wspólnego autora, było zupełnie inne od pozostałych. Choć tak naprawdę pojęcie autorstwa jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Eksperyment Harriet pokazuje, że twardy, nienegocjowalny rdzeń osobowości, umożliwiający jednoznaczne przypisanie dzieła jego twórcy, zwyczajnie nie istnieje.
Od estetyki do etyki
Czy zatem płynie z tego wniosek, że w naszej płynnej nowoczesności wszystko jest konstruktem, swobodną grą kontekstów i znaczeń? Estetyką pozbawioną etyki? Hustvedt kluczowe dla swojej powieści wydarzenie, czyli wernisaż wystawy Rune’a/Harriet, umieszcza w roku 2001, kilka miesięcy przed zamachami 11 września. Z perspektywy fabuły fakt ten nie ma większego znaczenia, zostaje ledwie wspomniany. Jest to jednak jedyny moment, w którym rzeczywistość zewnętrzna wdziera się w hermetyczny (momentami nieznośnie duszny) światek sztuki. 11 września to symboliczny kres epoki optymizmu właściwego dla „końca historii”. Nastał czas „usztywnienia tożsamości” – w miejsce swobodnej gry w niuanse pojawiła się konieczność jednoznacznych deklaracji. Fizyczna przemoc wywołała falę przemocy symbolicznej. W powieści Hustvedt przybiera ona postać jednoznacznej i nienegocjowalnej tożsamości, która zostaje narzucona przez zewnętrzne instancje.
Nasze „ja” jest konstruktem, który powstaje w wyniku skomplikowanych procesów społecznych, kulturowych, politycznych i psychologicznych. Nie ma tu jednak mowy o tak często pojawiającym się jako zarzut relatywizmie – płynność naszej tożsamości nie oznacza możliwości swobodnego wyboru jej elementów. Ostatnie zapiski z dziennika Harriet, które powstały tuż przed jej śmiercią w szpitalu, brzmią: „Pamiętam, że jestem żydówką. Ja to niepoliczalne rzesze. Jest Ziemia plamką, ziarenkiem, atomem. Tworzą mnie zmarli. Nawet moje myśli nie są już moje”. Harriet bardzo boi się śmierci, bo wie, że wiąże się ona z ostatecznym domknięciem tożsamości, zastygnięciem pojęć. Sztuka jest przeciwieństwem śmierci: narzędziem umożliwiającym ciągłą wiwisekcję własnego „ja”. Dzięki niej staje się oczywiste, że percepcja nigdy nie prowadzi do obiektywnego poznania siebie i świata. ©

SIRI HUSTVEDT (ur. 1955) jest amerykańską pisarką, eseistką i poetką. Urodziła się w Minnesocie, ale jako nastolatka uczęszczała do szkoły w Bergen w Norwegii, skąd pochodzi część jej rodziny. Na studia wróciła do USA, gdzie w 1977 r. zdobyła dyplom z historii (St. Olaf College, Minnesota), a dziewięć lat później uzyskała tytuł doktora na Uniwersytecie Columbia (swoją rozprawę poświęciła powieści „Nasz wspólny przyjaciel” Dickensa). Wkrótce potem zaczęła tworzyć prozę. Jej debiutancki tom opowiadań „Na oślep” ukazał się w 1992 r. (polskie wydanie 1999, przeł. Krzysztof Obłucki). Jako eseistka zajmuje się przede wszystkim malarstwem i sztukami wizualnymi, ale często podejmuje też problemy z pogranicza psychologii, filozofii i neurologii. Jej teksty były publikowane w wielu prestiżowych magazynach naukowych w Europie i USA. Proza Hustvedt była tłumaczona na 30 języków. W Polsce ukazało się w sumie sześć jej książek, poza debiutem są to: „Oczarowanie Lily Dahl” (2000, przeł. Magdalena Słysz), „Co kochałem” (2006, przeł. Renata Gorczyńska), „Amerykańskie smutki” (2011, przeł. Wojsław Brydak), „Lato bez mężczyzn” (2014, przeł. Joanna Hryniewska) oraz „Świat w płomieniach” (2017, przeł. Jerzy Kozłowski). Ta ostatnia powieść była nominowana do Nagrody Bookera.

MICHAŁ SOWIŃSKI (ur. 1987) jest doktorantem na Wydziale Polonistyki UJ, redaktorem literackim w zespole organizacyjnym Festiwalu Conrada, redaktorem w wydawnictwie Korporacja Ha!art, współtwórcą (obok Katarzyny Trzeciak) audycji literackiej „Book’s not dead” w radiu radiofonia.net.

SIRI HUSTVEDT będzie gościem specjalnym dziewiątej edycji Festiwalu Conrada. Weźmie udział w dyskusji poświęconej jej twórczości, której najważniejszymi tematami są problem tożsamości (w jaki sposób kształtowane jest to, co nazywamy „ja”, jakie procesy towarzyszą wyłanianiu się człowieka jako podmiotu, a także jakie czynniki determinują owe procesy i ile mamy swobody w kreowaniu własnego wizerunku, który staje się czymś w rodzaju społecznego awatara?) oraz zagadnienia związane z działaniami pisarskimi i artystycznymi. Ostatniego dnia Festiwalu, podczas uroczystej gali Nagrody Conrada, Siri Hustvedt wygłosi wykład pt. „Jak pisać?”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]