Reklama

Szef

Szef

11.03.2020
Czyta się kilka minut
Miał 33 lata, kiedy w 1945 roku zostawał redaktorem naczelnym „Tygodnika Powszechnego” – i 41 lat, kiedy stracił tę pracę (jak się wtedy wydawało: na zawsze), bo władze komunistycznej Polski zdecydowały o zamknięciu pisma po odmowie wydrukowania odredakcyjnego pożegnania Stalina.
Jerzy Turowicz/ ARCHIWUM „TP”
Ż

Żonaty z Anną z Gąsiorowskich, był ojcem trzech córek. Kiedy pismo powstawało, Elżbieta i Joanna miały 4 i 5 lat, Magdalena przyszła na świat 2 lata później. Prowadził zawsze otwarty dom: kiedy w latach 60. jego lokatorem został ks. Adam Boniecki, przez kolejnych 8 lat przyprowadzał na spotkania młodzież z prowadzonego przez siebie – bynajmniej nie cichego i pobożnego – duszpasterstwa akademickiego (gdy Boniecki wyjeżdżał za granicę, w trakcie pożegnalnej imprezy w czteropokojowym mieszkaniu Turowiczów żegnało go ponad sto osób). Wcześniej w zajmowanym przez ks. Adama pokoju mieszkał fotografik Wojciech Plewiński z żoną i synem, jeszcze wcześniej ks. Franciszek Macharski z bratem. A oprócz domowników, na trzecie piętro kamienicy przy Lenartowicza regularnie wdrapywali się goście, domowa księga zaś, do której się wpisywali na pamiątkę wizyty, z czasem stawała się pomnikiem polskiej i europejskiej kultury. Starannie prowadzone przez Turowicza kalendarze wypełnione były świadectwami aktywności zgoła innych niż redagowanie i pisanie tekstów, nie zawsze zresztą fundamentalnych i na lata kształtujących linie „TP”, bo lubił również małe formy, felietony i polemiki. Roi się w nich od zapisków o wernisażach, koncertach i premierach, podróżach po świecie (uwielbiał je i przysyłał z nich wielostronicowe listy) czy odwiedzinach u przyjaciół, a także – last but not least – celebracjach liturgicznych, gdyż, jak mówił Jackowi Żakowskiemu w wywiadzie rzece „Trzy ćwiartki wieku”: „Msza święta jest centralną sprawą w moim życiu”.

„Turowicz na wszystkim się zna, na wszystkie imprezy chodzi, także na muzyczne, wszystko czyta. A ile on w kościele czasu traci!” – próbował uchwycić fenomen Szefa felietonista „TP” Stefan Kisielewski.


75-lecie „Tygodnika Powszechnego" – czytaj więcej w serwisie specjalnym >>>

Życie pełne spotkań było zapewne jednym z kluczy do sukcesu redagowanego przezeń pisma – i tego, że w ciągu ponad pół wieku kierowania „Tygodnikiem” przyciągnął kilka pokoleń znakomitych autorek i autorów, wśród których był zarówno przyszły papież, jak i przyszli nobliści. Przyciągnął – wypada dodać – także przestrzenią, jaką wokół siebie zostawiał. Tym, że podczas wszystkich tych spotkań (ale tez na zebraniach redakcji) mówił mało, pozwalając wypowiedzieć się innym. Tym, że był tak bardzo ciekaw tego, kim są i co mają do powiedzenia. Oraz tym, że – jak pisała o nim Joanna Ronikier, przyjaciółka z Piwnicy pod Baranami – „nawet kiedy sam mówił o sprawach najbardziej poważnych i zatrważających, uśmiechał się. Jakby chciał słuchających uspokoić. Dodać im otuchy”. „Przystojny brunet o aksamitnym tembrze głosu, nawet w ciemnych oczach pojawiał się jakiś miękki wyraz – dodawała Janina Kraupe-Świderska, malarka z Grupy Krakowskiej, która spotykała go podczas prób w teatrze Kantora. – Co rzadko się zdarza u mężczyzn, nie było w nim agresji ani szorstkości. Był uważny: skupiony na rozmówcy, czuło się, ze przyjmuje go takim, jaki jest”. „Mogłoby się wydawać, ze naturalnym jego żywiołem jest cisza” – podsumowywał Jan Józef Szczepański, pisarz i przyjaciel Turowicza jeszcze z czasów okupacji (po wyjściu z lasu ukrywał się w majątku teściowej przyszłego naczelnego w podkrakowskich Goszycach). A jego wieloletni zastępca Krzysztof Kozłowski mówił nad trumną Szefa, że był nieśmiały i życiowo niezaradny.

Dla ostatniego pokolenia pamiętających go redaktorów „Tygodnika” był człowiekiem, w którym – jak pisał jeden z jego następców, Piotr Mucharski – „zwyczajna dobroć zmieszana była z czymś twardym, nieugiętym, zasadniczym. Stad pewnie nasz respekt, z poczucia, że ten wolny człowiek służy czemuś więcej niż sobie, jakimś sprawom wyższym i nieodgadnionym, że jest ich sługą, ale jest to służba, która właśnie jakąś wyższą formą wolności go obdarowuje”. Ta wyższa forma wolności pozwalała mu zaczynać dzień od „Ulicy Sezamkowej”, kończyć na premierze „Tajemniczego ogrodu” Agnieszki Holland, a w międzyczasie w trakcie jakiegoś nie najciekawszego przyjęcia grać z żoną w „łapki” – i redagować najważniejsze pismo między Łabą a Władywostokiem.


Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]