Reklama

Szaleństwo i metoda

Szaleństwo i metoda

21.12.1997
Czyta się kilka minut
Z JERZYM TUROWICZEM i panią ANNĄ TUROWICZOWĄ o ich domowej bibliotece rozmawia BARBARA N. ŁOPIEŃSKA
Jerzy Turowicz, fot. Zofia Rydet / Archiwum Jerzego Turowicza
Fot. Zofia Rydet / Archiwum Jerzego Turowicza
B

BARBARA N. ŁOPIEŃSKA: Opowiadano mi, że korytarz w Pańskim mieszkaniu wygląda tak: po jednej stronie leżą stosy wycinków z gazet, a po drugiej stosy gazet, z których Pan te wycinki wyciął. I że między tymi stosami wije się dopiero korytarz. A tu – nic. Zepsuł mi Pan Redaktor początek.
JERZY TUROWICZ: Proszę do środka.

No, tak.
JERZY TUROWICZ: To najlepszy pokój, możemy tu przyjmować gości, choć – rzeczywiście – nie jest to typowy salon.

Rzeczywiście – nie bardzo typowy.
JERZY TUROWICZ: Kiedy przyjdzie jedna osoba, da się wypić kawę. A na kolację zapraszamy tylko tych, których wypada zaprosić do kuchni. Tam nie ma książek.

Ale co z tymi wycinkami?
JERZY TUROWICZ: W pudłach, w każdym z czterech pokoi, pod wszystkimi stołami. Zgoda, leżą tu stosy gazet, z których jeszcze nie zdążyłem wyciąć, te stosy rosną, ale kiedy już powycinam, resztę jednak wyrzucam.

Od jak dawna mieszkacie Państwo w tym mieszkaniu?
JERZY TUROWICZ: Od marca 1945 roku. Książki zacząłem zbierać przed wojną, ale i w czasie okupacji, którą spędziliśmy pod Krakowem w majątku mojej teściowej, przyjeżdżałem do krakowskich antykwariatów. Udało się ocalić książki po parcelacji majątku. Anno? Było ich wtedy chyba kilkaset?

ANNA TUROWICZOWA: Twoja biblioteka nie była wielka.

JERZY TUROWICZ: Ale twoja nie była większa od mojej.

ANNA TUROWICZOWA: Większa.

JERZY TUROWICZ: No, może.

ANNA TUROWICZOWA: Ja miałam powieści, Jerzy raczej eseistykę. Wojna wcale nie wyzwoliła mnie od stosów gazet, których nawet wtedy nie mógł przerobić. Rosły i rosły w kącie pustego mieszkania. A w skrytce na strychu kilka kilo podziemnych gazetek.

Teraz jest kilkaset kilo wycinków i parę ton książek.
JERZY TUROWICZ: Odkąd redaguję „Tygodnik Powszechny”, dostaję dużo książek, ale oczywiście i kupowałem, i dalej kupuję. Wchodzę do księgarni po jakąś książkę i nawet jeśli jej nie znajduję, wychodzę z trzema innymi. Nasz przyrost naturalny to co najmniej jedna książka dziennie. Nie mam pojęcia, ile ich jest, ale chyba ze dwadzieścia tysięcy. Ten stos, czy raczej mur, to wydawnictwa Znaku, z ostatnich dwóch lat. Ale nie ma w mojej bibliotece jakiegoś porządku. To jest nie do zrobienia.

A czy jest do zrobienia, żeby części Pan Redaktor po prostu się pozbył?
JERZY TUROWICZ: Mógłbym się pozbyć co najmniej połowy, ale nie wiem jak.

ANNA TUROWICZOWA: Mógłbyś się pozbyć? Akurat! Robię specjalne pudła z dubletami i żaden dublet nie opuścił jeszcze tego domu.

JERZY TUROWICZ: Żeby pozbyć się części książek, trzeba je wyjąć z półek, z pudeł i dokonać selekcji. Musiałbym mieć choć kawałek wolnego miejsca na podłodze, które nie byłoby zawalone. A jak Pani widzi – nie mam. Czasem tak sobie myślę abstrakcyjnie, że gdybym miał jeden pusty pokój i na wszystkich ścianach od góry do dołu półki, i wolną podłogę, mógłbym zrobić porządek. Bo po co mi książki w tylu językach?

W jakich językach Pan czyta?
JERZY TUROWICZ: Po włosku, angielsku, francusku i po niemiecku. Gdy czytam po niemiecku, muszę jednak zajrzeć czasem do słownika. To uciążliwe i tych niemieckich książek mógłbym się pozbyć bez bólu. Teologiczne książki niemieckie mógłbym oddać Papieskiej Akademii Teologicznej. Ale z pewną częścią nie wiadomo, co zrobić – antykwariaty wcale nie chcą kupować książek.

ANNA TUROWICZOWA: A powinieneś je sprzedać, bo wszystko, co w życiu zarobiłeś, utopiłeś w tych książkach.

JERZY TUROWICZ: No, tak.

ANNA TUROWICZOWA: Pamiętasz? – pewno nie pamiętasz oczywiście – kiedyś wpadłeś do domu z rozwianym szalikiem, rzuciłeś się do szuflady, w której leżały pieniądze, wziąłeś co było, nic mi nie powiedziałeś, wypadłeś i zaraz wróciłeś z pierwszą porcją „Skiry”. To genewskie wydawnictwo książek o sztuce i monografie malarzy z licznymi reprodukcjami. Kupił wszystko, co było w krakowskim MPIK-u.

JERZY TUROWICZ: Cudowne albumy.

ANNA TUROWICZOWA: Kiedyś Jerzy zarabiał sporo pieniędzy, a było to podczas Soboru, bo oprócz pensji, pisał wtedy dużo artykułów, zrobiłyśmy mu z córkami prezent: to ta półka na książki z dziedziny sztuki. Bo to są bardzo różne formaty.

JERZY TUROWICZ: Jest tu bardzo dużo książek i albumów o sztuce. Od malowideł ściennych w grotach aż do Picassa i dalej – wszystko. Mam też dużo albumów krajoznawczych.

A to był pewno kiedyś stół, przy którym przyjmowaliście Państwo gości.
ANNA TUROWICZOWA: I ten drugi też. Teraz żaden stół nie jest już stołem.

Ani miejsca na kartkę, ani nie ma gdzie wsadzić nóg.
JERZY TUROWICZ: Dlaczego? Czasem tu pracuję. Wszystkie artykuły piszę ręcznie.

Bo żadna maszyna do pisania by się tu nie zmieściła?
JERZY TUROWICZ: Dlaczego? Zmieściłaby się. Można by wcisnąć. Czasem ją tu wciskam, kiedy piszę listy. Ale artykuły piszę ręcznie.

A co to za stos?
JERZY TUROWICZ: Wycięte, jeszcze nieuporządkowane wycinki. Obawiam się, że już ich nie uporządkuję. Słowo daję, nie mam do nich siły.

Co Pan Redaktor właściwie wycina? Na oko widać, że wszystko. Jaki to ma sens?
JERZY TUROWICZ: Zaraz, zaraz. Tu są koperty personalne – w miarę alfabetyczne: Andrzejewski, Baczyński, Bartoszewski, koperty z instytucjami, z którymi jestem związany, sprawy wewnętrzne Polski, sprawy zagraniczne, stosunki polsko-litewskie, polsko-ukraińskie...

Widzę, że wszystko Pan wycina. Ciekawe, co Panu zostaje do wyrzucenia. Pewno ogłoszenia.
JERZY TUROWICZ: A tu jest dużo wycinków na tematy polsko-żydowskie i chrześcijańsko-żydowskie. Te wszystkie półki to tematyka żydowska: Holocaust, historia i kultura Żydów. To jedna czwarta tego, co mam. Reszta jest w innym pokoju. Tu są półki z książkami Miłosza i o Miłoszu. Też się nie mieszczą na jednej półce, reszta jest gdzie indziej. Te wycinki natomiast to albo sprawy, które mnie interesują dziś, albo te, które mogą być potrzebne w przyszłości. Kiedy redakcja każe mi coś napisać, wszystko mam pod ręką. Na przykład obszerną teczkę o księdzu Jankowskim i o „Radiu Maryja”. Ciągle je uzupełniam.

Z jakich pism Pan wycina?
JERZY TUROWICZ: Z „Gazety Wyborczej”, z „Rzeczpospolitej”, z lokalnej prasy krakowskiej, z „Polityki”, czasem z „Wprost”. Bo miesięczniki, prawie wszystkie, mam w komplecie. Miałem też całe roczniki „Polityki” w starym formacie i niedawno zastanawiałem się, czy powycinać z nich, czy nie. Zorientowałem się, że chyba kilka miesięcy musiałbym wycinać i oddałem wszystko jezuitom.

Dobrze się Pan orientuje w swoich wycinkach?
JERZY TUROWICZ: Jako tako. Średnio. Miałbym lepszą orientację, gdyby te wszystkie pudła stały w jednym miejscu, a one są a to pod oknem, a to pod szafą, to w tym pokoju, to w tamtym.

A potrafi Pan Redaktor trafić do konkretnej książki w swojej bibliotece?
JERZY TUROWICZ: Jako tako. Do książek, które są zasiedziałe, trafiam. Do nowych, które stale przypływają – nie. Często się zdarza, że nie mogę znaleźć książki, którą z całą pewnością mam i wtedy pożyczam ją od kolegów. Zdarza się również, że kupuję książkę, którą kupiłem już pół roku wcześniej.

To co mamy w „salonie”?
JERZY TUROWICZ: Te wszystkie półki to Kościół, teologia, religia, Sobór Watykański, Ojcowie Kościoła, problemy ekumenizmu – komentarze, historia. A Papież jest gdzie indziej. Do historii i socjologii nie ma dojścia, bo stoją przed nimi pudła.

A co w nich jest?
JERZY TUROWICZ: Nie wiem.

ANNA TUROWICZOWA: Jerzy i tak osiągnął duży postęp. Kiedyś zamiast tych pudeł stały stosy gazet – tak mniej więcej na dziecko wysokie.

Na iluletnie?
ANNA TUROWICZOWA: Powiedzmy na dziesięcio. I kiedy Jerzy potrzebował jakąś książkę z półki za tymi stosami, robił sobie dziurę, wchodził do niej, coś tam wyciągał i mówił popatrz, znalazłem, co potrzebowałem. Jednak pamiętałem!

Czy książki dotyczące, mówiąc ogólnie, religii to największy dział w Pana bibliotece?
JERZY TUROWICZ: Chyba tak. Ale może powieści jest więcej?

ANNA TUROWICZOWA: Chyba nie. W powieściach zrobiłam czystkę, na razie niczego nie wyrzuciłam, ale coś z tym zrobię.

Czy ma Pan Redaktor jakieś książki, o które byśmy Pana nie podejrzewali?
JERZY TUROWICZ: Nie wiem. Mam dużo książek o jazzie.

O jazzie?
JERZY TUROWICZ: Tak. I o filmie.

Tu leży program Jazz Jamboree 1967. Przyda się Panu?
JERZY TUROWICZ: Oddam go jezuitom, może im się do czegoś przyda. Oni się teraz rozbudowali i mają dużo miejsca. Nasi wnukowie już wywieźli stąd na wózku chyba tonę gazet na makulaturę. Bardzo chętnie zrobiłbym ostrą selekcję i porządki.

ANNA TUROWICZOWA: No, nie wydaje mi się.

A tu na środku pokoju, stoi półka z książkami z serii „Nike” i literaturą iberoamerykańską, jakbyście chcieli Państwo mieć je pod ręką.
JERZY TUROWICZ: Półka stoi pośrodku, bo nie ma miejsca przy ścianie. A książki „Nike” stoją w niej ze względu na format. Okropny kłopot z tymi formatami. Żona chciała uporządkować książki z dziedziny, którą ona zbiera, czyli memuarystykę – alfabetycznie – ale uporządkowała je tylko teoretycznie, ze względu na formaty właśnie. Nie udało się również z powieściami.

Jest jakaś książka, której Pan nie ma, a bardzo chciałby mieć?
JERZY TUROWICZ: A na pewno. Nie mam jednej książki z wydawnictwa „Skiry”. To album o podziemnych kościołach w Etiopii. Kiedy byłem w Genewie, ta książka była już wyczerpana i jej nie mam.

Możemy się przejść po mieszkaniu?
JERZY TUROWICZ: To sypialnia. Dwa tapczany, szafa, a na niej kryminały. Czytam je przed zaśnięciem. To znaczy czytam cztery czy pięć stron, szybko zasypiam i następnego dnia nic nie pamiętam. W ten sposób czytam w kółko Chandlera.

ANNA TUROWICZOWA: A ja Chmielewską.

JERZY TUROWICZ: Za kryminałami na szafie stoją dramaty. A co to za stosy za żony biurkiem, to nie wiem.

ANNA TUROWICZOWA: Książki, które tłumaczyłam. Chciałam pani jedną pokazać, ale nie mogłam znaleźć.

Ale w sypialni jeszcze można wytrzymać.
JERZY TUROWICZ: Prawda?

Ciekawe, jakie książki macie Państwo przy łóżku.
JERZY TUROWICZ: Kończę czytać obie książki o Kisielu.

Przykro było Panu, kiedy przeczytał Pan „Dzienniki” Kisiela?
JERZY TUROWICZ: Przykro.

ANNA TUROWICZOWA: A mówiłam mu, żeby nie czytał tego do poduszki.

JERZY TUROWICZ: Dlaczego? Mam twardą skórę. Próbowałem zrozumieć, dlaczego tak pisał. Ten tapczan... Widzi Pani, za co on służy?

Oczywiście nie za tapczan.
JERZY TUROWICZ: Już właściwie nie wiadomo. W tamtym pokoju jest cała beletrystyka, i jak Pani widzi, dużo jeszcze można tu wcisnąć, bo książki stoją nie pionowo, tylko w skos.

Jeszcze można by dołożyć na płask.
JERZY TUROWICZ: Tu jest poezja. Bardzo duży zbiór. Mam pierwszy tom Miłosza. Tu memuary, znów albumy sztuki, pudła z dubletami.

A za tą skrzynią?
JERZY TUROWICZ: Nikt nie wie. Jeszcze nikt tam nie dotarł. Nie ma dostępu. Tu są teksty Papieża i o Papieżu, oraz albumy z jego podróży. W tym pokoju też suszy się i prasuje. W przedpokoju – encyklopedia i encyklopedia katolicka, miesięczniki w trzech rzędach, a tu – zbieranina. Ten pokój jest magazynem.

Rozumiem. To znaczy – różni się od innych?
JERZY TUROWICZ: Tu pracuję. Nawet mogę na tym stole postawić maszynę. Obok przyrosty ostatnich dni – między innymi najnowsza książka Timothy Garton Asha i wycinki oczywiście. Dziś jeszcze nie zdążyłem wyciąć.

ANNA TUROWICZOWA: Dlatego ma jeszcze czyste mankiety u koszuli. Wycinanie to strasznie brudna robota.

JERZY TUROWICZ: Na szczycie tej piramidy z półek, gdzie są książki typu pocket books, stoją klasyki Plejady i znów albumy o sztuce wydawnictwa Unesco, które są bardzo piękne, ale mają zupełnie nieustawialne formaty. Tu są teczki z napisem ,Dziś” albo „Pilne”.

ANNA TUROWICZOWA: To teczki sprzed dwudziestu lat, trzydziestu czy czterdziestu. Największa zaraza. Pilne teczki, do których nikt nigdy się nie dostał.

JERZY TUROWICZ: Przyznaję, gdybym miał czas, trzy czwarte wyrzuciłbym na makulaturę. Ciągle jednak muszę robić nowe. Mam tu koperty z napisami „Satanizm”, „Nowy rząd”, „Wychowanie seksualne”, „Miny przeciwpiechotne”...

Przepraszam, do czego Panu miny przeciwpiechotne?
JERZY TUROWICZ: Może będę musiał napisać przeciw minom jakiś komentarz. Kto wie? Dalej mam „Algier”, „Powódź”, „Pogrom w Kielcach”, „Prawa człowieka w Chinach”, „Mienie SdRP”, „Radio Maryja”, cała koperta na byłego ministra kultury, pana Podkańskiego, „Biskupi i Unia Europejska”, „Sekty”, „Bośnia”, „Narodowość śląska”, „Trybunał Konstytucyjny”, „Nacjonalizm”, o, znowu „Bośnia”, „Izrael i Palestyna”, „Bezdomni”, „Piotr Skrzynecki i piwniczanie”, „Posłowie i senatorowie”, „Fundacja Batorego”, o, znowu „Sekty”, „Przemoc domowa”, „Złoto żydowskie”, „Unia Wolności” i tak dalej.

Czy ma Pan teczki na każdą partię?
JERZY TUROWICZ: Nie. Tylko na Unię, SdRP, na partię monarchistów i trochę na PSL. Tu w kilku rzędach „Kultura” paryska, której nawet jezuitom nie oddam, a tu książki Dorothy Day, wybitnej amerykańskiej postaci katolickiej i oczywiście dzieła zbiorowe Maritaina.

Nie chcę Państwa martwić, ale ta półka się wali. Przecież to wszystko zaraz runie?
ANNA TUROWICZOWA: Wiemy, wiemy. Ona mogła się zwalić na piec, ale tu, widzi Pani, jest podparta grubymi deskami i kijami. Przy tym rusztowaniu stoją książki o Irlandii i Japonii.

Dlaczego akurat o Irlandii i o Japonii?
JERZY TUROWICZ: W Irlandii kiedyś byłem i bardzo mi się podobało, a Japonią interesowałem się, bo to kraj, w którym nowoczesność styka się z tradycją. Mam też dużo książek politycznych, dotyczących PRL, tu problematyka żydowska i tu, tu ksiądz Tischner na przykład, książki dotyczące problemów narodu i nacjonalizmu. Od lat zbieram się, żeby napisać artykuł na temat nacjonalizmu.

Przepraszam, co jest w tych plastikowych reklamówkach?
JERZY TUROWICZ: Znaczki na wagę. Zbierałem od dzieciństwa i teraz mam odruch: kiedy dostaję list, odrywam znaczek i pcham go do torby. Proszę mnie nie pytać po co, bo nie wiem. Pewno oddam to jakiemuś młodemu chłopakowi.

Ma Pan książki z wszystkich możliwych dziedzin, łącznie z jazzem. Czy są tu książki, zaliczane, jak to się mówi, do kanonu, których Pan nie przeczytał?
ANNA TUROWICZOWA: Prousta przeczytałeś? Bo ja nie. Mnie on nie smakuje.

JERZY TUROWICZ: Nie całego, chyba jeden tom po polsku. Nie mam Prousta po francusku, gdybym miał, to bym przeczytał. Manna przeczytałem z grubsza. Dostojewskiego przeczytałem niedostatecznie – albo „Biesy” przeczytałem, albo „Braci Karamazow” – już nie wiem. Ale czytałem Czechowa, Tołstoja, Turgieniewa. Niewiele czytałem Balzaca, ale Conrada bardzo pilnie.

ANNA TUROWICZOWA: Joyce’a przeczytałeś?

JERZY TUROWICZ: Oczywiście. „Ulissesa” czytałem z planem Dublina w ręku. Ale jeszcze nie przeczytałem na przykład Karla Poppera „Społeczeństwo otwarte”. Powinienem był.

Chętnie pożycza Pan książki?
JERZY TUROWICZ: Zależy co i zależy komu.

A czego by Pan Redaktor nikomu nie pożyczył?
JERZY TUROWICZ: Bo ja wiem? Raczej nie pożyczyłbym nikomu książek Papieża i Miłosza z dedykacjami. Raczej nie.

Czy zdarza się, że wraca Pan do lektur sprzed kilkudziesięciu lat?
JERZY TUROWICZ: Rzadko. Nie mam czasu. Jeśli już to do moich maîtres ŕ penser, do Maritaina, do Mouniera.

ANNA TUROWICZOWA: Jeszcze chyba do Bernanosa?

JERZY TUROWICZ: No, może, ale on nie był moim maître ŕ penser.

Jaki jest Pana „czytający” rytm dnia?
JERZY TUROWICZ: W ciągu dnia prawie nie czytam książek, tylko prasę. I piszę długie listy, coś krótkiego do „Tygodnika”, ale mam w głowie, żeby napisać coś dłuższego. Dużo oglądam telewizji – programy informacyjne, dokumenty i dobre filmy. Prawdę mówiąc, oglądamy czasem i niedobre filmy, bo bardzo często niedobre filmy dobrze się zaczynają. Książki czytam wieczorem, przed snem.

ANNA TUROWICZOWA: A zasypiasz szybko.

JERZY TUROWICZ: Powinno być zupełnie odwrotnie – powinienem czytać książki w dzień, a prasę przed snem, ale nie potrafię. Muszę być au courant. „Gazetę Wyborczą” czytam niemal od deski do deski poza gospodarką, bardziej pobieżnie „Rzeczpospolitą” i przerzucam lokalną prasę krakowską.

Powiedział Pan, że pamiętniki i wspomnienia to ulubiona lektura Pana żony. Pan nie lubi?
JERZY TUROWICZ: Teoretycznie bym lubił, ale jakoś nie czytam.

ANNA TUROWICZOWA: A dla mnie to miąższ życia.

Którego z polskich pisarzy zawsze Pan przeczyta, żeby nie wiem co?
JERZY TUROWICZ: Miłosza, Szymborską.

ANNA TUROWICZOWA: Z Szymborską nie masz dużo roboty.

JERZY TUROWICZ: Jana Józefa Szczepańskiego. Zawsze czytałem Kisiela, Ksawerego Pruszyńskiego.

Jak sobie Państwo radzicie ze sprzątaniem mieszkania?
JERZY TUROWICZ: W ogóle sobie nie radzimy. Nic nie odkurzamy, bo się nie da. Kiedy wyciąga się książkę z najwyższej kondygnacji, gdzie jest czarno od kurzu, trzeba wyjść na ganek i ją trzepać.

Dużo wydajecie Państwo na książki?
JERZY TUROWICZ: Sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie na pewno.

Gdyby był Pan Redaktor zmuszony do czytania tylko gazet, albo tylko powieści, albo eseistyki i tak dalej. Co by Pan wybrał?
JERZY TUROWICZ: Eseistykę z dziedziny politologii, socjologii, religii, historii już mniej, chyba że z najnowszej.

Ma Pan Redaktor książki jakichś marksistów?
JERZY TUROWICZ: A mam! Mam Schaffa, dzieła Lenina i Stalina oraz książkę Berii. Chcę teraz przeczytać ostatnią książkę Andrzeja Walickiego, bo sądzę, że on ma ambiwalentny stosunek do PRL. To musi być kontrowersyjna książka.

Ma Pan jakiegoś białego kruka?
JERZY TUROWICZ: Pierwszy przedwojenny tom Czesława Miłosza „Poemat o czasie zastygłym”. Miałem dwa egzemplarze i jeden mu wysłałem, bo on go nie miał. Mam pierwszy jego powojenny tom „Ocalenie”, którego sam robiłem korektę. Mam „Żagary”, dodatek do „Słowa” wileńskiego. Wyszło tego raptem osiem numerów, a ja mam komplet. Nawet pożyczała to ode mnie Biblioteka Narodowa, żeby zrobić mikrofilmy. Mam korespondencję z zaprzyjaźnionym, ale nigdy nie widzianym Andrzejem Bobkowskim. To było święto, kiedy przychodził od niego list. Gdzieś mam jakiś rękopis Norwida i zupełnie nie wiem, gdzie jest i skąd się u mnie wziął. Domyślam się, że jest w tej szafie, ale trudno ją otworzyć, bo po pierwsze jest zastawiona, a po drugie zginął do niej klucz.

Ale, jak rozumiem, klucz do swojej biblioteki ma Pan w głowie.
JERZY TUROWICZ: Jest metoda w tym szaleństwie.

Jaką książkę chciałby Pan Redaktor dostać na urodziny?
JERZY TUROWICZ: Wyszła teraz książka kilku autorów o postmodernizmie. Chciałbym się dowiedzieć, co to jest ten postmodernizm, bo do końca nie wiem. Nie wiem też, czy jak ją przeczytam, to się dowiem. Chciałbym jednak spróbować.

Dziękuję bardzo za rozmowę. Jeszcze niepokoi mnie ten Państwa korytarz o którym mi opowiadano. Do czego służy te dziesięć walizek na szafie?
JERZY TUROWICZ: Jak to do czego? Do podróżowania.

TP 51-52/1997

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]