Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Świat po katastrofie

Świat po katastrofie

17.10.2017
Czyta się kilka minut
Hugh Howey: Marzenie o nowym początku jest bardzo niebezpieczne. Nie da się naprawić świata jednym gestem. Nikt nie lubi żmudnej pracy, więc co rusz pojawia się pokusa wywrócenia stolika.
ULF ANDERSEN / AURIMAGES
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Bywasz nazywany pisarzem postapokaliptycznym. Przeszkadza Ci ta łatka?

HUGH HOWEY: Opowieści o życiu na gruzach cywilizacji tylko pozornie różnią się od innych, bo to przecież bardzo stary topos literacki. Ich bohaterami są ludzie próbujący samotnie przetrwać w nierównym starciu z nieprzyjaznym światem. W ten sposób zbudowane są wszystkie historie o rozbitkach na bezludnych wyspach czy kowbojach żyjących na prerii. Jeszcze wcześniej mieliśmy opowieści o ludziach zagubionych w bezkresnych lasach. Nie masz narzędzi, jesteś odcięty od swojej społeczności – czy uda ci się przeżyć? Nowoczesna fantastyka naukowa zmieniła w zasadzie tylko scenografię: wyspy i prerie zostały zastąpione odległymi planetami.

Dla mnie postapokaliptyczna konwencja to duże pisarskie ułatwienie, bo dzięki niej mogę swobodnie wymyślać zupełnie nowe światy. Jednak w szerszym ujęciu nie ma sensu wyodrębniać tego typu prozy, bo to jedynie kolejny etap w bardzo długiej ewolucji kluczowego dla historii literatury typu opowieści.

Zanim zacząłeś pisać, imałeś się różnych profesji. Byłeś stolarzem, barmanem, sprzedawcą, a nawet marynarzem.

Trudno wyobrazić sobie lepsze pisarskie CV, prawda? Każdy, kto planuje pisać, powinien najpierw sprawdzić się w innych dziedzinach. W ten sposób można poszerzyć wyobraźnię i zyskać niezbędne doświadczenie, w innym przypadku skazujemy siebie (i innych!) na koszmarną nudę.

Gdy przez pewien czas obracałem się w środowisku uniwersyteckim, poznałem wielu profesorów literatury, którzy w wolnych chwilach uprawiali pisarstwo. To było okropne – oni naprawdę nie mieli ciekawych pomysłów. Wszystkie ich powieści były o profesorach wdających się w romanse ze studentkami! Nie dość, że pisania nie można się na uniwersytecie nauczyć, to jeszcze na dodatek życie akademików jest najnudniejszym tematem literackim!

Podczas rejsu przyszedł Ci do głowy pomysł na trylogię „Silos”.

Tak, pracowałem wtedy na olbrzymim statku pasażerskim. Miał kilkadziesiąt pięter – najwyższe zajmowali oczywiście obrzydliwie bogaci pasażerowie. Im niżej, tym było biedniej. Trafiłem na sam dół, pod pokład, gdzie usuwałem plamy oleju z pokrywy silnika. To oczywiście bardzo prosta metafora, ale zafascynował mnie sposób funkcjonowania tej mikrospołeczności, jak również fakt, że ludzie za lepszy widok są gotowi zapłacić olbrzymie pieniądze. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem o podziemnym silosie, gdzie żyją tysiące ludzi odciętych od świata.

Nierówności społeczne i brak sprawiedliwości budzą w Twoich bohaterach niepokój, który ostatecznie prowadzi do krwawej konfrontacji.

Trylogia „Silos” to w dużej mierze powieść o powstaniu i walce z totalitarnym reżimem, w której starałem się również zawrzeć ważne ostrzeżenie: sam gniew to za mało, trzeba mieć jeszcze plan. W przeciwnym razie czeka nas katastrofa, czego przykładów w historii ludzkości mamy aż nadto. Wiele zrywów, nie tylko zbrojnych, kończyło się porażką, bo ich przywódcy źle oszacowali skalę wyzwania.

Ale nie trzeba wcale sięgać w przeszłość. Rozumiem wściekłość i rozczarowanie, które w ostatnich latach narastały w milionach Brytyjczyków i Amerykanów, ale ich bunt doprowadził do katastrofy w postaci Brexitu i wyboru Trumpa na prezydenta!

Angielskie słowo „unrest” ma w sobie dwojaki sens, bo może to być zarówno stan destruktywny, jak i produktywny.

Powiedziałbym, że dosłownie oznacza ono niemożność usiedzenia na miejscu, a każdy progres odbywa się przecież przez ruch. Trzeba jednak pamiętać, że nie można od tak zrezygnować z tego, co było wcześniej. Warto docenić punkt, w którym się w danej chwili znajdujemy, bo wiele udało nam się do tej pory osiągnąć. Nie przestawajmy walczyć, ale nie popadajmy przy tym w destruktywne przygnębienie, które prowadzi do nieprzemyślanych działań!

Czyli polityka to sztuka zarządzania niepokojem?

Etycznego polityka można rozpoznać po tym, jak ukierunkowuje niepokój własny i społeczeństwa. Weźmy choćby postać Bernarda, który zarządza społecznością silosu z tylnego siedzenia. Nominalnie jest tylko szefem działu IT, ale tak naprawdę sprawuje pełną kontrolę poprzez manipulację informacjami. Nie wzorowałem się na nim, ale analogia z Putinem jest oczywista. To obrzydliwy model przywództwa.

W 2009 r., gdy zaczynałeś pisać trylogię, świat wyglądał inaczej – było w nim więcej optymizmu i nadziei. Udało Ci się przewidzieć wiele rzeczy.

Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że przewiduje się coś, co jest stale powracającym elementem historii świata. W „Silosie” rewolucja wydarza się co kilka dekad, czyli podobnie jak w naszym świecie – weźmy choćby regularność kryzysów ekonomicznych. Ludzkość niewiele uczy się z historii, bo gdy dorastamy, ­popełniamy te same błędy, co nasi rodzice i dziadkowie. To jest bardzo smutne, ale każde pokolenie musi przejść przez tę fazę. Dlatego wydarzenia ostatnich kilku lat nie wydają mi się szczególnie oryginalne ani wyjątkowe.

To w końcu wierzysz w rozwój cywilizacji?

Jestem rozdarty – z jednej strony mamy rozwój medycyny, produkcji żywności czy coraz powszechniejszy dostęp do edukacji, dzięki którym w sporej części świata to zdecydowanie najlepszy okres w dziejach ludzkości. Jednak boję się, że technologia, którą nieustannie rozwijamy, ostatecznie unieszczęśliwi nas albo wręcz doprowadzi do katastrofy na nieznaną wcześniej skalę. Wystarczy spojrzeć na coś tak banalnego jak nasze laptopy czy telefony, które wciąż się zawieszają i psują. Strach pomyśleć, co się wydarzy, gdy urządzenia bardziej zaawansowane, podtrzymujące codzienne działanie naszego świata, zawiodą. Przeraża mnie, że nikt nie rozumie już w pełni technologii, na której oparta jest nasza cywilizacja. Dziś inżynierowie dopisują tylko kolejne kawałki kodu. ­Jestem więc optymistą, ale pełnym rezerwy i wątpliwości.

Podejmujesz ważne pytanie o odpowiedzialność naukowca. Donald, architekt, który w Twojej książce zaprojektował kompleks schronów-silosów, z przerażeniem odkrywa, że odegrał kluczową rolę w planie eksterminacji ludzkości.

Przyrównuje się wręcz do inżynierów odpowiedzialnych za powstanie obozów zagłady podczas II wojny światowej. To faktycznie chyba najważniejsze pytanie w mojej książce – czemu Donald oraz wszyscy podobni mu a znani z naszych dziejów ludzie nie przejrzeli w porę na oczy? Jak to możliwe, że ktoś projektował komory gazowe i nie wiedział, do czego będą służyć? Czy naprawdę mechanizm wyparcia jest aż tak silny? Czy wszystko można usprawiedliwić, także przed samym sobą?

Szalony projekt, który ma zgładzić całą populację, a ocalić jedynie garstkę wybranych, jest w całości realizowany przez mężczyzn.

Dla mnie oczywiste jest, że jeżeli chcemy lepszego świata, to potrzebujemy więcej kobiet u władzy. Dzięki temu mielibyśmy w polityce mniej testosteronu i agresji, a więcej konstruktywnych działań. Naszą cywilizacją do tej pory zarządzali prawie wyłącznie faceci – jakie są tego efekty, widać gołym okiem. Pora na zmianę. Dlatego w mojej książce nowym światem pokierują kobiety, nie widzę lepszego rozwiązania.

Postapokaliptyczna fikcja jako gatunek krytyczny?

Chciałem pokazać w krzywym zwierciadle stan naszej cywilizacji. Zawsze traktowałem tego typu opowieści jako ostrzeżenie przed realnymi zagrożeniami, ale jednocześnie widziałem w nich zapowiedź czegoś pozytywnego – o ile uda nam się uniknąć pewnych błędów, to być może czeka nas lepsza przyszłość. Dobra proza postapokaliptyczna łączy w sobie zarówno przestrogę, jak zachętę do działania.

Na czym polega specyfika opowieści tego rodzaju?

Coraz rzadziej wsłuchujemy się w poważne diagnozy kondycji naszego świata stawiane przez filozofów, analityków czy dziennikarzy. Natomiast opowieści z kręgu science fiction mają dużo atrakcyjniejszą formę, szczególnie dla najmłodszych odbiorców, a jednocześnie poruszają ważne kwestie. Gdy dzieciaki czytają „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins, nie tylko śledzą z wypiekami na twarzy świetną fabułę, ale też dowiadują się, czym jest rewolucja i walka z uciskiem, a także uczą się społecznej empatii. To na pewno będzie miało wpływ na ich późniejsze wybory życiowe. Poza tym każdy fikcyjny świat jest odbiciem naszego, więc zawsze to jakaś forma komentarza, nawet jeśli nie taka była intencja autora.

Snucie opowieści postapokaliptycznych zawsze ma w sobie coś z marzenia o nowym początku, będącym radykalnym odcięciem się od palących problemów. Trump, który roi o wielkim murze na granicy z Meksykiem, Brexit czy próby zamknięcia Europy na uchodźców czerpią z tego samego źródła.

Te marzenia są całkowicie nierealne, ale oddziałują na społeczeństwo, dlatego są tak niebezpieczne. Nie da się naprawić świata jednym ruchem. Historia ludzkości to historia ścierania się sprzecznych idei, z których żadna nie jest doskonała. Wypracowywanie konkretnych rozwiązań to żmudny i mało wdzięczny proces, dlatego tak często pojawia się pokusa, żeby wywrócić stolik i zacząć wszystko od nowa. Świetnym tego przykładem jest obecna dyskusja o reformie służby zdrowia w USA. System Obamy był wadliwy, ale działał. Ci, którzy chcą go zniszczyć, nie zadają sobie pytania o poniesione już koszta i skalę wykonanej pracy.

Dlaczego nie oglądają się za siebie?

Z powodu niedojrzałości, naiwności i nadmiernej pewności siebie. Do tego dochodzi brak świadomości historycznej. I nie dotyczy to wyłącznie młodych ludzi – Trump jest przecież po siedemdziesiątce, a robi dokładnie to samo. Dopiero niedawno przyznał, że bycie prezydentem USA nie jest wcale łatwe!

Co według Ciebie odpowiada za pogłębianie się kryzysu?

Jednym z głównych winowajców jest telewizja – ten ekran, który niby pokazuje świat, ale tak naprawdę bardzo zawęża nasze postrzeganie rzeczywistości. I nie ma to znaczenia, czy jest to telewizor w salonie, czy też ekran zamontowany w wymyślonym przeze mnie silosie. Zasada jest ta sama: zamiast patrzeć na różne zjawiska w całej ich złożoności, karmimy się ogłupiającą papką.

Należałoby zakazać telewizji?

To byłoby totalitarne rozwiązanie, ale gdybym miał taką władzę, zezwoliłbym na najwyżej 20-minutowe wiadomości dziennie. A na pewno surowo zabroniłbym 24-godzinych kanałów informacyjnych. Technologia zawsze wzmacnia w nas to, co najlepsze, i to, co najgorsze – mamy nowe wynalazki, które ratują życie, ale mamy też narzędzia, które służą wyłącznie do pogłębiania bezsensownych sporów.

Często jesteś podawany jako przykład pisarza, który odniósł ogromny sukces wykorzystując self-publishing. Jak do tego doszło?

Często wyjaśniam to za pomocą metafory kulinarnej. Wyobraź sobie, że uwielbiasz gotować i wymyślać nowe dania. Masz więc do wyboru: albo zatrudnisz się jako kucharz, albo otworzysz własną restaurację. Druga opcja daje ci dużo więcej, nie tylko ekonomicznie, ale przede wszystkim emocjonalnie i psychicznie. Oczywiście ryzyko niepowodzenia jest większe, ale warto je podjąć. Jeśli piszesz dla kogoś, jesteś tylko kucharzem pracującym w czyjejś kuchni. Musisz przestrzegać cudzych zasad, zarabiasz znacznie mniej, a twoja wolność jest ograniczona. Gdy sprzedaję książkę przez wydawcę, dostaję 12,5 proc. ceny. Gdy robię to sam, zatrzymuję 70 proc. Nie wiem, czemu tylu artystów wciąż nie pracuje na własny rachunek. Może nie potrafią docenić własnego potencjału, więc potrzebują, żeby im o tym nieustannie przypominać. Ale cena za to jest wysoka.

Self-publishing to także okazja do większej interakcji z czytelnikami.

Uwielbiam moich czytelników! Sytuacja, w której pisarz tworzy w izolacji od swoich odbiorców, jest stosunkowo nowa. Historie przez wieki opowiadało się przy ognisku, więc od razu widziało się reakcje słuchaczy. To była czynność bardzo społeczna. Interakcja z czytelnikami jest dla mnie kluczowym elementem budowania opowieści. Dziś możemy do tego wrócić, internet może być naszym globalnym ogniskiem, przy którym wymieniamy się historiami.

Zachęcasz nawet do tworzenia fanowskich kontynuacji Twoich tekstów. Czytasz je?

Oczywiście! Wiele z nich jest naprawdę świetna. Nie rozumiem, dlaczego tak często pogardza się tego typu pisarstwem. Wiele najwybitniejszych dzieł w historii literatury powstało w ten sposób, dość wspomnieć najważniejsze dramaty Szekspira. Literatura od zawsze bazuje na innych tekstach. Przypomina to jazz – gra się wciąż te same standardy, ale każdy dodaje od siebie coś nowego. Jesteśmy ogarnięci obsesją oryginalności, ale gdyby komuś udało się stworzyć dzieło naprawdę niepowtarzalne, to byłoby na pewno zbyt dziwaczne, żebyśmy mogli je zrozumieć i się do niego w sensowny sposób odnieść.©

HUGH HOWEY rysuje obraz świata po katastrofie, w którym niepokój przemienia się w odczuwaną nieustannie grozę. Na Festiwalu Conrada odpowie na pytanie, czy literatura postapokaliptyczna to jedynie fikcja, czy też wspierająca się na dostępnych danych symulacja tego, co może się zdarzyć w niedalekiej przyszłości. Czy literatura SF posiada krytyczny potencjał i czy może pełnić funkcję edukacyjną, nie tracąc przy tym walorów literackich? Rozmowę z pisarzem poprowadzi Grzegorz Jankowicz.

HUGH HOWEY (ur. 1975) jest amerykańskim pisarzem SF, twórcą bestsellerowej serii powieściowej „Silos”. Jej akcja rozgrywa się w postapokaliptycznej rzeczywistości, w której ludzkość zmuszona jest do życia w olbrzymich miastach-silosach zakopanych głęboko pod ziemią. Zanim został pisarzem, pracował jako kapitan jachtowy, dekarz i technik dźwiękowy. Pierwszą część swojego cyklu wydał samodzielnie, korzystając z platformy Kindle Direct Publishing korporacji Amazon. W Polsce ukazała się ona w 2013 r. (w tłumaczeniu Marcina Kiszela), a kolejne dwie części w latach 2014 i 2015.

MICHAŁ SOWIŃSKI (ur. 1987) jest redaktorem literackim Festiwalu Conrada, krytykiem. Doktorant na Wydziale Polonistyki UJ, stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]