Reklama

Profesor Andrews w Warszawie

Profesor Andrews w Warszawie

20.12.1998
Czyta się kilka minut
Wszystko działo się najzupełniej natu­ralnie: samoloty startowały, ludzie rozma­wiali ze sobą w różnych językach, ciężkie grudniowe chmury wisiały nad ziemią gotowe do zimowej komunii - zesłania na ziemię milionów białych płatków śniegu, każdy dla jednego istnienia
J

Jamesowi.

Profesor Andrews był przedstawicielem jednej ze szkół psychologicznych, bardzo ważnej, bardzo głębo­kiej, mającej przed sobą przyszłość. Jak prawie wszystkie takie szkoły, wywodziła się z psychoanalizy, ale zerwała z ko­rzeniami, opracowała własną metodę, wła­sną teorię, własną historię, własny styl życia, śnienia i wychowywania dzieci. Pro­fesor A. leciał teraz do Polski z torbą ksią­żek, z walizką ciepłych rzeczy - powie­dziano mu, że grudzień w Polsce jest wy­jątkowo mroźny i nieprzyjemny.

Wszystko działo się najzupełniej natu­ralnie: samoloty startowały, ludzie rozma­wiali ze sobą w różnych językach, ciężkie grudniowe chmury wisiały nad ziemią gotowe do zimowej komunii - zesłania na ziemię milionów białych płatków śniegu, każdy dla jednego istnienia.

Godzinę przedtem spojrzał na siebie w lustrach na Heathrow i wydało mu się, że wygląda jak komiwojażer - pamiętał ta­kich z dzieciństwa: chodzili od domu do domu i sprzedawali Biblię. Ale szkoła psy­chologiczna, którą reprezentował, warta była takiej wyprawy, Polska to kraj inteli­gentnych ludzi. Chodziło o to, żeby zasiać ziarno i wrócić do domu po tygodniu. Zo­stawić im książki, czytają przecież po an­gielsku, więc jakże się będą mogli oprzeć autorytetowi Założyciela.

Profesor, sącząc drinka zrobionego przez stewardesę ze słynnej polskiej wódki, przy­pominał sobie z zadowoleniem sen, jaki miał noc przed wyjazdem - a sny w szkole psychologicznej, którą oto reprezentował, były papierkiem lakmusowym rzeczywisto­ści. Otóż śniła mu się wrona, bawił się w tym śnie z dużym czarnym ptakiem. Moż­na powiedzieć, tak odważył się przyznać sam przed sobą - pieścił się z wroną jak z małym szczeniakiem. Wrona w systemie znaczeń onirycznych jego szkoły reprezen­towała zmianę, coś nowego, dobrego: poprosił więc o drugiego drinka.

Lotnisko w Warszawie było zaskakują­co małe i pełne przeciągów. Pogratulował sobie pomysłu zabrania w tę podróż czap­ki uszanki, którą miał jako pamiątkę jesz­cze ze swoich podróży do Azji. Od razu zobaczył swoją beatrycze – stała przy wyjściu trzymając przed sobą kartkę z jego nazwiskiem i imieniem. Była nieduża i ładna. Wsiedli do rozklekotanego samo­chodu i ona, prowadząc go nerwowo przez smutne rozwlekłe przestrzenie miasta, przedstawiała mu plan najbliższego tygo­dnia. Dziś jest sobota, dzień wolny od pra­cy. Zjedzą razem kolację i on odpocznie. Jutro w niedzielę - spotkanie na uniwer­sytecie ze studentami. Tak, powiedziała nagle, jest tu trochę nerwowo. Wyjrzał przez okno, ale nie zauważył niczego szczególnego. Potem wywiad do pisma psychologicznego, potem kolacja. W po­niedziałek, jeśli chce, może zwiedzić mia­sto. We wtorek spotkanie z psychiatrami w jakimś instytucie, nie był w stanie za­pamiętać szeleszczącej nazwy. W środę jadą do Krakowa na uniwersytet. Szkoła psychologiczna profesora Andrewsa cie­szy się tam wielkim poważaniem. W czwartek - Oświęcim, sam o to prosił. Być w Polsce i nie zobaczyć Oświęcimia..., wieczorem powrót do Warszawy. W pią­tek i sobotę całodniowe warsztaty dla psy­chologów praktyków. W niedzielę wylot do domu.

Dopiero teraz zorientował się, że nie ma swojej torby z książkami. Zawrócili po­spiesznie, ale walizka zniknęła. Dziewczyna o imieniu Gosha poszła gdzieś i nie było jej pół godziny. Wróciła bez torby. Być może torba wróciła do Londynu. To nic, powiedziała, przyjedzie po nią jutro, na pewno się znajdzie. Patrząc przez okno sa­mochodu nie słuchał jej podnieconej pa­planiny; zastanawiał się, co też jeszcze było w walizce - bielizna, czyste koszule, książki, fotokopie artykułów.

Zjedli przyjemną kolację z jej narzeczo­nym. Jego twarz kryła gęsta broda i oku­lary. Nie mówił po angielsku, przez co wydał mu się jakiś ponury. Profesor An­drews jadł czerwoną zupę z buraków z małymi pierożkami i uświadomił sobie, że to jest ten słynny „borszcz”, o którym wciąż mówił jego dziadek. Jego dziadek urodził się w Lodź. Dziewczyna ze śmie­chem poprawiała go. Powtarzała jak dziecku: „barszcz”. „Łódź''. Jego język był bez­radny wobec tych słów.

Czuł się już mocno wstawiony, gdy do­tarli w końcu do jakiegoś osiedla pełnego wysokich bloków. Wjechali windą na ostatnie piętro i dziewczyna pokazała mu jego mieszkanie. Była to kawalerka z małą kuchnią wciśniętą między jedyny pokój a łazienkę. Korytarz był tak mały, że nie mieścili się tam we trójkę. Umawiali się jeszcze hałaśliwie na jutro, dziewczyna obiecała przywieźć mu walizkę. Jej narze­czony rozmawiał jeszcze z kimś przez te­lefon tajemniczym półgłosem, aż w koń­cu poszli. Wyczerpany barszczem i alko­holem rzucił się na łóżko i usnął. Spał nie­spokojnie, chciało mu się pić, ale nie miał siły, żeby wstać. Słyszał jakieś hałasy na klatce schodowej, trzaskanie drzwi, kroki ludzi. Może mu się wydawało.

Obudził się i stwierdził z przerażeniem, że jest jedenasta. Z niesmakiem spojrzał na swoje wymięte ubranie. Wziął prysz­nic w małej, obskurnej łazience i niestety musiał włożyć nieświeżą bieliznę. Potem szukał w szafkach jakiejś kawy. Znalazł resztki w słoiczku po dżemie. Nie było ekspresu do kawy, więc zaparzył ją sobie wprost w kubku. Była zwietrzała, smako­wała jak napar z kory. Telefon milczał, Gosha pewnie odbierała jego walizkę. Z kubkiem kawy oglądał książki na pólkach, wszystkie po polsku, w brzydkich, szorst­kich dla oka okładkach.

Gosha nie dzwoniła, czas płynął powo­li przez gęste, przegrzane, senne powie­trze. Profesor podszedł do okna i zobaczył przestrzeń poznaczoną równymi bryłami budynków. Wszystkie miały ten sam ko­lor szarego, rozbielonego nieba. Nawet śnieg wydawał się szary. Słońce świeciło nieprzekonywująco.

Na ulicy stał czołg. Profesor Andrews otworzył okno, lak niesamowity to był widok. W twarz uderzyło go mroźne po­wietrze. Przy czołgu kręciły się maleńkie sylwetki, niewątpliwie żołnierze. Nagle opanował go niepokój, może kawa była zbyt mocna. Wyszperał z kieszeni kartecz­kę z numerem telefonu Goshy i układał sobie grzeczne, ale stanowcze pytanie: Dlaczego jeszcze się nie odezwała i co z jego torbą? W słuchawce nie było sygna­łu. Wykręcał numer jeszcze kilka razy. Po­tem wykręcił numer do Anglii - to samo. Próbował wszystkich numerów, jakie przyszły mu do głowy. Telefon był popsu­ty, ale przecież pamiętał, że brodaty na­rzeczony wczoraj z niego dzwonił. Ogar­nęła go wściekłość. Szybko ubrał się i zje­chał windą na dół. Po godzinie błądzenia między blokami (wydawały się takie same) znalazł wreszcie inny telefon, ale zdał sobie sprawę, że nie ma polskich monet. Tylko dwa banknoty, nawet nie wiedział, czy to dużo, czy mało. Ruszył w poszukiwaniu .miejsca, gdzie mógłby je rozmienić, ale jedyny mały sklepik, jaki znalazł, wyglądał na całkowicie opuszczo­ny. Była w końcu niedziela. Pomyślał ze strachem, że zrobił niemądrze, wychodząc z domu, ona na pewno usiłowała go zna­leźć, może już czekała na niego. Postano­wił wracać i zrozumiał, że się zgubił. Nie wiedział który z bloków jest jego blokiem. Nie pamiętał adresu. Co za lekkomyślność. Co za kraj. Zobaczył jakąś parę starusz­ków idących pod rękę i ruszył w ich stro­nę. Ale o co ich zapyta i w jakim języku? Minęli go patrząc w inną stronę.

Błądził między domami, coraz bardziej zmarznięty i zrozpaczony. Nawet nie wiedział, kiedy zrobiło się ciemno. Trafił ja­kimś cudem na czołg, przy którym teraz płonął wesoło ogień w metalowym koszu. Żołnierze, którzy mieli broń na plecach, grzali przy nim ręce. Poczuł jakiś atawi­styczny lęk i wycofał się szybko w ciem­ny park, ale dzięki temu czołgowi udało mu się zlokalizować swój blok - pamiętał widok z okna. Z ulgą znalazł się w swoim-cudzym mieszkaniu i zamknął za sobą drzwi na klucz. Była szósta, jego wykład właśnie się zaczął. Bez niego. A może właśnie z nim, może to jest sen, może to jest jakiś dziwny stań świadomości spo­wodowany zmęczeniem, lotem, pogodą czy kto tam wie jeszcze. Jego szkoła psy­chologiczna znała takie rzeczy.

Zajrzał do lodówki i znalazł tam kawa­łek zeschniętego żółtego sera, puszkę pasz­tetu, masło i dwa jajka. Na widok jedze­nia żołądek przejął władzę nad systemem nerwowym profesora Andrewsa. Za chwi­lę wesoło skwierczał omlet Największym prezentem, jaki profesor dostał tego dziwacznego; dnia od życia, była butelka Johnny Walkera, którą kupił jeszcze na Heathrow. Nalał sobie teraz pół szklanki i wypił prawie duszkiem.

Następnego dnia obudził się wcześnie, dopiero szarzało. Leżał nagi w łóżku - postanowił szanować swoje ubranie i nie spać w bieliźnie - kto wie, na ile miała mu starczyć. Odczekał do siódmej i delikat­nie podniósł słuchawkę telefonu. Nic. Te­lefon nie naprawi! się. choć profesor miał taką dziecinną nadzieję. Czasem z rzeczy­wistością, która jest zresztą tylko projek­cją psyche (tak utrzymywano w jego szko­le psychologicznej), dzieją się dziwne rze­czy. Nalał sobie wody do wanny i leżąc w przyjemnym gorącu obmyślił plan działania. Kupi plan miasta, znajdzie ambasadę. Potem wszystko będzie już proste. I zaku­py. musi coś zjeść porządnego. Pełen wi­goru ubrał się i zjechał na dół. Ruszył w stronę czołgu - stal przy jakiejś chyba głównej ulicy. Czołgu nie było. Za to uli­cą przejechały wozy opancerzone, jeden za drugim, ze złowrogim warkotem. Prze­chodnie patrzyli na nie z jakimś dziwnym wyrazem twarzy. Z werwą zaczepił jed­nego z nich - mężczyznę w jego wieku niosącego wypchaną siatkę. Od razu, po spojrzeniu, poznał, że ten go nie rozumie. Skończył jednak swoje pytanie. Tamten bezradnie podniósł i opuścił ramiona. Pro­fesor przeprosił go grzecznie i poszedł da­lej tam, gdzie, jak mu się wydawało, sły­szał szum wielu samochodów. Znalazł się przy dwupasmowej jezdni. Rzadko prze­jeżdżały nią samochody i rzadko czerwone autobusy. Nie wiedział, gdzie się za­trzymują. dokąd jadą, czy znalazł się w centrum, czy na peryferiach.

Postanowił posłuchać instynktu – była to jedna z ważniejszych przesłanek w szkole psychologicznej. którą reprezento­wał – słuchać instynktu, intuicji, przeczucia. Szedł chodnikiem, coraz bardziej zmarznięty, aż dotarł do placu, z którego promieniście odchodziły ulice. Było po­dejrzanie pusto, jakby było święto, a prze­cież to był poniedziałek czy wtorek. Z podnieceniem zauważył znajome słowo wśród rzadkich szyldów: BAR. Otworzył drzwi, przez chwilę nic nie widział, bo szkła jego okularów pokryła mleczna war­stewka pary. Przetarł je chusteczką i uj­rzał ponure pomieszczenie z kilkoma ob­skurnymi stolikami. Przy jednym siedzia­ła stara bezzębna kobieta. Nic nie jadła. Po prostu siedziała i patrzyła w szybę. Za kontuarem stała postawna dziewczyna w poszarzałym fartuchu. Nigdzie nie było śladów jedzenia, więc pomyślał, że może słowo BAR znaczy co innego po polsku niż po angielsku. Chrząknął niepewnie. Dziewczyna o coś go zapytała. .Zapytał, czy mógłby coś zjeść. Spojrzała niego ze zdziwieniem. Nie rozumiała go. Po chwili niezręcznego milczenia z zażenowaniem pokazał palcem na swoje otwarte usta: „Eat, eat. food", powiedział. Dziew­czyna chwilę się zastanawiała, a potem zniknęła w półotwartych drzwiach. Wró­ciła z inną, starszą. Zawstydzony powtó­rzył jeszcze raz ten prosty gest Kobiety zaczęły mówić coś do siebie szybko i gwałtownie. Pokazały mu ręką stolik i za chwilę postawiły na nim: jedna zupę, dru­ga talerz z dziwnymi kluskami. Stały nad nim przez chwilę, aż upewniły się, że je­dzenia znika w jego ustach. Było niedo­bre. bez smaku, a głód profesora ulotnił się. Pogrzebał widelcem wśród klusek i otarł usta papierową serwetką. Podszedł do kontuaru i podał dziewczynie banknot. Wydała mu sporą resztę, tak przynajmniej myślał - dużo banknotów i wiele monet. Wyszedł na ulicę, chcąc zapomnieć ten BAR. Czuł się ośmieszony, czuł się żało­sny. Zapragnął znowu znaleźć się w domu na jedenastym piętrze, telefon na pewno naprawił się. Zobaczył autobus, który prze­jeżdżał z przeciwnej strony i zatrzymał się kilkadziesiąt metrów od niego. Leniwie wysiadali i wsiadali do niego ludzie. Profesor w nagłym impulsie wskoczył do środka. Ruszyli. I nagie zrobiło mu się gorąco, bo autobus wcale me pojechał tam, gdzie wydawało mu się. że powinien.

Sprytnie zakręcił na placu i wjechał w ja­kiś krótki tunel. a potem nagle znalazł się na moście i profesor Andrews zobaczył w dole rzekę, którą płynęła leniwie lodowa kra. Wydawało mu się, że ludzie patrzą na niego z wrogością, więc usiłował się uspo­koić, nie dać po sobie poznać, że nieocze­kiwany postępek autobusu przestraszył go. Poza tym nie skasował biletu. Jeżeli na uli­cach stoją żołnierze, to za nie skasowanie biletu można pójść do więzienia. Tak, sły­szał o takich przypadkach, kiedy ludzie przepadali na zawsze w więzieniach Azji. Wyskoczył z ulgą na najbliższy m przystan­ku i od razu ruszył z powrotem. Strasznie wiało. Musiał zawiązać pod brodę troki czapki uszanki. Nos prawie mu odmarzł. Dotarł wreszcie do gwiaździstego placu i odnalazł drogę do domu. Z zimna nie czuł palców, prawie biegł. Na ulicy zobaczył jakąś bardziej niż inne oświetloną wysta­wę. Podszedł do niej bardziej z tęsknoty do światła i kolorów niż z ciekawości. To był sklep, normalny sklep, gdzie na pól­kach stało mnóstwo kolorowych towarów. Widział przez wzmocnioną kratami szybę alkohole z dobrze znajomymi etykietka­mi, puszki, słodycze, ubrania, zabawki. Nie było jeszcze późno, ale sklep był za­mknięty. Usiłował odcyfrować tabliczkę z godzinami otwarcia. Zrozumiał, że sklep powinien być otwarty, ale był zamknięty. Patrzył przez szybę rozczarowany. Gdy tak stał, minął go jakiś człowiek, który niósł mizerną choinkę. Powiedział coś do pro­fesora i zaśmiał się. Profesor odwzajem­nił uśmiech, ale mężczyzna minął go i zniknął.

Człowiek niosący drzewko. To był ja­kiś omen, profesor nie wiedział jaki, bo nagle jego umysł odwykł od myślenia symbolicznego, psychologicznego, jasne­go. Przez jego umysł galopowały teraz porwane, niekompletne emocje. Na przy­kład gniew, który zaraz zmieniał się w dziecięcą rozpacz. A potem nagle ogarniał go wewnętrzny, cichy śmiech. Demonicz­ny. Profesor Andrews był mistrzem w ob­serwowaniu własnych emocji, długo się tego uczył. Tutaj jednak ta umiejętność wydała mu się czymś zupełnie zbędnym. Zdał sobie jeszcze sprawę, że od dwóch dni nie powiedział żadnego sensownego zdania oprócz tego, którym zaczepił prze­chodnia i tego żałosnego „Eat, eat. food".

Następnego dnia, gdy upewnił się, że te­lefon wciąż nie działa, znalazł mały czyn­ny sklep na swoim osiedlu. Profesor był głodny, pierwszy raz w życiu. Ten sklep był inny. Były tam tylko butelki z jasnym pły­nem, może wódką i słoiczki z musztardą Oraz właśnie układano na półkach słoiki z sałatką buraczaną Uznał, że musi kupić to, co jest. Gdy wychodził, przywieźli właśnie chleb i sklep zapełnił się w ciągu kilku mi­nut. Ustawił się w ogonku i sprzedawczyni bez pytania podała mu bochenek; zapłacił i odszedł. Widocznie jednak ciągnęło go do ludzi, pociągał go ciepły tłum ustawiony w długie kolejkowe wężyki, bo nie chciało mu się wracać od razu do ciasnej i pustej ka­walerki, Stanął przy blaszanych stołach ustawionych wprost na chodniku, przed któ­rymi ludzie posłusznie stali w ogonku. Pa­trzył na ich twarze, szukał wśród nich Go­shy, może gdzieś tu była. Ludzie milczeli złowrogo. Byli poważni, spięci, jakby nie­wyspani. Przytupywali. Najbardziej ponu­ry naród świata. A mimo to przystanął koło nich. Nie, nie dlatego, że ich potrzebował- byli uncivilized – ale  dlatego, że płynęło od ruch, zwyczajne ludzkie ciepło. Mroźne powietrze topniało od ich odde­chów. Patrzył na opatulone sprzedawczy­nie, które Odławiały z wielkich beczek dorodne szatę karpie. Rzucały je wprost na wagę. Ryby trzepotały się na mrozie. Sprzedawczynie pytały każdego z kupujących: brzmiało to jak refren, jak mantra. Ucho profesora Andrewsa złapało melodię tej kantyczki i teraz śpiewało mu w głowie: „Żywą czy na miejscu?”. Profesor mógł się tylko domyślać znaczenia. Gdy kupujący potakująco kiwał głową, sprzedawczyni waliła w łeb ryby odważnikiem. Ryby znaj­dowały swoje miejsce spoczynku w roz­dziawionych nicianych siatkach.

Przeszedł go dreszcz. Miał wrażenie, że bierze udział w religijnym rytuale. Zabi­janie ryby. Żywą czy na miejscu?, te po­wtarzane słowa hipnotyzowały go. Zapra­gnął nagle włączyć się w tę okrutną po­wtarzalność i odejść z martwą rybą w siat­ce, jak wszyscy. Bezwiednie stanął w ogonku, ale gdy zobaczył mały, czterooso­bowy oddział żołnierzy z psem, otrzeź­wiał. Zawstydził się nawet. Ludzie milczą­co odwrócili wzrok od żołnierzy. Patrzyli teraz na własne stopy albo gdzieś w po­wietrze. Profesor z rozpaczą pomyślał o swoim londyńskim gabinecie, o książkach i cieple elektrycznego kominka.

Pod jego blokiem na parkingu sprzeda­wano bożonarodzeniowe choinki. Ustawi­ła się do nich kolejka, ale dużo mniejsza niż tamta. Więc kupił choinkę. Szedł teraz z nią pod pachą do domu, wyglądał tak samo jak wszyscy. Sprawiło mu to nagłą radość. Pogwizdywał. Wjechał do swoje­go cudzego mieszkania, usiadł w płaszczu i uszance przy stole i otworzył butelkę z jasnym płynem. To był ocet. Mój Boże, pomyślał, niemożliwe, żeby to działo się naprawdę. Mam epizod psychotyczny. Coś mi się stało niedobrego. Starał się znaleźć len punkt w czasie, kiedy to mogło się za­cząć, ale jego rozum opierał się przed my­śleniem. Wszystko, co sobie przypomniał, to apetyczne sandwicze w samolocie.

Profesor dziwił się sam sobie,- że tak dużo myślał o jedzeniu; jego umysł przyj­mował te myśli nieporadnie - był przy­zwyczajony, że rozsiadały się w nim, jak w wygodnych kanapach kształtne idee, abstrakcyjne pojęcia. A teraz pamięć Pro­fesora zajął obraz sklepu za kratami z pół­kami pełnymi towarów. To śmieszne, to niebywałe, myślał profesor, jak to on, z jakimś rozbawieniem, a zaraz potem z prawdziwym przerażeniem. Postawił cho­inkę pod ścianą w pokoju i przyglądał się jej cienkim delikatnym gałązkom. Z nie­chęcią zdał obie sprawę, że musi coś zro­bić, musi zacząć działać.

Spakował do torby swoje rzeczy, zga­sił światło, obrzucił jeszcze przedpokój ostatnim spojrzeniem i zatrzasnął drzwi. Zjechał windą na dół i usiłował teraz wrzucić do skrzynki na listy klucz od mieszkania. Był zdecydowany na wszyst­ko. Musi znaleźć ambasadę. Nie ma in­nego wyjścia. Przed domem natknął się na otyłego czerwonego na twarzy męż­czyznę, który pomimo zimna odgarniał szuflą śnieg. Mężczyzna ukłonił się nie­znacznie i powiedział coś, pewnie po­zdrowienie. Profesor Andrews poczuł. niespodziewany przypływ energii i, nie dbając o nic, sam sobą zaskoczony, opo­wiedział mu o ostatnich dwóch dniach. Że mieszka na górze, bo przyjechał z Londynu na wykłady, że jego przewod­niczka miała zadzwonić, ale telefony się popsuły, że czołg na dworze, zamknięty sklep, autobus, choinka, ocet w szklan­ce. Tamten stał i patrzył uważanie na jego usta. Jego twarz nic nie wyrażała.

Potem jakoś znalazł się w małym wy­pełnionym przedmiotami mieszkaniu. Z trudem dało się w nim poruszać. Siedział przy niskim stoliczku, pił wątłą herbatę ze szklanki z plastikowym uchwytem i raz po raz podnosił napełniany skwapliwie kieli­szek. Wódka miała dziwny owocowy smak. Była tak mocna, że po każdym łyku profesorowi boleśnie ściskał się przełyk. Słyszał siebie, jak opowiadał mężczyźnie i jego żonie (zaraz, otyła i różowa pojawi­ła się z gorącą kiełbasą rozłożoną apetycz­nie na talerzu) o swojej szkole psychologicznej, o Założycielu, o przeczuciach, w jaki sposób funkcjonuje ludzka jaźń. A potem ogarną! go ten nagły niepokój, przy­pomniała mu się ambasada, więc bełkotli­wie zaczął powtarzać to jedno słowo: „Embassy”, .British embassy”. „War”, odpo­wiedział mu na to mężczyzna i w obie ręce chwycił powietrze tak, że prawie zmate­rializowało się w. karabin. Mężczyzna przysiadł, zmrużył oczy i wydał dźwięk naśladujący strzelanie. Ostrzelał pełne wiszących paprotek ściany. „War”, powtó­rzył. Profesor chwiejnie ruszył do toalety i znalazł się w drzwiach kuchni. Na stole stała skomplikowana chemiczna aparatu­ra pełna rurek i kraników. Od ostrego za­pachu zrobiło mu się niedobrze. Delikat­ne dotknięcie gospodarza skierowało do łazienki. Profesor zamknął za sobą drzwi, a gdy się odwrócił, zobaczył w wannie wielką pływającą rybę. Była żywa. Nie wierzył własnym oczom. Trzymał się za guzik u spodni i patrzył prosto w jej pła­skie podwodne oko. Czuł się uwięziony tym wzrokiem. Ryba leniwie poruszała ogonem. Nad wanną suszyło się pranie. Stał tak chyba z kwadrans, nie mogąc się ruszyć, aż zaniepokojony gospodarz zaczął dobijać się do drzwi. „Szszsz...”, uciszał go profesor. Patrzyli sobie w oczy z tą rybą. Było to przerażające i przyjemne zarazem, pełne sensu i jednocześnie absurdalne. Bał się i w jakiś dziwny sposób czuł się szczę­śliwy. Ryba była żywa, poruszała się, gru­bymi wargami wypowiadała jakieś niesły­szalne słowa. Profesor Andrews oparł się o ścianę i przymknął oczy. Ach, zostać w tej maleńkiej łazience, w brzuchu wielkie­go bloku, w środku wielkiego mroźnego miasta, być pozbawionym słów, nie rozu­mieć i nie być rozumianym. Patrzeć w sam środek płaskiego cudownie okrągłego ry­biego oka. Nie ruszać się stąd.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i pro­fesor wpadł w ciepłe mocne ramiona gospodarza. Przytulił się do niego jak dziec­ko. Szlochał.

Po chwili jechali taksówką przez zalane zimnym słonecznym blaskiem miasto. Profesor Andrews trzymał na kolanach swoją torbę. Potem, gdy żegnał się z oty­łym mężczyzną pod bramą ambasady, tam­ten pocałował go w oba nie golone od dwóch dni policzki. Co profesor mógł mu powiedzieć na pożegnanie? Chwilę usta­wiał nieposłuszny, pijany język, a potem wyszeptał niepewnie: „Żywą czy na miej­scu?”. Polak spojrzał na niego zdziwiony. „Żywą”, odpowiedział.

TP 51-52/1998

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

telefon nie naprawi! się dorodne szate karpie len punkt ogarną! w.karabin i coś jeszcze wcześniej...

Nie widział lasu, bo mu go drzewa zasłaniały... A to skandal! Literówki w tekście noblistki!
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]