Reklama

Posiadanie to powinność

Posiadanie to powinność

30.06.2009
Czyta się kilka minut
Ks. prof. Grzegorz Ryś: Jeśli przyjąć, że Bóg nie chce mieć nic wspólnego z materią, to nie jest Stworzycielem, nie wcielił się, nie odkupił człowieka i nie założył Kościoła. Rozmawiali Dariusz Jaworski i Maciej Müller
D

Dariusz Jaworski, Maciej Müller: Czy dla chrześcijanina własność może być celem?

Ks. prof. Grzegorz Ryś: Samym w sobie nie powinna, ale jednym z wielu, tkwiącym gdzieś w hierarchii wartości - tak.

Na którym szczeblu tej drabiny wartości?

Odkąd Kościół używa pojęcia prawa natury, własność jest przezeń opisywana jako jedno z elementarnych praw człowieka. Sprzeciw wobec komunizmu wyrażony choćby przez papieża Leona XIII w encyklice "Rerum novarum" wychodził od stwierdzenia, że komunizm zastępuje własność prywatną "opatrznością" państwową. Tymczasem papież podkreślił, że to człowiek winien być w pewnym sensie "opatrznością" wobec siebie samego i swojej rodziny, ale żeby mógł to spełnić - potrzebna jest własność.

Pierwszy poważny spór wokół własności i prawa natury odbył się w XIII w. wśród franciszkanów. Dotyczył tego, czy Chrystus i apostołowie posiadali własność, a jeśli tak, to czy była wspólna czy indywidualna. Radykałowie podkreślali, że można mówić wyłącznie o używaniu dóbr materialnych przez Jezusa, a nie o ich posiadaniu. Konsekwentnie, chodziło o to, czy człowiek może w sposób godziwy posiadać i do czego mu to potrzebne. W ramach tego sporu ci, którzy przyjmowali stanowisko bardziej umiarkowane, powoływali się na prawo naturalne. Tę argumentację ostatecznie przyjęli papieże.

Wtedy jednak własność kojarzyła się bardziej z ziemią niż z pieniądzem, czyli z władzą...

I to tak dalece, że w języku średniowiecza dominium oznacza zarówno własność, jak i władzę. To był świat feudalny, gdzie pozycję społeczną człowieka wyznaczał stan jego posiadania. Kościół spotykał się tu z fundamentalnym problemem: z reformy gregoriańskiej, u której źródła tkwiły hasła życia apostolskiego i ideału ubóstwa, Kościół wyszedł jako broniący swego stanu posiadania w imię niezależności od władzy świeckiej.

W jaki sposób myśl teologiczna godziła to z Ewangelią?

W Ewangelii ubóstwo jest radą, nie nakazem. Benedykt XVI mówił cztery lata temu na krakowskich Błoniach, że patrzymy w niebo, ale stoimy na ziemi. Tutaj nas Chrystus postawił. Musimy być świadomi mechanizmów funkcjonowania świata - oczywiście nie po to, żeby im ulegać.

Na początku XII w. papież Paschalis II chciał narzucić całemu Kościołowi ubóstwo: życie wyłącznie z ofiar wiernych i rezygnację z beneficjów. Jego pomysły uznano za niebezpieczne, wręcz heretyckie. A uczynili to nie ludzie, którzy dążyli do potęgi ziemskiej Kościoła, ale tacy, którzy chcieli jego reformy; zależało im na Kościele i nie traktowali go jako miejsca kariery. Uznali jednak, że papież działa na jego szkodę.

Trzeba pamiętać, że gdy w średniowieczu ktoś rzucał hasło ubogiego Kościoła, nie było to hasło oczywiste na poziomie realizacji.

Dzisiaj rozmaite środowiska - głównie lewicowe - nadal uważają, że między własnością a władzą jest znak równości. Czyli: jeżeli ktoś ma własność, ma władzę. Ile jest w tym prawdy?

Ludziom może się wydawać, że mając własność, posiadają władzę. Pieniądz otwiera rozmaite możliwości. Ale wydaje mi się, że dziś w Kościele już nikt w ten sposób nie myśli. Historia ostatnich dwóch wieków to potwierdza: papieże zyskali wielki autorytet w momencie, gdy stracili państwo kościelne.

Kto z katolików myśli dziś o papieżu w kategorii głowy państwa watykańskiego? Autorytet płynie z czego innego. To oznacza, że wracamy do wyczucia ewangelicznego. Ostatecznie ważne jest zupełnie co innego, i o czym wyraźnie świadczy Ewangelia: przed człowiekiem stają w życiu wyzwania, wobec których pieniądz jest bezsilny.

Chrystus mówi: "Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby w momencie, kiedy ona zawiedzie, oni was przyjęli do niebieskich przybytków". Człowiek np. skonfrontowany ze śmiertelną chorobą staje się bezsilny, bez względu na zakres swojej władzy.

Każdy ksiądz zderza się z sytuacją, kiedy środki bogate, o które się ubiegamy, okazują się tylko formą. Ostatecznie człowiek musi się "zderzyć" ze słowem Boga, z sakramentem. Jeśli za pomocą bogatych środków nie doprowadzi się człowieka do tego, co jest o wiele prostsze, to mamy do czynienia tylko z przysłowiowym "biciem piany".

W wielu ludziach ciągle odżywa marzenie o Kościele, który nie posiada.

Rozważania o posiadaniu muszą zawsze doprowadzić do św. Franciszka. To człowiek, który ubóstwo zrozumiał do cna - praktykował je do tego stopnia, że łatał jedną suknię przez całe życie. Jednocześnie Franciszkowi obca byłą idea manichejska, traktująca materię jako zło, które musi człowieka zniszczyć - czyli: Kościół, ile razy sięga po pieniądz, tyle razy cudzołoży z materią.

Tymczasem ubóstwo Franciszka było tożsame z umiłowaniem świata stworzonego i ze zrozumieniem jego wartości. Będąc niewidomym, napisał "Pieśń słoneczną", o tym, że słońce jest bratem, ziemia matką, a woda siostrą. Potrafił wszystkie te materialne rzeczy dookreślić, ukazać ich przymioty. On cały świat materialny nosił w sobie i nie odczuwał strachu przed materią. Mógłby wszystko posiadać i nadal byłby wolnym człowiekiem!

Przerysowany w manicheizmie ideał ubóstwa Kościoła, posunięty do granic (za granice!) możliwości prowadzi do zakwestionowania całej doktryny chrześcijańskiej. Kościół nie powinien mieć budynków, kult powinien mieć wymiar duchowy. Odrzucamy sakramenty, ponieważ powinny obywać się bez materii. Na początku wszystko wygląda ładnie i idealistycznie: ludzie żyją radykalnie, bez własności, w ascezie, poszczą, głoszą ideał czystości... Tylko jeśli przyjąć, że Bóg nie chce mieć nic wspólnego z materią, to nie jest Stworzycielem, nie wcielił się, nie odkupił człowieka i nie założył Kościoła.

Ale współczesny święty, Brat Albert, głosił, że jeśli w zakonie pojawi się własność, trzeba go rozwiązać...

To jeden z najważniejszych charyzmatów, jakie krakowski Kościół daje Kościołowi powszechnemu.

Tylko że tego charyzmatu nie da się zrealizować.

Nigdy nie chodzi o kopiowanie postawy kogoś innego. Charyzmat odnajduje się w sobie, nie można go narzucić. Brat Albert pokazał wartość ubóstwa i to, jakimi środkami się człowiekowi pomaga i co w  pomocy jest najważniejsze. Bóg powołał do świętości człowieka, który był wcieleniem wartości ewangelicznych: to przesłanie, które musimy na nowo odczytywać.

Przy okazji wchodzenia Polski do Unii Europejskiej okazało się, że w prawodawstwie unijnym nikt nie mógł zrozumieć sposobu funkcjonowania zakonu albertynów, który żyje bez własności. Po prostu: ktoś, kto prawo stanowi, stanął przed wydarzeniem absurdalnym w kategoriach współczesnego świata i musiał zadać pytanie: co za tym stoi i jak to działa?!

Jak dzisiaj posiadanie pogodzić z Ewangelią?

Ewangelia wzywa człowieka do jednego: do miłości. Wszystko inne jest formą. Posiadanie więc służy miłości albo jej nie służy. Można własność zamknąć w egoizmie.

Czyli jeśli nie zdefiniujemy, czym dla nas jest miłość, to będziemy mieli problem z posiadaniem?

Samo ubóstwo nie czyni nas świętymi. Wiemy dobrze, że ojcem wiary chrześcijan, a także żydów i muzułmanów jest Abraham. A patriarcha przecież ubogim nie był - posiadał wielki majątek. Hiob też był bogaczem.

Z drugiej wszakże strony Ewangelista Łukasz przestrzega przed posiadaniem i pisze, że ubóstwo musi być czymś konkretnym. Przestrzega przed wyłącznie duchowym rozumieniem ubóstwa. Mateusz napisał: "błogosławieni ubodzy w duchu", Łukasz: samo "ubodzy". Wzywa w ten sposób, by ubóstwo pokazać przez to, ile się naprawdę posiada. Ewangelia przestrzega przed zwodzeniem samego siebie. Człowiek wmawia sobie, że jest wolny, mając wszystkie dobra, które nabył. I nie wie, do jakiego stopnia jest bałwochwalcą tego, co posiada.

Kościół Dziejów Apostolskich żył ideałem ubóstwa i własności wspólnej. Trzeba wszakże pamiętać, że to nie jest pierwszy element obrazu, lecz ostatni. To, że jego członkowie mieli własność wspólną, brało się stąd, że razem się modlili, mieli tę samą wiarę. Wspólnota duchowa wypowiada się również przez to, że jest wspólnotą materialną. To problem nie tylko historyczny, ale obecny i dzisiaj, np. w relacjach między ludźmi, którzy spierają się o spadek. Muszą sami siebie zapytać, dlaczego pieniądz jest dla nich problemem, czego brakuje w jedności między nimi, że nie może się ona przełożyć na posiadanie.

Św. Paweł przyjmował pieniądze tylko od swojego ukochanego Kościoła w Filippi. Czy pieniądz jest tutaj środkiem tworzącym więzi?

Wyrażającym więzi. Paweł nie brał pieniędzy od Kościołów, z którymi nie łączyła go głęboka więź duchowa. Pamiętajmy też, że Jezusa - choćby częściowo - utrzymywały "ze swego mienia" kobiety. Wśród nich była Maria Magdalena. Utrzymywała Chrystusa ze swoich pieniędzy, zarobionych, być może, ...cudzołóstwem. Najwyraźniej, trzeba uważać, żeby nie wzgardzić dobrem, na jakie człowiek w danym momencie jest w stanie się zdobyć. Jeśli rozpoczyna się w nim proces nawrócenia, a my nie przyjmiemy jego daru, to możemy go zabić.

To pięknie brzmi, ale co np. ma zrobić dyrektor domu dziecka, któremu jakiś narkotykowy mafiozo próbuje podarować dużą kwotę pieniędzy? Przecież on wie, że to brudne pieniądze...

Ważne jest pytanie o motyw. Przy Marii Magdalenie widać, że nie daje pieniędzy na zasadzie: "Masz tu, Panie Jezu, trochę grosza, ale ja z Tobą nie chcę przebywać, tylko nadal uprawiać nierząd".  Kiedy wybrała drogę bycia uczniem Jezusa, używa grosza zdobytego niegodziwie na godziwy cel.

Św. Jana Kantego spytano kiedyś, czy można przyjąć każde futro podarowane na Kościół i zrobić z niego ornat. Przecież mogło służyć wcześniej np. mordercy. Święty odpowiedział: "W starożytności, w pierwotnym (a więc "idealnym") Kościele lupanary przerabiano na kościoły". Zło nie tkwi w pieniądzu jako takim, czyli w materii; zło jest w człowieku. Przerzucanie odpowiedzialności jest dla nas wygodne: nie ja jestem zły, tylko to pieniądz mnie korumpuje. Tylko że to ja mam problem z tym, co posiadam.

Gdyby więc mafiozo chciał potraktować tę darowiznę jako narzędzie do uspokojenia samego siebie, ale nic by nie chciał zmienić w swoim postępowaniu, to nie należy jej przyjmować. Ale jeśli przyjęcie daru uruchomiłoby jakąś przemianę w tym człowieku - to można te pieniądze wziąć.

Na czym więc polega problem bogatego człowieka, któremu trudniej wejść do królestwa niebieskiego niż wielbłądowi przecisnąć się przez ucho igielne?

Na tym samym, na czym polega problem bogatego młodzieńca z przypowieści ewangelicznej. Przychodzi do Jezusa, będąc przekonanym o własnej sprawiedliwości, ale traktuje ją bardzo jurydycznie. Pyta, co ma zrobić, żeby osiągnąć życie wieczne. Jezus daje mu radę, żeby wszystko, co ma, sprzedał, a pieniądze rozdał ubogim. Młodzieniec odchodzi zasmucony, bo tak naprawdę, stawiając pytanie, nie chciał usłyszeć odpowiedzi. A usłyszawszy ją mówi: "nie". Okazuje się, że poziom jego życia religijnego blokuje pieniądz. Doskonałość nie jest więc dla niego, bo musiałaby go zbyt drogo kosztować.

Królestwo niebieskie to rzeczywistość, w którą wchodzisz wtedy, kiedy wartości zaczynają się w tobie układać. I to, co posiadasz, ląduje na określonym miejscu hierarchii wartości. Dla młodzieńca majątek jest czymś, co nie pozwala mu pójść za Chrystusem. Tymczasem biblijny Zacheusz - kawał drania, który żyje z kradzieży i kolaboracji - nienamawiany przez nikogo mówi, że jeśli kogoś skrzywdził, oddaje czterokrotnie - a  (dodatkowo) rozdaje pół majątku. Żył z grzechu, ale okazuje się człowiekiem o wiele bardziej otwartym na porządek, który w człowieku wprowadza łaska niż "sprawiedliwy" młodzieniec.

Czy ta opowieść to przestroga Chrystusa przed bogaceniem się?

To nie opowieść, ale prawdziwa historia! Konkretni ludzie! Pytanie młodzieńca brzmiało: "nauczycielu dobry, co mam uczynić, aby osiągnąć życie wieczne". Jan Paweł II w liście do młodych zastawiał się, czy to pytanie jest zrozumiałe dla dzisiejszego człowieka. Jezus w tej przypowieści przestrzega nie tyle przed bogaceniem się, ile przed budowaniem takiego świata, w którym perspektywa życia wiecznego nie istnieje albo jest teoretyczna.

Czy w takim razie w jakikolwiek sposób Chrystus zachęca do bogacenia się?

Nie. Powtarzam: radą ewangeliczną jest ubóstwo. Chrystus nie podchodzi do człowieka w sposób idealistyczny. Objawił się w związku z grzechem. Nowy Testament (zwłaszcza listy Janowe) mówi, że w człowieku są trzy pęknięcia: pycha, chciwość i nieczystość. Brzmi to nienowocześnie, ale jest aktualne. Mój znajomy proboszcz w Londynie zapytany przez młodego parafianina, dlaczego w kółko opowiada o seksie i pieniądzach, odparł: "A co cię jeszcze interesuje?". Ewangelia nie jest moralizowaniem, ale doświadczeniem Boga, które człowieka porządkuje. Potrzebujemy Go właśnie w tych sferach: posiadania, życia erotycznego i własnego ego. Chrystus widząc, w czym człowiek ma problem, radzi mu ubóstwo, a nie nadmierne posiadanie. Jeśli ktoś ma problem z seksem, to mu się nie radzi oglądania filmów pornograficznych, tylko umartwienie w tej dziedzinie. Inaczej praca nad sobą będzie niepoważna. Św. Benedykt pisze w Regule, że nawet praca może prowadzić do pychy. Mnicha, który wykonuje świetnie jakieś rzemiosło i dochodzi do wniosku, że klasztor bez niego nie może już funkcjonować, poleca odesłać do obowiązków, na których ten zupełnie się nie zna. Tak, aby musiał przeżyć upokorzenie, zapytać o radę kogoś, kogo dotąd uważał za gorszego od siebie. Problemem nie jest więc praca, ale pycha.

Gdyby rady ewangeliczne były skierowane do człowieka idealnego, może brzmiałyby: czyńcie sobie ziemię poddaną, gromadząc, ile możecie. Ale Chrystus kieruje je do człowieka "pękniętego", dlatego wzywa do czystości, ubóstwa i posłuszeństwa.

Jedno z ośmiu błogosławieństw brzmi: "Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię". Cichość jest warunkiem posiadania?

Ono mówi: szczęśliwy ten, kto posiądzie ziemię. To obietnica, którą Biblia zna od początku historii zbawienia - od Abrahama, któremu Bóg obiecał potomstwo i ziemię. Błogosławieństwa mają sens, kiedy czyta się je od końca: szczęście polega na tym, co jest w nich obiecane. A pierwsza część wyjaśnia, dlaczego nie jesteśmy szczęśliwi.

Termin "cichość" zmusza do zadania pytania, w jaki sposób wchodzisz w posiadanie. Jeśli w sposób kłócący się z cichością - gwałtownie, w walce z kimś, w wyścigu szczurów - nie będziesz szczęśliwy. Bo wiesz, że na tym, co posiadasz, wisi jakiś dług. Weźcie Księgę Rodzaju. Oto Jakub. Wraca do Kanaanu z potężnymi stadami, rodziną, majątkiem. Naprzeciw wychodzi jego brat Ezaw, prowadzący 400 żołnierzy. Jakub orientuje się, że wszystko, co posiada, może być mu zabrane. Dlaczego? Bo już dwa razy oszukał Ezawa. Boi się. Próbuje więc przekupić brata i daje mu łapówkę: piękne zwierzęta ze swoich stad. Czyli jaki był wcześniej, taki jest i teraz. Strach go jednak nie opuszcza. Całą noc walczy z Bogiem i widzi Jego twarz. I odtąd zupełnie inaczej postrzega Ezawa - już nie jako przeciwnika. Na widok brata mówi, że w jego twarzy zobaczył twarz Najwyższego. Głębokie doświadczenie religijne przywraca pokój między rodzeństwem - pokój nadszarpnięty chęcią posiadania.

Ale codzienne doświadczenie nas uczy, że ktoś, kto na tym świecie jest cichy, to raczej wielkiego majątku się nie dorobi.

Każdy z nas powinien odpowiedzieć sobie na pytanie: czego szukam? Przecież Chrystus nie mówi, że życie wieczne to deser po daniu głównym, czyli tym, co tutaj przeżyliśmy. Człowiek musi wiedzieć, co go tak naprawdę zaspokoi.

Czy drogą do zaspokojenia może być jałmużna?

Jeśli ktoś w dawaniu jałmużny szuka satysfakcji, to staje się z nim to, co z faryzeuszem, który mówi: "Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie". On robił więcej, niż musiał, składał dziesięciny z wszystkiego, co posiadał. Ale to właśnie go zdegenerowało. W jałmużnie bowiem nie chodzi o satysfakcję, tylko o bycie dla drugiego. I tak samo w miłości. Najpiękniejszy chyba tekst Soboru Watykańskiego II mówi, że człowiek na wzór Trójcy św. nie może zrealizować siebie inaczej, jak poprzez dar z siebie samego. Napisano też, że człowiek jest jedynym stworzeniem na ziemi, które Bóg chciał dla niego samego. Czyli człowiek nie jest stworzony dla Boga, ale dla siebie samego. Jest celem sam dla siebie. Rozminie się jednak ze sobą, jeśli się skupi na sobie. To jest paradoks zapisany w Ewangelii: Ten, kto szuka swego życia, straci je; a kto straci swoje życie z Mego powodu - znajdzie je".

Jałmużna to dawanie siebie; żeby dawać, muszę mieć, czyli własność może prowadzić do świętości...

To sofistyka... Albertynki dają siebie, nie mając żadnej własności. Domy, w których mieszkają, są własnością biskupa. Dawanie siebie musi być czymś konkretnym. Najczęściej to pieniądz, ale też np. czas, praca. Dajesz wtedy, kiedy cię to kosztuje. Pieniądz jest papierkiem lakmusowym, bo pokazuje, co w człowieku siedzi. Jeśli nie potrafisz dać 10 zł, to pytanie brzmi: co w ogóle potrafisz dać?

Wiele firm tworzy rozmaite ciała, których celem jest pomoc potrzebującym. Potem to wykorzystują w kampaniach wizerunkowych.

Dobro należy organizować, ale nie każde takie dobro jest jałmużną. Istotą jałmużny jest to, że pozostaje w ukryciu - niech nie wie lewa ręka, co czyni prawa. Jałmużna musi być bezinteresowna, nie można od niej odcinać kuponów. Św. Mikołaj wrzucał przez okno bryłkę złota i uciekał.

Za trzecim razem go złapali. To pozwoliło ludziom odkryć, jak jest uduchowiony, jak poukładane ma wartości. I uczynili go biskupem. Jałmużna przyniosła profit, ale niezamierzony.

Benedykt XVI powiedział, że jesteśmy zarządcami dóbr, a nie ich właścicielami.

Bo w posiadaniu zawarta jest funkcja społeczna - powinność. Kiedy Kościół odkrył, że własność jest prawem natury, już wcześniej mówił, że nie można posiadać ponad miarę. Bo to, co posiadam ponad miarę, nie jest już moje.

Ks. prof. Grzegorz Ryś (ur. 1964) jest historykiem i teologiem, rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie, stałym współpracownikiem "Tygodnika".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Arcybiskup metropolita łódzki, wcześniej biskup pomocniczy krakowski, autor rubryki „Okruchy Słowa”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Doktor habilitowany nauk humanistycznych...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]