Reklama

Podróż do kresu PRL-u

Podróż do kresu PRL-u

08.06.2010
Czyta się kilka minut
Wprowadzanie w społeczny krwiobieg wyników badań, przypominanie prawd nie zawsze oczywistych, a częstokroć niewygodnych powoduje, że IPN nadal spodziewać się może wściekłych ataków i spektakularnych akcji obronnych.
I

Instytut od początku istnienia budzi skrajne emocje. Ma albo za sobą, albo przeciw sobie środowiska ze świata polityki, mediów, nauki czy kultury. Doczekał się peanów i obelg. Niestety, w toczącym się dyskursie - głównie medialnym - obraz Instytutu niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Nie jest on bowiem ani "policją historycznej pamięci", ani też głosicielem jedynej historycznej prawdy; nie jest ani zbiorowiskiem "oszalałych lustratorów", ani zakonem tych, którzy demaskują wszechobecnych agentów.

Jaki jest IPN? Spróbuję na to pytanie odpowiedzieć, choć nie jestem osobą bezstronną, bo od 10 lat w formowaniu obrazu Instytutu uczestniczę.

Prawda i pycha

IPN - o czym ciągle należy przypominać - jako instytucja państwowa realizuje zadania precyzyjnie wpisane w ustawę powołującą go do życia. Ustawę, dodajmy, nowelizowaną i w znaczący sposób korygowaną choćby przez Trybunał Konstytucyjny. Zatrudnieni w nim prokuratorzy ścigają osoby podejrzane o popełnienie ściśle określonych przestępstw, pion archiwalny zajmuje się gromadzeniem, przechowywaniem i udostępnianiem jednoznacznie sformułowanych w ustawie dokumentów, inna grupa prokuratorów, wspomagana przez historyków, czuwa nad przebiegiem procesu lustracyjnego, a obok tych zadań Instytut funkcjonuje jako placówka naukowo-badawcza, tudzież edukacyjna. Wszystkie te piony działają w obszarach społecznie wrażliwych, ale - co warto raz jeszcze podkreślić - w ramach jasno zakreślonych przez ustawodawcę.

Instytut jest swoistym depozytariuszem wiedzy, tkwiącej w przekazanych do jego dyspozycji archiwalnych materiałach. Wiedzy szczególnej: niekiedy trudnej do zaakceptowania, częstokroć burzącej dobre samopoczucie osób uwikłanych we współpracę z PRL-owskimi tajnymi służbami, a przy tym niebędącej wiedzą tajemną. Obciążanie więc Instytutu odpowiedzialnością za znajdujące się w tych dokumentach informacje jest zarówno nieporozumieniem, jak i nadużyciem, podobnie jak nadużyciem byłoby celowe zatajanie tych informacji. Inna sprawa, że spora grupa badaczy (nie tylko zatrudnionych w Instytucie) uległa swoistemu zafascynowaniu zawartością przysłowiowych "teczek" - warsztatowe słabości i brak świadomości co do charakteru interpretacyjnych niebezpieczeństw sprawiły, że pojawiły się pochopne oskarżenia, tanie sensacje i dyktowane badawczą pychą przekonanie o wyjątkowości przeżywanego naukowego doświadczenia. Postawy takie sytuują się jednak na obrzeżach instytutowych poczynań. Sam IPN bowiem to nowoczesna placówka badawcza i edukacyjna - przywracająca pamięć zwłaszcza o tym fragmencie ojczystych dziejów najnowszych, który przed rokiem 1989 bądź nie był obecny, bądź też został zmitologizowany zgodnie z potrzebami i oczekiwaniami ówczesnej władzy.

Badawcze preferencje

Skupieni w Instytucie historycy to reprezentanci głównie młodszego i średniego pokolenia. Liczba pozycji, sygnowanych czy to przez centralę IPN, czy też wydawanych w ramach tzw. ścieżek oddziałowych, zbliża się do tysiąca, obejmując monografie, wydawnictwa źródłowe, pamiętniki i wspomnienia, słowniki, albumy, najrozmaitsze materiały edukacyjne, tomy pokonferencyjne oraz trzy naukowe i jeden popularnonaukowy periodyk. Wbrew obiegowym opiniom to nie "agenturalne" wątki są głównym przedmiotem zainteresowania badaczy. Największe poznawczo efekty wiążą się z okresem II wojny światowej, czasem instalowania władzy komunistów (1944-48) i okresem stalinowskim. Relatywnie najmniejsze zainteresowanie budziły lata rządów Władysława Gomułki (z wyjątkiem Marca ’68), aczkolwiek nie ma chronologicznego podokresu czy istotnego problemu, który nie zostałby wzięty na badawczy warsztat.

Preferencje badawcze są przy tym swoistą syntezą indywidualnych zainteresowań i zaplanowanych centralnie lub regionalnie projektów. Te ostatnie, co zresztą wynika z ustawowej dyspozycji, objęły całokształt problematyki odnoszącej się do instalowania oraz funkcjonowania na ziemiach polskich systemu komunistycznego. Stąd badawcze programy - niektóre bliskie finalizacji, inne dopiero startujące - skupiały się z jednej strony na zagadnieniach związanych z poczynaniami aparatu władzy, a z drugiej koncentrowały się na opisie całej palety form społecznego oporu. W tym obszarze związani z Instytutem historycy wypracowali sobie wręcz monopolistyczną pozycję - dość powiedzieć, że w połowie dekady naukowe pozycje, które były sygnowane logo IPN, obejmowały 20 proc. wszystkich publikacji (monografii, wydawnictw źródłowych i pokonferencyjnych) dotyczących tego okresu, a obecnie zbliżają się do 40 proc.

Wypełnianie luk

Tematyka obecna w badaniach prowadzonych przez IPN (czy to w odniesieniu do lat II wojny światowej, czy PRL) wiązała się przy tym z zagadnieniami kontrowersyjnymi i nośnymi społecznie. Wystarczy tytułem przykładu przywołać dwa fundamentalne tomy poświęcone sprawie Jedwabnego, wydawnictwo omawiające najrozmaitsze aspekty wydarzeń bydgoskich we wrześniu 1939 r. czy - przenosząc się do czasów znacznie nam bliższych - cały szereg pozycji ukazujących tak stołeczny, jak i prowincjonalny Marzec roku 1968, a wreszcie cykl wydawnictw źródłowych i studiów dokumentujących skalę nacisku, ale też i uwikłania środowisk naukowych, twórczych czy artystycznych.

Zadaniem ważnym, a kto wie, czy nie najważniejszym, było i pozostaje wypełnianie wciąż licznych historiograficznych luk. Najpoważniejsza to losy "żołnierzy wyklętych" - zwłaszcza tych spod znaku WiN. Mamy tu obszerne, źródłowe monografie, wielotomowy słownik biograficzny poświęcony sylwetkom żołnierzy i działaczy niepodległościowych z lat 1944-56 oraz unikalny w skali europejskiej "Atlas" niepodległościowego podziemia, który chyba najlepiej ukazuje skalę badawczego postępu w odniesieniu do rozpoznania dziejów tzw. drugiej konspiracji. Nie ulega wątpliwości, że bez zbiorowej, starannie zaplanowanej i konsekwentnie realizowanej pracy takie osiągnięcia - nie tylko z naukowego punktu widzenia - nie byłyby możliwe. Nie omijano przy tym tematów, które - jak w przypadku Józefa Kurasia "Ognia" - do dzisiaj budzą olbrzymie emocje.

Po drugiej stronie sytuują się pozycje wnikliwie portretujące "zwyczajny resort". Nie powstała wprawdzie jeszcze synteza dogłębnie ukazująca skalę oraz mechanizmy represywnych poczynań komunistycznego systemu wobec polskiego społeczeństwa, ale publikowane wyniki badań historyków z IPN stworzyły już solidny fundament. Ważny krok na tej drodze, w postaci przygotowania kilkutomowej publikacji o kierowniczej kadrze aparatu bezpieczeństwa w latach 1944--90, został już zrobiony. Pojawiły się także dobrze udokumentowane pozycje o "prawnikach czasu bezprawia", czyli o roli, jaką w rozkręcaniu spirali terroru odegrał rodzimy wymiar sprawiedliwości.

Wiedza "pod strzechy"

Pełne przedstawienie pól badawczej aktywności historyków zatrudnionych w IPN wymagałoby napisania wielostronicowego studium (w najbliższym numerze periodyku "Dzieje Najnowsze" ukaże się artykuł dokumentujący miejsce zajmowane przez IPN w badaniach nad okresem PRL). Warto jednak wspomnieć, że opisowi "polskich miesięcy" towarzyszy długa lista pozycji ukazujących funkcjonowanie środowisk kontestujących polityczne realia PRL. Podobnie znaczące miejsce zajmują opracowania poświęcone specyficznym źródłom, znajdującym się w gestii naszej placówki. Na tym ostatnim polu znaczący postęp odnotowany został po 2006 r., gdy wydanych zostało kilka ważnych opracowań i studiów, odnoszących się do sposobu korzystania z materiałów pozostawionych przez służby specjalne, jak też ich specyfiki jako źródła historycznego. Dodam, że poza Instytutem poświęcone tej problematyce rozprawy po prostu nie powstają, a i sam temat w historycznym dyskursie w praktyce nie jest obecny.

Wsparte na rzetelnej kwerendzie źródłowej (która, wbrew nieprawdziwym, obiegowym sądom, nie jest ograniczona do instytutowych zasobów) prace historyków z IPN funkcjonują nie tylko w hermetycznym kręgu naukowym. Jej efekty - w postaci wystaw, pomocy dydaktycznych, warsztatów dla nauczycieli i uczniów itd. - trafiają do szerszych kręgów odbiorców. To prawda, że celowo oddziałują na emocje - jak w przypadku jednej z pierwszych wrocławskich wystaw, poświęconej skazanym na karę śmierci w czasach stalinowskich, gdzie dramatyzm czasu podkreślał rząd brzozowych, już nie bezimiennych krzyży. Ale przywracaniu pamięci o bohaterach walk o Niepodległą towarzyszyło jednocześnie odbieranie anonimowości tym, którzy za represje odpowiadali. Kto wie, czy nie z tego samego powodu równie duże społeczne emocje budził ogólnopolski cykl wystaw o "twarzach bezpieki".

Na tym obszarze sfera badawcza zazębiła się z możliwie szerokim upowszechnieniem stanu wiedzy niegdyś zakazanej i zmitologizowanej. Odebrała systemowi anonimowość.

***

Trudno nie dostrzec, że merytorycznym poczynaniom Instytutu z pewnością nie służy presja nakazująca upamiętnianie (skądinąd potrzebne i zrozumiałe) najrozmaitszych rocznic oraz pojawiająca się w niektórych wystąpieniach tendencja do obrony dobrego imienia bezpardonowo atakowanej placówki. A przecież, czego dowodzi najbardziej głośna instytutowa publikacja Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka ("SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii"), odpowiedź na tzw. zapotrzebowanie społeczne wcale nie musi oznaczać kolizji z badawczą rzetelnością i wysokim poziomem naukowego warsztatu. Najbardziej charakterystyczny jest w tym przypadku fakt niemal kompletnego braku (wyjąwszy mniej czy bardziej krytyczne recenzje prasowe) poważnego naukowego dyskursu.

IPN - zarówno w obszarze badań naukowych, jak i w popularyzowaniu ich wyników - zainicjował i kontynuuje proces przywracania pamięci o PRL jako o czasach terroru, represji i szykan. Mieszczą się w tym kluczowe zagadnienia z historii politycznej, choć gwoli ścisłości trzeba podkreślić, że do tej pory najlepiej rozpoznany został okres zamknięty datami 1939-56.

Badawczym poczynaniom towarzyszy likwidowanie "białych plam" i historiograficznych luk. Uparte zaś wprowadzanie w społeczny krwiobieg wyników badań, przypominanie prawd nie zawsze oczywistych, a częstokroć niewygodnych powoduje jednak, że IPN nadal spodziewać się może zarówno wściekłych ataków, jak i spektakularnych akcji obronnych. Aż do czasu, kiedy wydawane przezeń naukowe pozycje wywoływać będą jedynie merytoryczne dyskusje. Co, jak mniemam, oznaczać będzie rzeczywisty kres PRL-u.

Prof. Włodzimierz Suleja jest historykiem, specjalistą w dziedzinie polskiej myśli politycznej XIX i XX w., biografistyki politycznej, dziejów Wrocławia i opozycji politycznej po 1945 r.; dyrektor Oddziału IPN we Wrocławiu.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]