Reklama

TP Historia - 85.Boniecki

Podejść bardzo blisko

Podejść bardzo blisko

24.06.2019
Czyta się kilka minut
Horno-Popławski, patron Bydgoskiego Centrum Sztuki, zaczynał od granitu, by skończyć na kamieniach polnych. Z wielką uwagą przyglądał się naturalnemu materiałowi, by później przy pomocy pozornie prostych środków wydobyć syntetyczną sylwetkę.
Stanisław Horno-Popławski w pracowni plenerowej w Ogrodzie Botanicznym w Bydgoszczy, 1978 rok
N

Najpierw klasyka, czyli rzeźba antyczna, do której przekonał go profesor warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, Tadeusz Breyer. Nauka w jego pracowni sprawiła, że młody artysta, Stanisław Horno-Popławski, zgłębił tajniki rzeźbiarskiego warsztatu – tu uczył się wydobywać z bryły kształty, planować kompozycję czy wreszcie starannie wykańczać detale. Potem socrealizm, który skierował młodego twórcę ku codziennym tematom: wizerunkom ludzi przy pracy. I wreszcie wizyta we Włoszech pod koniec lat 50. XX w., gdzie rzeźbiarz i wykładowca gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych po raz pierwszy na żywo zobaczył etruskie rzeźby, operujące zaskakującymi skrótami. Podróż do Italii stała się w karierze Stanisława Horno-Popławskiego punktem zwrotnym. Zamiast powrotu do antyku, wybrał poszukiwanie własnej ścieżki: wybrukowanej granitem i polnymi kamieniami, prowadzącej od gruzińskiego dzieciństwa przez Wilno, Warszawę i Bydgoszcz ku Sopotowi, powojennej mekce artystów-wizjonerów.

W poszukiwaniu formy

Urodził się w 1902 r. w Kutaisi, w rodzinie powstańca styczniowego zesłanego do Rosji, i chociaż opuścił Gruzję z rodziną jako zaledwie 14-latek, tamtejsze pejzaże, kolory i światło zostały z nim na całe życie. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, Stanisław Horno-Popławski chętnie tam wracał i w latach 60. odwiedził miasto, gdzie przyszedł na świat – po tej wizycie stworzył cykl rzeźb, które można uznać za początek jego dojrzałego stylu. Kamienne prace poświęcił postaciom z gruzińskiej historii, m.in. Imamowi Szamilowi, dowódcy powstania kaukaskich górali, czy malarzowi samoukowi Niko Pirosmanaszwilemu. Nie są to jednak rzeźby pomnikowe, lecz wyobrażone portrety, oddające gruzińskiego ducha: wielkie było zdziwienie rzeźbiarza, kiedy po latach ujrzał fotografię Pirosmanaszwilego i przekonał się, że z wyobraźni stworzył niemal dokładny portret artysty. Nic więc zaskakującego w tym, że nawet w latach 90., już pod koniec życia, sopocki artysta swoje myśli wciąż kierował ku kaukaskim szczytom.

Zanim jednak Stanisław Horno-Popławski powrócił do Gruzji, odbył wiele innych podróży: z Kutaisi wraz z rodziną przeprowadził się do Moskwy (tu uczęszczał do szkoły kadetów), a dalej już sam – do Warszawy, na Akademię Sztuk Pięknych, do Wilna, gdzie jako 30-latek został wykładowcą na uczelni. Lata wojenne spędził w oflagu w Woldenbergu, a tuż po wojnie zamieszkał w Białymstoku, gdzie odnalazł żonę i dzieci, z którymi został rozdzielony w 1939 r. Później przeprowadzili się do Torunia, by pod koniec lat 40. na stałe zamieszkać w Sopocie, gdzie zmarł w 1997 r. W latach 70. miał jednak ważny pięcioletni epizod, gdy żył i tworzył w Bydgoszczy, co odcisnęło trwałe piętno na tamtejszym środowisku artystycznym.

Te podróże i ciągłe poszukiwania nie pozostały bez wpływu na styl Horno-Popławskiego, choć wiele koncepcji, które rozwijał w późniejszym okresie, można wyśledzić już na początku jego kariery. Pierwsza z nich to oczywiście wykorzystanie kamienia, ukochanego materiału rzeźbiarza – zaczynał od granitu, by skończyć na kamieniach polnych, z których delikatnie wydobywał kształty i rysy twarzy postaci. Druga to operowanie skrótem – już w latach 30., kiedy brał udział w konkursie na pomnik Marszałka, jego celem było odnalezienie najbardziej znaczących atrybutów pozwalających rozpoznać, kto został uwieczniony. Takie ćwiczenia z redukcji zaobserwować można choćby patrząc na kolejne, tworzone przez całe życie, wersje pomników Adama Mickiewicza czy Fryderyka Chopina. Uproszczeń dokonywał także kierując swoim dłutem – nawet w klasycystycznych rzeźbach, powstających w pracowni Breyera, stosował niezwykle oszczędne środki. Te cechy decydowały o kształcie rozwiniętego stylu Horno-Popławskiego: rzeźbiarza, który z wielką uwagą przyglądał się naturalnemu materiałowi, by później za pomocą pozornie prostych środków wydobyć z niego syntetyczną sylwetkę.

Ślad narzędzia

Dojrzała twórczość artysty może robić wrażenie intuicyjnej, powstającej właściwie spontanicznie w kontakcie z tworzywem. A jednak wiele lat odbierania i udzielania nauk nie pozostało bez wpływu na twórcę, który przed pracą często dużo szkicował, tworząc różne wersje rozwiązania tematu. Zanim zresztą zdecydował, że jego przeznaczeniem jest praca w trzech wymiarach, studiował na warszawskiej Akademii malarstwo. Na pracownię rzeźby zdecydował się później, ze względu na większy potencjał tej dziedziny. „Rzeźba skupia wszelkie dyscypliny plastyczne, jest architekturą, gdyż kształtuje i organizuje przestrzeń, jest też malarstwem, bo operuje światłocieniem, fakturą, materią, jest po części grafiką, bo zostawia niezatarty ślad narzędzia, jakim jest dłuto” – pisał młody Horno-Popławski.

Twórczość artysty budziła zainteresowanie jego współczesnych, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Przed wojną zdobywał liczne nagrody w konkursach oraz na wystawach salonowych, po wojnie doceniono go m.in. na biennale we Florencji, indywidualną wystawę zorganizowano mu także w Tibilisi, a po całej Polsce rozsiane są jego pomniki. Jednak w latach 70., kiedy zrezygnował z wykładania na gdańskiej Akademii, praca artystyczna stała się znacznie trudniejsza – nie tylko nie miał już pomocników w postaci studentów, ale również został wyrzucony ze swojej dotychczasowej sopockiej pracowni. Wtedy losem artysty zainteresowano się w Bydgoszczy: kiedy oddawał projekt pomnika Grobu Nieznanego Powstańca Wielkopolskiego, pojawiły się osoby chcące mu pomóc. Ponieważ tułał się między nieogrzewaną klitką w Sopocie (praca tam przyczyniła się do zdrowotnej zapaści) a domem na Kaszubach, bez wahania odpowiedział, że potrzebuje pracowni. Włodarze miasta zaproponowali mu zajęcie niewielkiego domku w Ogrodzie Botanicznym.

Kontynuacje

Horno-Popławski spędził w Bydgoszczy pięć lat, wykorzystując w swoich pracach z tamtego okresu polne kamienie zbierane w okolicy miasta. W podzięce za otrzymaną pomoc w Ogrodzie Botaniczym pokazał cykl „Kamienny potok”, a 14 z prezentowanych wtedy rzeźb zostało przekazanych Bydgoszczy, stając się ozdobą Ogrodu. Nic więc dziwnego, że kiedy w 2017 r. w mieście powstało Bydgoskie Centrum Sztuki, naturalnym patronem dla tego przedsięwzięcia okazał się rzeźbiarz, który w trakcie pobytu w mieście stworzył część swoich najważniejszych dzieł. Z kolei postać Stanisława Horno-Popławskiego zainspirowała program nowej instytucji: zainteresowanie współczesną rzeźbą, widoczne w prezentowanych wystawach, przestrzeń do twórczych eksperymentów i zdecydowane wejście w trzeci wymiar. Chociaż Bydgoskie Centrum Sztuki działa od niespełna dwóch lat w budynku dawnej rzeźni (a dokładnie – jej administracji), ciągle się coś dzieje.

Znaczącą częścią misji tej instytucji kultury jest przybliżanie bydgoszczanom prac artystek i artystów rzeźbiarzy. Właśnie dlatego pod koniec 2018 r. zorganizowano tu wystawę prac jednej z polskich klasyczek, czyli Magdaleny Abakanowicz – widzowie mogli zobaczyć jej najsłynniejsze realizacje, stworzone z tkaniny jutowej i żywicy, zbliżone kształtami do ludzkiego ciała. Pokaz podkreślał to, co w twórczości Abakanowicz wyjątkowe: umiejętność „wyrzeźbienia” przy pomocy tkaniny organicznych form budzących niepokój. Najsłynniejsze dzieła rzeźbiarki uzupełniały te nieco nowsze, np. metalowe ptaki, powstałe już w XXI wieku.

W programie Bydgoskiego Centrum Sztuki jest też miejsce na wystawy bardziej współczesne – duże zainteresowanie wzbudził choćby pokaz prac Tomasza Górnickiego „Oppressed”. Chociaż Górnicki pracuje raczej w metalu niż w kamieniu, prezentowane na wystawie głowy, szczególnie te spętane, popękane czy zakryte, w swojej formie niosą dalekie echa prac Horno-Popławskiego, takich jak „Ranna łączniczka”. Artysta zasłynął głównie swoimi realizacjami w przestrzeni miejskiej, często montowanymi bez pozwoleń, w wymyślonych przez niego miejscach – te bywały opisywane (m.in. przez Mariusza Szczygła w najnowszej książce „Nie ma”), ale trudno je zobaczyć na żywo. Artysta nie zapowiada swoich akcji, rzeźby często są szybko demontowane, więc wystawa w Bydgoszczy dla miłośników jego twórczości była rzadką okazją, by przyjrzeć się tym dziełom z bliska.

Instytucja nie ogranicza swoich działań wyłącznie do rzeźby: prezentowano tu projekty murali wykonywanych przez związanych z Bydgoszczą artystów, rysunki, fotografie i autochromy, plakaty czy wreszcie malarstwo. Tematem wystaw bywał też sam budynek zajmowany przez Centrum, a także historia Bydgoskich Zakładów Mięsnych. We współpracy z Centrum jedną ze swoich prac zrealizowała też Dorota Nieznalska, która stworzyła w Bydgoszczy instalację site-specific, nawiązującą do wydarzeń z lat 80., kiedy w Górnej Grupie (położonej 50 km od miasta) spłonął szpital psychiatryczny wraz z 55 pacjentami. W ramach akcji „Pożar w szpitalu psychiatrycznym” wykorzystała sztuczny dym, dźwięk syreny alarmowej oraz tekst napisanej po tych wydarzeniach piosenki Jacka Kaczmarskiego „A my nie chcemy uciekać stąd”.

Najbardziej rozpoznawalnym wśród prezentowanych w Bydgoszczy malarzy jest bez wątpienia Zdzisław Beksiński, którego obrazy pojawiły się na wystawie „Fantasmagorie” obok prac Damiana Leszczyńskiego. Dwóch artystów łączy wspólna, niezwykle bogata wyobraźnia, chęć przeniesienia widzów do wyobrażonej rzeczywistości. Wystawa okazała się o tyle znacząca, że w jej trakcie zaprezentowano opowiadający o twórczości Beksińskiego projekt VR „De Profundis”, który wcześniej był prezentowany m.in. w Muzeum Historycznym w Sanoku i stał się bezpośrednią inspiracją dla realizacji podobnego projektu dotyczącego Stanisława Horno-Popławskiego: tak pow­stała podróż po życiu i twórczości patrona centrum, zatytułowana „Kamienny ogród”, od stworzonego w Bydgoszczy cyklu. Zamiast prezentować dokonania artysty w tradycyjny sposób, postawiono na nowoczesne rozwiązania, tworząc ekspozycję atrakcyjną dla widzów w każdym wieku. Poza tym inaczej niż do muzealnych eksponatów, do wirtualnych kamieni można podejść bardzo blisko – tylko dotknąć się ich nie da. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]