Reklama

Pieśń ujdzie cało

Pieśń ujdzie cało

06.11.2017
Czyta się kilka minut
Droga do polskości Nowowiejskiego zaowocowała nie tylko „Hymnem dla Polaków za granicą”, ale też ogromną liczbą pieśni chóralnych, które pomagały odzyskać tożsamość innym.
Feliks Nowowiejski (z prawej) i ks. Bronisław Gładysz, prezes Związku Chórów Kościelnych miasta Poznania, 1928 r.
Z

Z dwóch braci, którzy przyszli na świat w bocheńskiej rodzinie Barabaszów, w pamięci Polaków zapisał się przede wszystkim młodszy o dwa lata Stanisław, kierownik słynnej Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem i pionier tatrzańskiego narciarstwa. O urodzonym w 1855 r. Wiktorze – pianiście, dyrygencie i pedagogu, absolwencie konserwatorium w Wiedniu – prawie wszyscy zapomnieli, choć okazał się jednym z najbardziej aktywnych i najskuteczniejszych organizatorów życia muzycznego w XIX-wiecznym Krakowie.

Przez 20 lat, aż do 1906 r., prowadził tamtejsze Towarzystwo Muzyczne. Jego oczkiem w głowie był chór, złożony w głównej mierze z amatorów, na tyle jednak biegły, by na koncertach wykonywać fragmenty „Pasji Mateuszowej” Bacha, utworów wokalno-instrumentalnych Händla, Haydna i Beethovena, a nawet dzieła Pierre’a de la Rue, Palestriny i Mikołaja Zieleńskiego.

Po odejściu Barabasza z funkcji dyrektora artystycznego Towarzystwo straciło renomę. Jego prezes, Edmund Krzymuski, profesor prawa UJ, postanowił zaradzić dalszemu upadkowi instytucji. Pod koniec 1908 r. rozpisał konkurs na tę „nieposażną, a pełną pretensjonalności posadę”, do którego przystąpili trzej obiecujący kandydaci. Każdy miał poprowadzić oddzielny koncert z osobiście ułożonym programem. Czym zadyrygował Włodzimierz Kenig, skrzypek i późniejszy członek orkiestry Filharmonii Warszawskiej – nie wiadomo. Zdzisław Jachimecki, który przeszedł do historii przede wszystkim jako wybitny historyk muzyki i autor pierwszej monografii twórczości Szymanowskiego, przedstawił IV Symfonię Brucknera, przyznając otwarcie, że należy ją potraktować jako swoistą deklarację estetyczną, wyznaczającą ewentualny dalszy kierunek rozwoju Towarzystwa. Nie znalazł uznania jurorów ani samego zespołu.

Konkurs wygrał Feliks Nowowiejski, zaprezentowawszy program złożony z „Eroiki” Beethovena oraz utworów własnych, które wzbudziły szczególny zachwyt krakowskich muzyków.

Wygrał i pożałował

Młody, trzydziestokilkuletni kompozytor, świeżo po studiach w Ratyzbonie i Berlinie, po nawiązaniu licznych kontaktów z tamtejszymi Polakami czuł potrzebę dalszego rozbudzenia tożsamości narodowej, pogłębiania wiedzy o polskiej literaturze, historii i tradycji muzycznej. Mimo pierwszych sukcesów natrafił na mur. Krytycy prześcigali się w złośliwościach.

Anonimowy dziennikarz krakowskiego dziennika „Głos Narodu” napisał na niego paszkwil wkrótce po konkursie: „Ojciec – Meyerbeer, Matka – Bądarzewska. (…) Dziecię – wypolerowane w ratyzbońskiej akademii. Dzisiaj gwałtem wdziewa na się polską sukmanę. Daremne wysiłki: zewsząd figlarnie wygląda ratyzbońska kamizelka. (…) Nie pomoże dorabianie do niby ultra-polskich wierszydeł niby ultra-polskich melodyj, przypominających fakturą epokę, już nie Moniuszki, nie Kurpińskiego, nie Gomółki, ale... Rzepichy. Lecz bądźmy sprawiedliwi: matka miała o wiele więcej inwencyi melodyjnej, ojciec zaś o wiele więcej świeżości i sprytu instrumentacyjnego”. Odrzucony rywal Jachimecki wyrażał nadzieję, że „pan Nowowiejski w odzyskanej swojej ojczyźnie zaaklimatyzuje się i nie będzie już tęsknić za patriotyczną muzyką niemiecko-pruską, której złożył niejedną już ofiarę w postaci marszów wojskowych”.

Sytuacja wyraźnie przerosła nowego dyrektora, który przed każdym koncertem musiał organizować orkiestrę praktycznie od zera, a chór zaniedbał zupełnie – co już doprawdy zdumiewające, bo podczas studiów w Ratyzbonie przesiąkł na wskroś ideami cecyliańskiego ruchu odnowy muzyki liturgicznej, który kładł ogromny nacisk na rozwój kółek śpiewaczych i naukę śpiewu w szkołach. Tryumf patriotycznej pieśni do słów „Roty” Marii Konopnickiej, odśpiewanej przez kilkuset chórzystów ściągniętych przez Nowowiejskiego ze wszystkich trzech zaborów 15 lipca 1910 r., podczas odsłonięcia pomnika Grunwaldzkiego, okazał się apogeum jego krakowskiej kariery. Na domiar złego luźno związanym z działalnością w Towarzystwie Muzycznym, które pogrążało się w coraz głębszym kryzysie.

Nowowiejski miał dość arcypolskiego Krakowa, w którym nie było ani stałej opery, ani zawodowego chóru, ani porządnego zespołu orkiestrowego. Tuż przed I wojną światową przeniósł się do miasta, które miało mu zapewnić lepsze warunki rozwoju. Czyli do Berlina.

Patriota z wyboru

Był zatem Nowowiejski wybitnym twórcą muzyki chóralnej, oddanym chórmistrzem i społecznikiem, wielkim patriotą? Z pewnością, ale świadomość polskości narastała w nim stopniowo. Polakiem był raczej z wyboru niż z urodzenia. Tożsamość nie tyle odzyskał, ile zbudował w sobie na nowo – z zapałem godnym najprawdziwszego neofity, którym z czasem zaraził setki tysięcy skutecznie zgermanizowanych i zrusyfikowanych Polaków. Nie było mu jednak łatwo. Kiedyś wyznał z goryczą: „Zamiast cieszyć się z tego, że jako Warmiak odzyskałem swoją ojczyznę, to poniektórzy mają mi to za złe”.

W 1900 r. Nowowiejski podjął studia w Kirchenmusikschule w Ratyzbonie. Uczelnia, założona w 1874 r. przez księdza Franza Xavera Haberla, promowała ruch cecyliański, którego twórcy sprzeciwiali się zeświecczeniu muzyki kościelnej i postulowali dostosowanie współczesnej liturgii katolickiej do wymogów Soboru Trydenckiego. W ratyzbońskiej szkole kultywowano tradycję chorału gregoriańskiego i ścisłej polifonii w stylu Palestriny.

Nowowiejski zdecydował się na kursy w Kirchenmusikschule z naturalnych przyczyn. Warmia zawsze była krainą w pewnym sensie odrębną: po wejściu w skład Korony Polskiej zachowała częściową autonomię, kiedy po pierwszym rozbiorze włączono ją do Królestwa Pruskiego, odróżniała się wyznaniem katolickim od reszty luterańskich Prus Wschodnich. Odrębni kulturowo byli też jej mieszkańcy.

Stąd późniejsze rozterki Nowowiejskiego, który w okresie swoich europejskich studiów i wojaży zaczął poznawać „prawdziwych” rodaków i stopniowo wiązać się z „utraconą” ojczyzną – jeszcze w latach 30. kompozytor skrupulatnie tropił Polaków w wykazach absolwentów ratyzbońskiej uczelni i często nie potrafił określić ich tożsamości. Nawet kiedy nazwiska brzmiały swojsko, zastrzegał się: „nie wiadomo, czy to Polak”.

Zanim los i historia dały mu szansę krzewienia idei cecyliańskich w II Rzeczypospolitej, Nowowiejski wrócił z nimi do Berlina, gdzie podjął dalsze studia u ­Maksa Brucha i otrzymał posadę dyrygenta chóru w katedrze św. Jadwigi, potem zaś w kościele św. Pawła na Moabicie. Nawiązał ścisłe kontakty z polskimi intelektualistami. Zaczął komponować pieśni patriotyczne. Angażował się w organizowane przez Polaków uroczystości narodowo-religijne. Po europejskich i amerykańskich sukcesach swoich pierwszych oratoriów udało mu się zorganizować koncerty także w Warszawie i Lwowie. Potem przełknął gorzką pigułkę krakowskich zmagań z zespołami Towarzystwa Muzycznego. Nie wszyscy chcieli docenić jego z trudem wyhołubioną polskość.

Wielką Wojnę odsłużył w pruskiej orkiestrze garnizonowej. Po zakończeniu konfliktu nie od razu wrócił do niepodległej Polski. Wpierw naraził się władzom berlińskiej Hochschule, która zakazała mu wstępu na teren uczelni za uporczywe uwzględnianie polskich pieśni patriotycznych w programach swoich koncertów. Wkrótce poniósł kolejną porażkę: zaangażował się w przegrany plebiscyt, który w 1920 r. ostatecznie pogrzebał nadzieje Polaków na włączenie Warmii do kraju: za przynależnością krainy do państwa polskiego opowiedziały się zaledwie cztery wsie. Wraz z innymi sfrustrowanymi wynikiem emigrantami osiedlił się na stałe w Poznaniu. I tam się wreszcie udało.

Nowowiejski dostał szansę zrealizowania swych marzeń w mieście o ugruntowanych tradycjach muzycznych, rozśpiewanym, rozegranym, otwartym na świat. Niemal z miejsca zorganizował liczący 500 osób Chór Narodowy. Zaangażował się w ruch amatorski: po mieście do dziś krążą opowieści o poznańskich chórzystach-konduktorach, którzy wstrzymywali tramwaje, żeby z okrzykiem „cześć pieśni!” zabrać dyrygenta w podróż w połowie drogi między przystankami. Oczywiście bez biletu. W 1929 r., podczas I Wszechsłowiańskiego Zjazdu Śpiewaczego, Nowowiejski poprowadził prawykonanie swojej „Ojczyzny” – do słów Psalmu 136 w tłumaczeniu Jana Kochanowskiego – siłami kilku tysięcy wokalistów. Zbudowawszy własną tożsamość warmińskiego Polaka, pomagał odzyskać ją innym, komponując swoiste hymny na użytek dumnych heroldów polskości: „Marsyliankę poznańską”, „Hymn dla Polaków za granicą”, „Hymn Powstańców Śląskich”. Układał tematyczne śpiewniki pozwalające tę odzyskaną polskość uporządkować.

„Płomień rozgryzie malowane dzieje, / Skarby mieczowi spustoszą złodzieje, / Pieśń ujdzie cało, tłum ludzi obiega” – wszystko wskazuje, że Nowowiejski wyniósł dobrą naukę z lektury Mickiewiczowskiego „Konrada Wallenroda”. Naród żyje dopóty, dopóki ludzie chcą powtarzać jego historię w pieśni. Oby powtarzał ją w kunsztownym wielogłosie dziecięcia wypolerowanego w ratyzbońskiej akademii, nie zaś ogłuszającym rykiem wytatuowanych patriotów, w którym ginie nie tylko melodia, ale i jakakolwiek tożsamość. ©

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]