Reklama

Odpowiedź na bunt

Odpowiedź na bunt

09.11.2016
Czyta się kilka minut
Wygrana Trumpa, jak się wydaje, bierze się z zupełnie niedocenianego gniewu. Gniewu, pod względem którego Polska okazuje się być prekursorem, wyznacznikiem trendów.
W oczekiwaniu na prezydenta-elekta, Nowy Jork, 09.11.2016 r. Fot. John Locher/ AP/FOTOLINK/EASTNEWS
S

Sytuacja jest gorąca, ale coś już widać. Patrząc na to z punktu widzenia Demokratów, każda katastrofa ma przynajmniej dwie przyczyny. I wydaje się, że ten wynik, tak jak dla wielu był szokujący, jest sumą dwóch zjawisk. 

Pierwszym jest bunt Ameryki, bunt tych wszystkich, którzy poczuli się odrzuceni i pogardzani. A z drugiej strony rzecz zupełnie trywialna –przeforsowanie przez Demokratów bardzo słabej kandydatki. Kandydatki, która miała duży bagaż błędów i bardzo dużo słabości. Także pod względem osobowościowym nie wywoływała entuzjazmu, mało bowiem było takich, którzy uważali ją za osobę uroczą, porywającą czy w jakikolwiek sposób wybitną. To, że się bardzo długo utrzymuje na politycznej powierzchni, ma wieloletnie doświadczenie, w warunkach buntu przeciw status quo okazało się bardziej obciążeniem niż atutem.


Więcej o wyborach prezydenckich w USA czytaj w naszym serwisie specjalnym >>>


Spoiwem tych dwóch elementów okazał się Trump. Też był kandydatem z kolosalną liczbą obciążeń, ale potrafił je obrócić w swoje atuty. One mogły się stawać takowymi w obliczu strategii drugiej strony, zarówno personalnej, jak i generalnej. Toporność medialna stała się szczerością, gdy zwróciła się przeciw wyrachowaniu i wcześniejszym błędom władzy. Nieobliczalność odróżniała od elit – była argumentem dla tych wszystkich, którzy naprawdę chcieli się zbuntować, którzy byli tak wkurzeni, jak długo byli ignorowani. Najwyraźniej zagłosowali na tego, kto ich zdaniem najbardziej wkurzał tych, na których oni sami się wkurzali. Nie przeszkodziły wszystkie oczywiste obciążenia, bo nagle się okazało, że nie ma takich słabości, których druga strona nie byłaby w stanie przebić własnymi. 

Pytaniem pozostaje, co się stanie z wszystkimi tymi nadziejami, które Trump był w stanie ujawnić i rozbudzić. Nic nie wskazuje, by miał jakikolwiek pomysł na to, aby coś realnie zmienić. Trafna diagnoza jest warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym do przedstawienia dobrej terapii. Lecz jeszcze rzadziej zdarza się, by chorobę dało się wyleczyć, jeśli się ją ignoruje lub jeśli diagnoza była zła. 

Niepewność jest teraz dojmującym uczuciem zapewne po obu stronach. Także w obozie zwycięzców – bo jednak znacznie łatwiejszą sprawą jest wygrać wybory, niż później takie rozbudzone nadzieje przełożyć na jakiekolwiek decyzje. Warto tu wspomnieć Baracka Obamę, który – patrząc z pozycji jego zwolenników – też rozbudził potężne nadzieje na zmiany. A gdy teraz, po dwóch kadencjach, patrzymy na to, co tak naprawdę zmieniło się w USA w kontekście tego, co Obama chciał zrobić na początku, to trudno o niezwykły entuzjazm na jakimkolwiek polu. Wiadomo, że były różne okoliczności, ale to jest problem każdego polityka – gdy już się zdobędzie władzę, nagle okazuje się, że jednak coś zupełnie innego jest ważne, niż to się wydawało w kampanii.

Nic nie wskazuje na to, żeby czasy prezydentury Trumpa były czasami spokojnymi, przewidywalnymi. Możemy być pewni, że będą tutaj zupełnie nowe wyzwania. Dlatego z jednej strony jest to potężny, a dla wielu przerażający kubeł zimnej wody. Trudno przejść do porządku dziennego nad sytuacją, gdy liderem największego mocarstwa zostaje ktoś, kogo rzucającą się w oczy cechą jest pajacowanie. Lecz z drugiej strony widać też, iż tak wygląda odpowiedź na podejście „nie da się”, które przez całe lata dominowało wśród elit Demokratów. Gdy spojrzymy na książkę, która ma już kilkanaście lat, „Co z tym Kansas?”, to tak naprawdę okazuje się, że nikt po demokratycznej stronie nie wyciągnął z niej żadnych wniosków, a jedynym, który wziął sobie ją do serca, był Donald Trump. 

Jego wygrana bierze się z tego zupełnie niedocenianego gniewu. Gniewu, pod względem którego Polska okazuje się być prekursorem, wyznacznikiem trendów. Widzimy, że nic nie przybliża porażki tak bardzo jak samozadowolenie elit rządzących. Jak przekonanie, że się jest lepszym od swoich konkurentów, ponieważ oni nie spełniają tych kryteriów, które samemu się uznaje za jedynie słuszne. Kolejnym krokiem w stronę przepaści jest sposób opisu wyborców rywala – Hillary Clinton nazwała połowę zwolenników Trumpa „koszykiem żałośników”, bo to rasiści, homofobi, seksiści i islamofobi. To jest dokładnie taka sama sytuacja jak wtedy, gdy Bronisław Komorowski dzielił Polaków na racjonalnych i radykalnych. Demokracja nie daruje błędu, gdy ludziom, którzy mają realny problem, próbuje się powiedzieć, że to oni są problemem.

Wysłuchała EB

Autor artykułu

Socjolog, publicysta, komentator polityczny, bloger („Zygzaki władzy”). Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Pracuje na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]