Reklama

Obłęd, wina, odkupienie

Obłęd, wina, odkupienie

09.03.2010
Czyta się kilka minut
Swoje łagrowe wspomnienia rozpoczynała autorka jako człowiek poddany cenzurze wewnętrznej - kończyła je jako istota całkowicie wyzwolona i ogarnięta pasją prawdy.
K

Książki mają swoje losy. Losy czasami bardziej pokrętne niż oryginały mają również przekłady z obcych literatur. Dobrym tego przykładem są wspomnienia Eugenii Ginzburg (1906-1977), jedno z najważniejszych świadectw Wielkiego Terroru i piekła, jakim były obozy na Kołymie.

Autorka zaczęła je spisywać pod koniec lat 50., i choć przez chwilę mogło się wydawać, że ukażą się w Związku Radzieckim - wszak na początku lat 60. redagowany przez Aleksandra Twardowskiego "Nowy Mir" wydrukował "Jeden dzień Iwana Denisowicza" Sołżenicyna - "Stroma ściana" została odrzucona przez tego samego Twardowskiego. Miał on powiedzieć, że Ginzburg zauważyła zbrodniczość komunizmu dopiero w chwili, gdy represje dotknęły starą gwardię komunistów, "kiedy zaś niszczono chłopstwo rosyjskie, uważała to za naturalne".

Jego słowa Ginzburg uznała za niesprawiedliwe oskarżenie. Była wprawdzie zaślepioną komunistką, do czego się przyznaje, ale po osiemnastu latach spędzonych od 1937 roku w więzieniach, karcerach, w obozach i na zesłaniu w Magadanie zrozumiała, że choć należy do ofiar, sama również ponosi moralną odpowiedzialność za zbrodnie stalinizmu. Dała temu wyraz w rozdziale "Mea culpa": "Nie stanowi dla nas pocieszenia świadomość, że nie braliśmy bezpośredniego udziału w zbrodniach i zdradach. Zabija przecież nie tylko ten, kto zadaje cios, lecz również ten, kto się opowiedział po stronie ZŁA. Obojętnie w jaki sposób. Czy przez bezmyślne powtarzanie zgubnych dogmatów, czy przez milczące podniesienie ręki, czy też przez tchórzliwe głoszenie półprawd... Mea culpa...! Coraz częściej mi się wydaje, że i osiemnastu lat ziemskiego piekła za mało dla odkupienia tej winy".

Tak więc "Stroma ściana" nie ukazała się w "Nowym Mirze". Były to już jednak czasy samizdatu, książka zaczęła więc krążyć po Rosji w kopiach, budząc emocje wśród inteligencji i zwykłych śmiertelników. Zapewne niejeden z nich powtarzał za Ginzburg: mea culpa... W 1967 r. tom pierwszy opublikowano na Zachodzie; w Rosji "Stromą ścianę" wydano oficjalnie w 1988 r. Dwa lata później pojawił się polski przekład, którego autorem jest Andrzej Mandalian. Szkopuł w tym, że wydanie z 1990 r. obejmowało jedynie pierwszy tom, a choć sam w sobie jest on wstrząsającym świadectwem terroru, czytelnik miał prawo nie dostrzec moralnej przemiany Ginzburg. Nie mógł się domyśleć, że jej książka to wielkie mea culpa - ów rozdział znajduje się w tomie drugim.

Może zresztą sama Ginzburg w 1959 r. nie domyślała się jeszcze, jak wielka czeka ją przemiana. Zaczynała pisać z wyraźną cenzurą wewnętrzną - kończyła jako człowiek wyzwolony, ogarnięty pasją prawdy. Powstało jedno z najważniejszych dzieł literatury łagrowej: szczere, wiarygodne, bogate w fakty, a przy tym znakomite literacko.

Ginzburg rozpoczyna od wyznania, że zamyśliła książkę jako list do wnuka; list, który dotrze do niego za kilkadziesiąt lat. "Dobrze, że się myliłam - pisała tuż po tym, jak Nikita Chruszczow potępił kult jednostki i zrehabilitował ofiary roku ’37. - Że w naszej partii, w naszym kraju znów zapanowała wielka leninowska prawda. Że dziś już można opowiedzieć szczerze o tym, co było i co nie powtórzy się nigdy. Oto wspomnienia szarego członka partii".

Tymczasem nie była ona aż tak szarym członkiem partii. Jej mąż Paweł Aksionow był wysoko postawionym urzędnikiem partyjnym, Eugenia wykładała na uniwersytecie kazańskim. Trudno się dziwić niechęci Twardowskiego. Być może zresztą, jak podejrzewała Ginzburg, nie doczytał jej wspomnień do końca. Gdyby zaś poprzestać na deklarowanej przez autorkę radości z "powrotu leninowskiej partii", można ją łatwo zaliczyć do grona wyznawców, których nawet Kołyma nie pozbawiła wiary w komunizm.

Jednak już pierwszy tom, mimo wewnętrznej cenzury, pozostaje oskarżeniem i demistyfikacją systemu. Swoje wspomnienia Ginzburg rozpoczyna w chwili zamordowania Kirowa, kiedy zaczęło się "preludium do symfonii obłędu i strachu". Aresztowano wielu jej współpracowników, przyjaciół, sąsiadów, sama zaś rychło uznana została za wroga ludu, pozbawiona pracy i wyrzucona z partii, w końcu zaś - oskarżona o uczestnictwo w konspiracyjnej trockistowskiej grupie terrorystycznej. Po dwóch latach więzienia skazano ją na dziesięć lat obozu pracy.

Opowiadając o aresztowaniu, przesłuchaniach, katach i towarzyszach niedoli, Ginzburg okazuje się przenikliwym obserwatorem i kreśli znakomite portrety psychologiczne ofiar i ich oprawców. Nigdy przy tym nie opuszcza jej zdziwienie, dzięki któremu - jak wyznaje - przeżyła. Ze zdziwieniem przygląda się towarzyszkom z celi, podobnie jak ona kobietom wykształconym, które dyskutują, czy Stalin wie o popełnianych zbrodniach, starają się usprawiedliwić jego szaleństwa zaostrzaniem się walki klasowej w miarę rozwoju socjalizmu i lękają się, by wśród więźniów "nie zrodził się niezdrowy stosunek do partii".

Z równym zdumieniem obserwuje bestie z NKWD, nie mogąc się powstrzymać od porównywania ich z gestapo. W drugim tomie będzie się zastanawiać, czy stalinowskie łagry wolno zestawiać z hitlerowskimi obozami śmierci. Cofnie się jednak - inaczej niż Wasilij Grossman w powieści "Życie i los" - przed postawieniem między nimi znaku równości, tłumacząc, że w obozach na Kołymie nie było komór gazowych. Zresztą i jej oprawcy mieli dostać się w tryby stalinowskiej maszynki do mięsa: niektórzy z nich popełnili samobójstwa, inni zostali rozstrzelani, a jednego z nich Ginzburg spotkała na Kołymie.

Jest to więc nie tylko "symfonia strachu", ale i bezprzykładnego zniewolenia, do jakiego komunizm doprowadził miliony. I trzeba oddać Ginzburg sprawiedliwość: jej to nie dotyczyło. Nigdy nie ubóstwiała Stalina i nie wierzyła w jego niewinność. W więzieniach zachowała godność i zdrowy rozum.

Pierwszy tom kończy się w chwili, gdy Ginzburg stawia pierwsze kroki na Kołymie. Spędzi tam dziesięć lat, w świecie barbarzyństwa i pośród bestii w ludzkich skórach: sadystów, gwałcicieli, ludzi gotowych zamordować bliźniego za kromkę chleba, a nawet kanibali. I przydarzy się jej cud większy niż ocalenie życia: ocali wiarę w człowieka. Zmaganie się wiary i niewiary w homo sapiens stanie się głównym tematem drugiego tomu. "Stroma ściana" wykracza poza ramy literatury łagrowej, stając się uniwersalną opowieścią o naturze ludzkiej, o odwiecznej walce toczącej się w naszej duszy i o nieśmiertelnej nadziei.

Eugenia Ginzburg, Stroma ściana Przeł. Andrzej Mandalian, Warszawa 2009, Czytelnik

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]