Reklama

O czym pamięta człowiek szczęśliwy?

O czym pamięta człowiek szczęśliwy?

02.12.2008
Czyta się kilka minut
Narracja autora oddaje czy stara się oddawać sprawiedliwość światu niewidzialnemu, zaś duchy przezeń wywołane, po raz ostatni zapewne, posługują się jego głosem, ustawionym wbrew normom współczesnego medialnego świata. Inna jest bowiem Woźniakowskiego miara wybitności.
W

Wspomnienia Jacka Woźniakowskiego zamieszkują mężczyźni. Nie znaczy to bynajmniej, że kobiety zostały z tego świata karnie relegowane. One również tam są i posiadają podobne jak mężczyźni zalety: urodę, inteligencję, odwagę, liczne talenty i znakomite wychowanie oraz świetne maniery. Mogą też mieć, co stanowi ich urok dodatkowy, różne nieszkodliwe dziwactwa. Ale świat Woźniakowskiego, ten przywołany z pamięci, jest przede wszystkim hierarchiczny i patriarchalny, przestrzegający norm i niepisanego, ale wyrazistego kodeksu dobrze urodzonych.

Dzisiejszy czytelnik będzie tę książkę czytał, jak mniemam, jak opowieść tyleż fascynującą, co zanurzoną w bardzo głębokiej przeszłości. Taka jest zresztą funkcja i rola wspomnień, więc uwagi te mogą się wydać oczywiste. Nie do końca jednakowoż.

Współczesna cywilizacja i kultura nie najlepiej tolerują "szczęściarzy" albo też poklepują ich po ramieniu. Gdyby Woźniakowski zatytułował na przykład swoją książkę "Ze wspomnień flâneura", zabrzmiałoby to o wiele bardziej nowocześnie, a na dodatek byłoby deklaracją prawdziwą z punktu widzenia biografii autora, poddanej nieustannej ruchliwości i podróżnictwu. Ale taki tytuł nie oddałby ustawienia Woźniakowskiego jako podmiotu, który wspomina. Flâneur bowiem uprawia samotne przechadzki, mijając obrazy świata, ale nie dzieląc się nazbyt wylewnie z innymi swoimi wrażeniami. Jest widzem przede wszystkim, a nie czynnym uczestnikiem wydarzeń, które rejestruje, by je potem przetworzyć w doświadczenie własne, często egocentryczne. Woźniakowski zaś wciąga czytelnika w wielki, zróżnicowany tłum ludzi, z którymi był spokrewniony, których spotykał, przyjaźnił się z nimi albo tylko parę słów zamienił, odtwarza ze swadą parantele rodzinne, uwodzi szczegółami, które posiadacza nierozgałęzionej nadmiernie, zwyczajnej familii mogą wpędzić w głęboki kompleks. O takim życiu powiada się, że było "bujne", co budzi podejrzenie, iż za wiele autor doznał i zbyt hojnie został przez los obdarowany. Zatrzymanie takiego doświadczenia w nieruchomym kadrze książki wydaje się prawie niemożliwe.

Zakładając więc, iż nie jest to tylko zbiór anegdot rodzinnych, pasjonujących zresztą i w większości czytelnikowi nieznanych, bo i skąd, spróbujmy poddać ten sylwiczny tekst trochę innemu czytaniu. Sądzę bowiem, iż książka ta przynosi coś więcej niż urocze i pełne humoru gawędy rodzinne i przyjacielskie.

Woźniakowski znany jest, to prawda, ze swojego talentu opowiadacza. Dopóki zaś opowieść trwa, pewien świat istnieje, choć w innym niż fizyczny wymiarze. Osiągnąć, przy pomocy pisarskiego rzemiosła, artystyczne odbicie minionego wraz z ludźmi, którzy wtedy żyli, jest zadaniem niezmiernie trudnym. Jacek Woźniakowski wie o tym bardzo dobrze.

Tropiąc jego pisarskie motywacje (choć tak często zastrzega, iż nie odważyłby się tego czy tamtego opisać, spora zaś część książki została najpierw opowiedziana i nagrana, a potem spisana), zatrzymuję się przy jednej, wybieram ją jako dewizę autora, choć on sam nie mówi tego wprost. Oto ona:

"»Jak maluczko jest ludzi, rzekłbym: nie ma prawie / Pragnących się objawić - przechodzą - przechodzą...«. Boję się, że dziś mielibyśmy ochotę powiedzieć: pragnących nawiązać autentyczny kontakt osobisty, albo: ekstrawertyków, albo: »szczerych aż do bólu«... Tak czy inaczej, paskudny jakiś żargon zamiast norwidowskiego objawienia. Z pewnością wśród zamazanych przez upływ czasu, coraz liczniejszych podobizn tych, co przechodzą - przechodzą, każdy z nas nosi wspomnienie pewnej liczby twarzy niezatartych. To wizerunki osób, co może nie tyle pragnęły się objawić, ile po prostu się objawiały, tak dobitnie, że prawie niezależnie od tego, jak długo znaliśmy je i cośmy o nich wiedzieli".

Norwidowski cytat, ukryty w jakimś mało znaczącym miejscu książki i opatrzony komentarzem autora, rozjaśnia w sposób ważny jego postawę autorską bądź tej postawy intencje. Jest zatem autor pośrednikiem pomiędzy tłumem osób z przeszłości, którym udziela swojego głosu, jest ich medium, skoro one same przemówić już nie mogą. Należy też do ostatnich, co istotne, którzy potrafią te głosy zrozumieć. Narracja Woźniakowskiego oddaje czy stara się oddawać sprawiedliwość światu niewidzialnemu, zaś duchy przez autora wywołane, po raz ostatni zapewne, posługują się jego głosem, ustawionym wbrew normom współczesnego medialnego świata. Inna jest bowiem Woźniakowskiego miara wybitności.

Truizmem jest powiedzieć w tym miejscu, iż czasy się zmieniły. Ale powiedzieć to trzeba. Bohaterowie książki Jacka Woźniakowskiego czynią wrażenie, jakby nie musieli się mozolnie dopracowywać własnej wybitności. Te "objawione" niczym w epifanii cechy ich osobowości funkcjonują jak trwała wartość, związana jednakowoż z klasą społeczną, z pochodzeniem rodowym. Zanim zaczęliśmy namiętnie czytać biografie i autobiografie, nie zastanawialiśmy się nad tym, jakie więzy łączą właścicieli gotowych już życiorysów, co je przygotowało do tej formy, którą, jako ukształtowaną, akceptujemy. Dla Woźniakowskiego forma jest znakiem firmowym osobowości, i to ona determinuje owo norwidowskie "objawienie". Przeciwnik rozchełstania, wróg "skundlenia", obrońca, często żartobliwy, prawdziwego kodeksu honorowego, Jacek Woźniakowski, żyjąc tak intensywnie w naszych czasach, przyczyniając się do ich przemiany w czasy lepsze, podtrzymywał, wbrew warunkom i możliwościom, więź ze stuleciem swoich protoplastów, czyli z wiekiem XIX, a także przyjacielskie pakty zawarte w latach jego dojrzewania, czyli w latach międzywojennych. Co z tej wierności wyszło, możemy teraz przeczytać.

Jak funkcjonuje pamięć autora? Ile przydziela miejsca sobie samemu, ile zaś wspaniałomyślnie oddaje "innemu"? Wydaje się, iż owe struktury pamiętania, które mogą być różne w zależności od temperamentu i charakteru pisarskiego, odznaczają się u Jacka Woźniakowskiego szczególną tolerancją wobec gatunku ludzkiego. Ale - gdyby problem odwrócić - ten gatunek ludzki i jego poszczególni przedstawiciele, których opisuje, nie mieli predyspozycji skłaniających autora do tego, aby postawił ich w świetle ostrym i pozbawionym litości. Choćby nawet na takie traktowanie zasługiwali...

Bowiem jest tak, iż znakomita pamięć piszącego, szczegółowa i barwna, nie jest bynajmniej pamięcią kompletną. Utrzymuje się, iż aby spisywać przeszłość, tyleż trzeba pamiętać, co zapominać. Ostateczny kształt dzieła będzie zawsze wypadkową pomiędzy Mnemosyne i Lethe, to zaś, co zapomniane, to znaczy nienapisane, pozbawione języka, zepchnięte w ciemność letejską bez możliwości artykulacji, tym zapomnieniem właśnie wpływa na kształt tego, co w świetle dziennym pamięci zapisane zostaje. Przypomnijmy zdanie Proustowskie, użyte, między innymi, jako tytuł książki o tym pisarzu: "Widzieć jasno w zachwyceniu".

Nie chcę tutaj powiedzieć, iż Woźniakowski objawia się nam jako pisarz na miarę Prousta. Chcę natomiast powiedzieć tak: aby świat Woźniakowskiego i jemu podobnych przetrwał w pamięci, zarówno jego kronikarz, jak ludzie, których wspomina, musieli wyrzec się (świadomie bądź nieświadomie) wszelkich form społecznego arywizmu i pochodnego wobec takiej postawy instynktu posiadania: majątków, przedmiotów, dóbr, pieniędzy. Mogli je mieć, ale nadeszły czasy, gdy dobra zostały skonfiskowane. Ludzi to nie zmieniło, ich forma duchowa trwała - byli bowiem wybrańcami losu, choć o tym nie mówili. Woźniakowski nazywa siebie wprost i bez ceregieli "szczęściarzem".

Które swoje wcielenie lubi najbardziej? Wskazałabym na Woźniakowskiego-kawalerzystę i miłośnika koni, postać po trosze sienkiewiczowską, choć umieszczoną w ciemnych realiach II wojny. To jedne z najlepszych, z werwą opowiedzianych stron tej książki.

Ale powróćmy jeszcze do tytułowego szczęścia. Zawsze niepokoiło ono jako temat filozoficznego przede wszystkim myślenia. Przeciwnicy szczęścia oskarżali jego zwolenników o zgubny eudajmonizm, a w przypadkach szczególnie płaskich - o hedonizm. Nie wypada w kulturze polskiej deklarować szczęśliwej kondycji. Jedną z nielicznych poetek, która to czasem czyni, jest Wisława Szymborska. Nie mam tutaj na myśli niefrasobliwego szczęścia młodości, też poetycko wdzięcznego jako temat, chodzi raczej o umiejętność akceptacji własnej kondycji ludzkiej, w każdych warunkach, a także o gest zniesienia podziału pomiędzy egzystencją trudną (w filozoficznym sensie) a sposobami życia i pisania w warunkach takiej egzystencji. Talent nie ułatwia życia, ale je upiększa. Ludzie podobnie: nic nie ułatwiają, ale niosą ze sobą własne historie, które, opuszczone przez ciało i przeistoczone w fabułę, pozwalają szczęśliwie przeżyć życie własne.

Władysław Tatarkiewicz (nota bene swoją monografię "O szczęściu" pisał w latach okupacji) sądzi, iż "należy definiować szczęście jako: pełne i trwałe zadowolenie z całości życia. Te trzy zastrzeżenia uczynił już Kant, gdy definiował szczęście jako zadowolenie wszystkich naszych skłonności, zarówno pod względem ich zakresu, jak i ich intensywności oraz ciągłości, czyli trwania".

Trwałość szczęścia to stan idealny, zaś człowiek, mówi Tatarkiewicz, nie jest w stanie cieszyć się nieustannie. "Rzecz dająca przyjemność, jeśli trwa dłużej, staje się przykrością" - powiada dalej, przytaczając maksymę Baltazara Graciana: "Trzeba mieć zawsze coś do pragnienia, by nie być nieszczęśliwym w swym szczęściu".

Współcześni socjologowie twierdzą, iż szczęście jest osiągnięciem, niedanym oczywiście każdemu, wymagającym pracy ducha i umysłu. Jacek Woźniakowski nie mówi nam, niestety, co go doprowadziło, w tym głębszym sensie i rozumieniu, do owego poczucia spełnienia. Jak ciężka była praca, którą należało podjąć, gdzie i kiedy szczęście stawało się dla niego uciążliwością, przeszkodą, a nie stanem błogosławionym. Zdaję sobie oczywiście sprawę, iż stawiając takie pytania, domagam się od Woźniakowskiego innej książki, której zapewne nie zamierzał napisać.

Proust, użyty wcześniej w innym kontekście, ustami Swanna głosił, iż szczęście jest czymś małym. W "Czasie odnalezionym" napisał, że "lata szczęśliwe są latami zmarnowanymi, praca postępuje tylko w cierpieniu". Szczęście i posłannictwo społeczne nie umieją współżyć ze sobą w polskiej kulturze i literaturze, w każdym razie w jej sztandarowych, z punktu widzenia moralności społecznej, książkach. Żeromski na długo zaopatrzył nas w przeświadczenie Judyma, iż dla sprawy narodowej trzeba porzucić osobiste szczęście. Podobnym tonem przemawiał bohater powieści Brzozowskiego. Zatem wszelkie literackie relacje o szczęściu, jakakolwiek byłaby ich forma, otwierają obszary kulturalnej podejrzliwości. Coś podobnego dzieje się z książką Woźniakowskiego, jeśli nie traktować jej wyłącznie jako zbioru opowieści połączonych osobą narratora. Zatem żądanie intymności, wyrzucone drzwiami przez poczucie formy, powraca oto jako pytanie, na które Woźniakowski nie odpowie, bo jego książka chroni go przed odpowiedzią. Pytanie zaś brzmi mniej więcej tak: czego nie wolno opowiadać człowiekowi szczęśliwemu?

Generacja, do której należy Jacek Woźniakowski, nie była przygotowana na takie pytania. Nie myślę, rzecz jasna, o utworach fikcjonalnych, lecz o wspomnieniach właśnie. Pierwsze przełamywały tabu, specyficzny zakaz otwierania ciemnych przedsionków kobiety piszące. Dlatego od uwagi na ich temat rozpoczęły się te dywagacje. Mężczyźni zaś, dzielni, przystojni, wykształceni i dobrze wychowani, nie pozwalali sobie na luksus zwierzeń. Być może ponosili wysokie koszty psychiczne takiego wewnętrznego nastawienia, ale o tym wiemy niewiele.

Czytelnik, który nie kłopocze się etycznym i moralnym problemem ze szczęściem, dotknie dzięki Woźniakowskiemu i jego narracjom ludzi niezwykłych, rodzin harmonijnych, dzieci dobrze ułożonych, domów przestrzegających tradycji, artystów i sztuki niepopadającej w szpony dekadencji, podróży w piękne zakątki Europy, środowisk intelektualnych niezwaśnionych, przyjaźni szczerych i długotrwałych, współzawodnictwa w mądrości nieskażonego nienawiścią, eleganckiej pogardy dla świata, który na to wszystko sobie nie zasłużył.

Doprawdy, warto być szczęściarzem. "Pewna długowieczność nie obywa się bez konsekwencji" - tak brzmi pierwsze zdanie książki Jacka Woźniakowskiego. Tym razem długie życie również okazuje się przywilejem, czego bez wątpienia nie uznają zwolennicy cierpienia.

Jacek Woźniakowski, Ze wspomnień szczęściarza, Kraków 2008, Wydawnictwo Znak.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Od 25 maja 2019 r., godz. 0:00, do zakończenia głosowania do Parlamentu Europejskiego trwa CISZA WYBORCZA. W tym czasie nie wolno prowadzić agitacji wyborczej. Dowiedz się więcej >> 

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]