Reklama

Nowe więzi

Nowe więzi

15.04.2019
Czyta się kilka minut
Społeczeństwo, które pomaga jest lepiej „sklejone”. Wtedy nawet polityczne podziały nie mają aż tak niszczących skutków.
29-letnia Olga z małą Aloną, jedną z czworga jej dzieci WOJCIECH GRZĘDZIŃSKI
J

Jak daleko sięga nasza odpowiedzialność? Odpowiedź na to pytanie jest, wbrew pozorom, bardzo prosta: nasza odpowiedzialność sięga dziś tak daleko, jak tego chcemy.

Świat współczesny stwarza bowiem możliwości pozwalające, powiedzmy, średnio zamożnemu mieszkańcowi południowej Polski zaangażować się w odnowę zabytków na Pomorzu, ochronę puszczy amazońskiej w Brazylii czy organizację opieki medycznej dla ofiar bombardowań w Jemenie albo trzęsienia ziemi w Indonezji. Możemy promować zdrowe żywienie we własnym kraju albo ratować zagrożonych głodem w Rogu Afryki. Możemy walczyć o więcej zieleni, parkingi, trasy rowerowe, plac zabaw albo lepszą szkołę na własnym osiedlu. Możemy też wesprzeć tych, którzy chcą tego samego po drugiej stronie kuli ziemskiej. Ludzie w Azji Środkowej będą pić wodę z pomp, które współfinansowaliśmy, a uchodźcy podjęci z Morza Śródziemnego zostaną potraktowani z godnością, jak ludzie – bo wsparliśmy organizacje, które o nich się troszczą.

Piękne mobilizacje

Czy to, że pojawiły się tak ogromne możliwości, uczyniło nas – ludzkość – lepszą wspólnotą? Na to pytanie z kolei odpowiedzieć trudniej. Bo jak to zważyć? Z jednej strony obserwujemy zjawiska świadczące o ucieczce od odpowiedzialności w ogóle lub opór przeciwko jej rozszerzaniu. Z drugiej przybywa ludzi, instytucji, organizacji, dla których wezwanie do „solidarności bez granic” jest zobowiązujące. Dla jednych istotne jest dobro ich samych i najbliższej rodziny, dla innych – etnicznej wspólnoty, do której należą; ale nie brakuje przecież i takich, którzy ten krąg odpowiedzialności zarysowują sobie szerzej. Myślę, że mimo wszystko jesteśmy – jako ludzkość – wspólnotą lepszą, wrażliwszą; świadczą o tym statystyki pokazujące, że w walce ze skrajnym ubóstwem, śmiertelnością dzieci czy analfabetyzmem jesteśmy coraz skuteczniejsi. Liczba tych, którzy cierpią z powodu biedy czy wykluczenia, jest ciągle duża, ale jednak maleje, a działania na rzecz poprawy tej sytuacji cieszą się uznaniem.

Jako wolontariusz i darczyńca uczestniczę w różnych akcjach społecznych. Niektóre mają maleńki zasięg – ot, chodzi o to, by zebrać kilka czy kilkanaście tysięcy złotych na konkretny cel: letni obóz dla osób, które same nie zorganizują sobie wyjazdu, skomplikowaną operację, pomoc pogorzelcom. Ludzie angażują się, bo znają tych, którym pomagają, lub tego, który pomoc organizuje: wiedzą, że pieniądze, które zebrali, nie zostaną zmarnowane. Takie lokalne mobilizacje są bardzo piękne. Niektórzy potrafią z wielką determinacją bronić ostatniego kawałka parku w małej miejscowości albo szkoły, która z powodów ekonomicznych może i powinna być zlikwidowana, ale dla mieszkańców jest bezcennym miejscem integracji.

Czasem nawet zaczyna się od rzeczy z pozoru mało ważnych. Byłem tego świadkiem: kiedy moja córka była w gimnazjum, zorganizowała z koleżankami zbiórkę na ratowanie chorego konia. Same przygotowały kiermasz, natomiast dyrekcja i nauczyciele zapewnili miejsce, podsunęli termin i nie przeszkadzali. Była to, być może, najważniejsza lekcja etyki – a i wychowania obywatelskiego – jaką moja córka odbyła przez wszystkie lata szkoły.

Zrozumieć krzyk

Rośnie wiedza na temat tego, czym jest mądre pomaganie. Polska Akcja Humanitarna i inne duże organizacje pomocowe prowadzą programy edukacji globalnej. Dzięki temu tysiące ludzi wspiera innych bardziej świadomie.

Wciąż też poruszają mnie reakcje ludzi, którzy gotowi są pomóc komuś, kogo nigdy nie zobaczą na oczy. Od kilkunastu lat współpracuję z fundacją organizującą akcję „Pączek dla Afryki”. W kilkuset szkołach uczniowie zbierają pieniądze dla swoich rówieśników w środkowej Afryce – jednym z najbardziej zaniedbanych rejonów świata, regularnie nawiedzanym przez rebelie i klęski głodu. Jest coś niesłychanie głębokiego w tym, że człowiek nie musi widzieć owoców swojej dobroczynności, żeby się w nią zaangażować. Do wyobraźni przemawiają same fakty: niewiele trzeba, aby zebrać równowartość ciepłego posiłku dla jednego, a czasem dwójki dzieci, które tam nie jadają ich codziennie.

Owoce zbiórki mogą być też bardziej spektakularne. To na przykład, jak w przypadku PAH, pompa we wsi, która od najbliższej studni była dotąd oddalona o 30 kilometrów. Albo murowana szkoła, chroniona przed deszczem, i normalne ławki, w których mali uczniowie mogą usiąść nad prawdziwymi zeszytami. Społeczeństwo, które pomaga, które jest solidarne wewnątrz i na zewnątrz, jest lepiej „sklejone”. Wtedy nawet polityczne podziały nie mają aż tak niszczących skutków.

Kiedy wieszam na Facebooku zdjęcie z moimi niepełnosprawnymi przyjaciółmi – nawet nie po to, żeby coś zbierać, tylko po to, żeby podzielić się z innymi moją radością – dostaję „lajki” od tych, którzy chodzą na czarne protesty, i od tych, którzy sympatyzują z „dobrą zmianą”. Kiedyś w „Etyce solidarności” ks. prof. Józef Tischner pisał: „Najpierw jest ranny i jego krzyk. Potem odzywa się sumienie, które potrafi słyszeć i rozumieć ten krzyk. Dopiero stąd rośnie wspólnota”. Możliwe, że w hałaśliwych sporach „krzyk rannego” przebija się z coraz większym trudem, ale czuję, że ciągle jeszcze jesteśmy na niego wrażliwi.

Szczęście i wspólnota

A jeśli pomagamy dlatego, żeby bardziej kochać samych siebie? Tak, nie należy lekceważyć i tej motywacji. W tym, że chcemy lepiej o sobie myśleć, że pomagając, po prostu lepiej się ze sobą czujemy, nie ma przecież niczego złego. Często myślę o pewnej wymianie zdań, której byłem świadkiem. W Filharmonii Krakowskiej odbywało się spotkanie z Jeanem Vanierem, założycielem wspólnoty Arka i ruchu Wiara i Światło. W pewnym momencie ktoś z publiczności zapytał: „Czy nie jest tak, że wybierając pomaganie innym, ludzie często kierują się jakimś swoim interesem? Że intencje takich osób rzadko bywają czyste?”.

Jean się ożywił, spojrzał na tę osobę uważnie i powiedział: „W swoim życiu szukałem najpierw poczucia siły. Ten rodzaj kontaktów, który wyznaczało wydawanie i wykonywanie rozkazów był dla mnie łatwiejszy. Nie musiałem się za bardzo angażować, wszystko było sformalizowane. Być może bałem się trochę relacji z kobietami. W każdym razie dopiero spotkawszy osoby z upośledzeniem odkryłem świat więzi, którego wcześniej nie znałem”.

A potem dodał, szeroko się uśmiechając: „Nie wiem, czy moje intencje są czyste. I nie wiem, czy dobrze robię to, co robię. Ale jestem taki szczęśliwy…”. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Wojciech Bonowicz / Fot. Grażyna Makara
Poeta, publicysta, stały felietonista „Tygodnika Powszechnego”. Jako poeta debiutował w 1995 tomem „Wybór większości”. Laureat m.in. nagrody głównej w konkursach poetyckich „Nowego Nurtu” (...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]