Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Niy ma gańba!

Niy ma gańba!

11.06.2018
Czyta się kilka minut
Na Śląsku mieszkają ludzie potrafiący wykorzystać potencjał swojego regionu. Często też można się tu spotkać z pragmatycznym optymizmem i celebracją codzienności.
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Co to znaczy „być ze Śląska”?

OLGA DRENDA: Identyfikacja ze Śląskiem, jak z każdym innym miejscem i społecznością, to sprawa intuicyjna, pozawerbalna. Opiera się na prostym, ale trudno definiowalnym poczuciu „bycia u siebie”. Rozpoznaje się wtedy miejsca, znaki czy słowa jako swojskie. Na Śląsku czasami spotykam się z tą tożsamością rozwijaną świadomie – wraz z odkrywaniem historii rodziny czy nauką języka śląskiego. Ja dorastałam bardziej w orbicie języka polskiego i ogólnopolskiej kultury, więc śląskość przyswoiłam chyba przez osmozę. Kiedy wróciłam po dłuższym pobycie w Krakowie, pomyślałam, że najbardziej u siebie jestem właśnie tutaj.

Coraz więcej ludzi uczy się języka śląskiego z własnej woli, czyli odwrotnie niż jeszcze dwie lub trzy dekady temu, kiedy raczej zacierano językowe ślady tej tożsamości.

OD: Znam historię pewnego człowieka, który jako chłopiec pojechał do sanatorium w Rabce i przeżył to ciężko, bo on „godoł”, a inne dzieci „mówiły”, więc nikt go nie rozumiał. Nauczył się polszczyzny literackiej, ale kiedy wrócił do domu, znowu brzmiał dziwnie dla wszystkich. To przypowieść o typowych problemach ze śląską i polską tożsamością.

Działa to też w drugą stronę – pojawia się lokalny nacjonalizm i absurdalna obsesja liczenia pokoleń.

OD: To głupi i niebezpieczny fetysz – przede wszystkim przeczący faktom mówiącym o stuleciach osiedleń i migracji. Nie jesteśmy samotną planetą. Nawet jeśli ktoś ma tu rodzinę od XVI wieku, to jednak wciąż musiała ona skądś przyjechać.

Nic nie mówisz dlatego, że Twoja śląskość jest bardziej skomplikowana?

ANNA CIEPLAK: Pochodzę z Zagłębia i od dziecka czułam, że nie mogę powiedzieć, że jestem Ślązaczką, bo zaraz ktoś by się przyczepił. Trochę jak ten chłopiec na koloniach w Rabce, tyle że ze mnie śmiano się, bo nie umiałam „godoć”. Później przeprowadziłam się do Cieszyna, gdzie okazało się, że nie jestem „stela”, czyli stąd. Wszędzie nie tak! Ale to się zmienia. Śląsk kojarzy mi się przede wszystkim z najróżniejszymi odmianami lokalności, które wymagają cierpliwości i czasu na odkrycie. Sam Cieszyn ciągle mnie zaskakuje. Ma szczególną historię i własną odmianę śląskiej gwary, z wpływami czeskimi, niemieckimi, a nawet wołoskimi i słowackimi. Istotna jest na pewno obecność granicy polsko-czeskiej i relacje z sąsiadami, niestety nie zawsze dobre.

Piekło małych różnic.

AC: Czasem niebo, czasem piekło. Jaromír Nohavica śpiewa, że mamy nad głowami „Těšínské niebo”. Moje książki dzieją się w Zagłębiu, więc przy okazji różnych spotkań miałam okazję zobaczyć, jak ten obszar widzą osoby spoza regionu. Wiele razy spotkałam się z frazą „śląskie miasteczko Będzin”, która tutaj uchodzi za żart. W ogóle Zagłębie w prozie pojawia się rzadko – w przeciwieństwie do Śląska, z jego gwarą i wielokulturowością. Funkcjonuje za to wiele kawałów na temat Sosnowca czy etykiet typu „Czerwone Zagłębie”, ale dla mnie to część fascynującego potencjału tego miejsca, które wymyka się kliszom. Nasz region jest w ogóle bardzo skomplikowany, a do tego dochodzi podział administracyjny, czyli województwo śląskie, który nie pokrywa się z podziałami historycznymi. Trwa dyskusja o Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Ile czasu zajęło samo nazwanie tego tworu!

Absurdalne, że w 2018 r. na nasze życie tak silny wpływ mają podziały z XIX w.

AC: Ale to może być interesujące przy tworzeniu lokalnych narracji. W Cieszynie odwołuje się do związków z Austrią. Mówi się o Małym Wiedniu i czuć mieszczańsko-kawiarniany sznyt: te wszystkie naleśniki cesarskie, kawa po wiedeńsku czy strudel jabłkowy.

OD: To mi się szalenie podoba, bo z kolei w moich okolicach często widuję starsze panie spotykające się przy piwie i ciasteczku, kulturalnie, na luzie, trochę na sposób czeski. W takim Krakowie rzecz nie do pomyślenia.

Gdzie szukać starszych pań sączących piwko w ciągu dnia?

OD: Najlepiej trochę na uboczu, zazwyczaj w miejscach nieco gorzej skomunikowanych z resztą Śląska – tam, gdzie silnie rozwinęła się lokalność, gdzie można usiąść sobie w ogródku. Nie jestem jakąś wielką biesiadniczką, ale śląskie szlagiery mają w sobie coś sympatycznego, rodzaj poczciwości, której nie ma w popkulturze reszty Polski.

O czym śpiewa się przy śląskiej ­biesiadzie?

OD: O tym, że życie jest fajne, że dobrze sobie odpocząć po pracy, że miło jest mieć urodziny. „Ogólnopolskie” disco polo jest bardziej agresywne, jak po pięciu napojach energetycznych, a szlagierów można słuchać z babcią.

AC: A gdzieś niedaleko od takiej biesiady można natknąć się na przykład na blackmetalową Furię. Założyciel zespołu w jednym ze swoich projektów nawiązuje zresztą do Teofila Ociepki z Grupy Janowskiej, a jego studio znajduje się przy Kopalni Węgla Kamiennego Wieczorek, gdzie kiedyś pracowali górnicy-mistycy związani z Grupą Janowską. O tym jest film „Angelus” Lecha Majewskiego.

Śląsk od zawsze miał mocną scenę ­alternatywną.

AC: To prawda. Pracownia przy Piastowskiej 1 i wszystko, co się wokół niej działo i dzieje, to jedno z moich najważniejszych skojarzeń ze Śląskiem i śląską kulturą, szczególnie tą z lat 70. To magiczna wysepka na mapie Polski.

Na czym polega jej urok?

AC: Wydaje się odklejona od codzienności, w głębokim PRL-u to był wyłom. Tutaj powstała grupa Oneiron, którą z początku tworzyli: Andrzej Urbanowicz, Henryk Waniek, Urszula Broll, Antoni Halor i Zygmunt Stuchlik. Z czasem udało im się wytworzyć krąg uczniów i sympatyków, do których należały wybitne osobistości świata artystycznego i naukowego, jak Zdzisław Beksiński, Józef Szajna czy Allen Ginsberg. Twórcy Oneironu nawiązywali do długiej tradycji śląskich mistyków, czerpali inspiracje z alchemii, filozofii Orientu, surrealizmu i psychodelików. W ubiegłym roku w ramach „Brzmienia Piastowskiej 1” młodzi muzycy związani z regionem podjęli w pracowni próbę udźwiękowienia „Czarnych kart” stworzonych przez Oneiron w latach 70. Małgorzata Borowska, która obecnie zajmuje się pracownią, stara się robić wszystko, żeby to miejsce żyło i tworzyło nowe opowieści.

OD: Albo taki Janosch, czyli filozof-proletariusz, barwna postać, też bardzo typowa dla kultury śląskiej. Grupa Janowska miała przecież podobną bazę. Albo Ryszard Broja, powstaniec śląski, górnik, który potem osiadł w Polanicy Zdroju i założył małe prywatne muzeum osobliwości. Andrzej Urbanowicz, który przybył do Katowic z Wilna, mówił, że musi być coś magicznego w tych przemysłowych oparach, skoro rezultatem jest tak bujna wyobraźnia.

Na czym polega śląska wyobraźnia?

OD: Myślę, że to – przynajmniej w przypadku artystów i pisarzy, o których wspominałyśmy wcześniej – często wyobraźnia samouka. W czasach wczesnego PRL-u, kiedy sztukę nieprofesjonalną próbowano kuratorować w służbie państwu, eksperci zżymali się, że malarze-górnicy inspirowali się przedwojenną niemiecką reklamą, broszurkami ezoterycznymi czy mieszczańskim landszaftem, ale przecież to były niesamowicie twórcze mutacje tych często banalnych źródeł. Jeszcze z dzieciństwa pamiętam wiele osób, zwłaszcza starszego pokolenia, które kultywowały tradycję edukacji na własną rękę. Bez planu, ale z wielkim szacunkiem dla wiedzy.

Ostatnio śląska tożsamość jest na fali. Udało się złapać hipsterski wiatr w żagle. Biżuteria z węgla to dobry przykład szerszego zjawiska.

OD: To zdecydowanie wypaliło, udało się wtórnie odkryć tę tożsamość i do tego nadać jej bardzo demokratyczny charakter. Śląskie gadżety widzę po prostu w użytku, i to niekoniecznie wśród hipsterów. Myślę, że to opowieść bardziej krzepiąca od obrazów „malowniczej biedy”, którymi długo częstowały nas dokumenty, kino, fotografia. Tak jak wszędzie, niektórzy wciąż żyją tu biednie – nie ma co zaprzeczać – ale przez pewien czas dominowały obrazy ubogich dzieci, do tego stylizowane na czasy wiktoriańskie. A przecież w zaniedbywaniu ludzi przez kolejne rządy nie ma nic romantycznego, raczej wyrzut sumienia dla polityków. To było orientalizujące, niesprawiedliwe. Chwalenie się naszymi tradycjami wynalazczości, modernizmem, zabytkami czy mową to oczywiście również wycinkowy obraz, ale cieszę się, że pojawiają się na przykład śląskie wersje reklam, i że ogólnie „niy ma gańba”.

To ciężka praca wielu osób budujących poprzez design nową tożsamość.

OD: Pamiętam, że kiedy zaczęła się moda na promocję miast, ktoś wpadł na pomysł, żeby województwo śląskie reklamować nieśmiesznymi gierkami słownymi. Jeszcze przed modą na suchary, więc hasło „Grube Rybnik” wywoływałoby zakłopotanie, nie śmiech. Ale przede wszystkim nie było w tym nic lokalnego, co przyjęłoby się tak jak dzisiejsze „tasze na maszkety”.

AC: Zamek Cieszyn organizuje „Śląską Rzecz” – jedyny regionalny konkurs ­designu w Polsce. Jednak w budowaniu tożsamości największą rolę odgrywają inicjatywy oddolne i społeczne – przy udziale mieszkańców i entuzjastów. Przynoszą zwykle najwięcej świeżości, bo ludzie sami najlepiej wiedzą, co dla nich dobre. Tak w ostatnich latach zawiązały się grupy aktywistyczne Napraw Sobie Miasto czy Ośrodek Studiów o Mieście Gliwice. Tak też powstał festiwal Arteria w Częstochowie, Teatralna Maszyna Pszczyna czy Galeria Szara. W ten sposób tworzona jest Fabryka Pełna Życia w Dąbrowie Górniczej. Można wymieniać długo, ale wspólne dla tych wszystkich inicjatyw jest budowanie tożsamości z uwzględnieniem ludzi i ich wrażliwości, a nie tylko z perspektywy ekspertów od budowania marek.

Co jest najcenniejszego na Śląsku z Waszej perspektywy?

OD: Cenię sobie często występujące tu cechy charakteru – poczciwość, skromność i konkretność, a do tego mniejszą skłonność do traktowania życia jako gry o sumie zerowej. Z tego połączenia wychodzi pragmatyczny optymizm i sympatyczna celebracja codzienności. Ale osobiście Śląsk to dla mnie przede wszystkim doświadczenie natury. Mieszkając na granicy Mikołowa, Rudy i Katowic, żyję w lesie, ze stadem dzików pod domem. I to wcale nie jest wyjątkowe miejsce na Śląsku – same Katowice to 30 proc. lasu.

Śląsk jest pełen natury. Czasem przyroda przejmuje nieczynne zakłady pracy, których znikanie to osobna, dramatyczna opowieść o ciężko doświadczonych społecznościach. W ciągu kilku lat natura zawłaszcza ślady cywilizacji. Ale zieleń tutaj to również odpowiedzialne działania człowieka. Część Śląska otacza Leśny Pas Ochronny GOP. Sadził go również mój dziadek.

AC: Kilka lat temu sprowadziły się tutaj moje koleżanki z Warszawy – były zachwycone kontrastami i zdziwione, że w cieniu hut leży Pustynia Błędowska czy Pojezierze Dąbrowskie. Jednak najważniejsza dla mnie na Śląsku jest wspólnotowość, doświadczyłam jej w ramach wielu organizacji czy sieci – przemieszczając się od Zagłębia po Śląsk Cieszyński. Jest tutaj wiele charyzmatycznych postaci, które krążą poza konkretnymi miejscami. Pojawiają się z dobrą myślą i uruchamiają wyobraźnię, jak prof. Tadeusz Sławek. Do tego tradycja edukacji i pracy oddolnej przetrwała na Śląsku do dziś. Dlatego dla mnie Śląsk to osoby, które potrafią zobaczyć potencjał miejsc i ludzi – niezależnie od tego, czy są to Katowice, Cieszyn, czy Dąbrowa Górnicza. ©℗

ANNA CIEPLAK (ur. 1988) jest animatorką kultury, aktywistką miejską i pisarką; autorką powieści „Ma być czysto” (2016) i „Lata powyżej zera” (2017).

OLGA DRENDA (ur. 1984) jest dziennikarką i tłumaczką; autorką książki „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji” (2016).

Galeria zdjęć

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]